Glamour postteatru
fot. Bartek Górka

16 minut czytania

/ Teatr

Glamour postteatru

Witold Mrozek

Czy „Inne tańce” to manifest sformułowany dla grupy artystów przez parę kuratorów? A może raczej – starannie dopracowany i naładowany treścią galeryjny klip promocyjny?

Jeszcze 4 minuty czytania

Kuratorka Agnieszka Sosnowska zgromadziła sporo z tego, co najciekawsze w nowym polskim tańcu i teatrze. Anna Karasińska, Wojtek Ziemilski, Marta Ziółek, Paweł Sakowicz, Krzysztof Garbaczewski, Marta Górnicka. Dla czytelników teatralnego działu „Dwutygodnika” są to postaci znane. Wielokrotnie pisałem o nich na tych i innych łamach, czasem jako pierwszy – dlatego wystawa w CSW jest dla mnie osobiście ważna. Prezentowanych artystów łączy minimalizm, autotematyzm, podważanie ram teatru – a także udział w ważnych cyklach Komuny//Warszawa: „Re//mix”, „My, mieszczanie” (zrealizowany wspólnie z poznańskim CK Zamek) czy „Mikroteatr”. Kurator tych programów – Tomasz Plata – odpowiada za dramaturgię wystawy w CSW. Plata od kilku lat próbuje połączyć tych artystów nie tylko środowiskowo, ale też na poziomie teoretycznej ramy, np. używając określenia „postteatr” – o której opowiadał w „Dwutygodniku” przed rokiem. Teraz wydał o postteatrze książkę.

Sosnowskiej z Platą udało się tych artystów przede wszystkim wyeksponowować, próbując zarazem osadzić w nieco szerszym kontekście. CSW – narodowa instytucja kultury z tradycjami – jest miejscem o zupełnie innym prestiżu, budżecie, lokalizacji, powierzchni  i widzialności niż offowa Komuna. 

Teatr->galeria, czyli performatywne konwersje

Inne tańce oglądać można w warszawskim CSW Zamek Ujazdowski do 23 września 2018 r.„Inne tańce”, kuratorka Agnieszka Sosnowska. CSW Zamek Ujazdowski do 23 września 2018 r.Jako odbiorca „Innych tańców” jestem w dosyć nietypowej sytuacji. Widziałem wszystkie spektakle współczesnych polskich artystów, które przekonwertowano tu do postaci galeryjnych obiektów – wideo czy instalacji. Trudno mi zatem uciec od porównywania doświadczeń odbioru teatralnego i galeryjnego – i wystawa jest dla mnie często powidokiem doświadczeń z widowni.

Cyfrowa metafora konwersji sprawdza się szczególnie przy „Zrób siebie” Marty Ziółek. Taneczny spektakl określany jako „postinternetowy”, czerpiący z kultury klipów, memów i GIF-ów – tu sam staje się niemalże GIF-em; krótką, prostą, zapętloną i półstatyczną sekwencją obrazów.

„Locus Solus” Krzysztofa Garbaczewskiego i Dream Adoption Society to, inaczej niż nieudany spektakl w Volksbühne pod tym samym tytułem, nietypowa, wciągająca projekcja i kolejny krok Garbaczewskiego w rzeczywistość wirtualną. Projekty VR reżysera, przestrzenie, w które galeryjny widz wpada na chwilę – to ciągle pierwsze kroki, rozpoznanie bojem, ale w porównaniu np. z projektem z Kopca Kościuszki prezentowanym na krakowskim „Genius Loci” widać postęp. Przemierzamy pełen tajemniczych kształtów i figur świat, który ma nas przejąć dziwnością; ciągle jest on dość prosty, ciągle daje mało opcji i chwilami przypomina raczej staroświecką panoramę niż złożoną rzeczywistość – ale gdy machając kontrolerami, pływamy w osobliwym wodnym zbiorniku „Locus Solus”, możemy doświadczyć jakiejś relaksującej, choć niepełnej formy sensorycznej deprywacji. W końcu sam pomysł sztuki VR  jest futurystyczny i retro zarazem (ach, ta wiara z lat 90., że zaraz sztuka i rozrywka przeniosą się do wirtualnych hełmów).

„Inne tańce”, dzięki uprzejmości Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Bartosz Górka

Większość konwersji z głównej sali ekspozycji to jednak po prostu krótsze lub dłuższe fragmenty rejestracji przedstawień – od niespełna dwóch do 36 minut.

Zaskakująco skutecznie przeistoczył się w ekranową wersję „Magnificat” – druga odsłona głośnego „Chóru kobiet” Marty Górnickiej, która swoją premierę miał w czerwcu 2011 roku. To tym ciekawsze, że Górnicka bardzo niechętnie zgadza się na pokazywanie rejestracji swoich przedstawień. Razem z poświęconym kontrkulturze, sztuce gejowskiej czy feministycznej filmem „America is Not Ready For This” Karola Radziszewskiego z historycznej części wystawy, Górnicka wyznacza społeczno-polityczne granice kontekstu „Innych tańców”. „Polska jest krajem tak bardzo katolickim” – skandują profesjonalistki i amatorki, młode i stare, na 5 lat przed Czarnym Protestem. „Kolos ze Świebodzina da mi płodność, bogactwo i obroni mnie przed Niemcami” – dopowiadają.

Innym przypadkiem jest „Fantazja” Anny Karasińskiej. Głos reżyserki każe w wykonujących pozornie proste czynności, stojących na pustej scenie aktorach – m.in. Adamie Woronowiczu, Rafale Maćkowiaku, Zofii Wichłacz, Agacie Buzek – zobaczyć „kogoś, kto cię kocha”, „kogoś, kto nie rozumie” [przedstawienia], „kogoś, kto chciał przyjść na inny spektakl”. To ciche zapasy między wyobraźnią odbiorcy a aktorskim kunsztem; konfrontacja tego, co widz projektuje na aktora, z tym, co aktor sam z siebie daje: z pracą na detalu, mimice, drobnych gestach, a także grzebaniem w emocjonalno-psychicznym „stanie”, w którym się znajduje. Przy „Fantazji” brak cielesnej współobecności aktorów i widzów nieco mi doskwierał. Owszem, sceniczna wyobraźnia i poczucie humoru jakoś się przenosi przez obiektyw i projektor – na przykłąd w wypadku Dobromira Dymeckiego, który gra mężczyznę przebranego za niedźwiedzia, tylko bez kostiumu białego niedźwiedzia (a może kolegę, który zastępuje go w środy). Ale świadomość spojrzenia padającego na nas z drugiej strony zanikającej „czwartej ściany” to dość ważny element tego teatru – doświadczenia z pogranicza fascynacji poetyckością, zabawy i wzajemnego zawstydzenia czy zażenowania. Choć wystawa w CSW to zarazem jedna z nielicznych okazji, by z „Fantazją” w ogóle się zapoznać, w jakiejkolwiek postaci. TR Warszawa, znany z przedziwnej polityki repertuarowej, pokazał ten spektakl tylko parę razy.

Właśnie. Archiwum, jeden z głównych tematów wystawy, w przypadku spektakli przekonwertowanych na „Inne tańce” ma większe znaczenie niż przy teatrze w ogóle.  Znaczenie to wiąże się nie tylko z szybkim przemijaniem sztuk performatywnych, co jest truizmem, ale też efemerycznym statusem eksploatycyjnym prac artystów z kręgu tzw. postteatru. Mówiąc po ludzku: rzadko je grają. Nawet, gdy stoi za nimi nie tylko głośne nazwisko, jak Karasińska, ale i instytucja z wielomilionowym budżetem i większością wykonawców na etatach, jak TR.

Awangarda podskakuje w grobie

Struktura wystawy jest bardzo klarowna. Główna sala – to przywoływane już archiwum wideo. A w dalszych przestrzeniach rozgałęzia się w kolejne przetworzenia, ale też w autonomiczne prace – w doświadczenie akustyczne (świetna, monumentalna instalacja Konrada Smoleńskiego), w rzeczywistość wirtualną (Garbaczewski)...

Inne tańce, dzięki uprzejmości Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Bartosz Górka„Inne tańce”, dzięki uprzejmości Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Bartosz Górka

Zanim jednak wejdziemy do archiwum, poprzedzająca je pierwsza sala przywołuje historyczne konteksty i źródła wystawy, posługując się zarówno ocalałymi na taśmie resztkami oryginałów, jak i zapisami współczesnych przetworzeń. Od  Komuny//Warszawa, bez której nie byłoby większości zapośredniczonych tu dzieł, witającej fragmentem z remiksu „Paradise Now” Living Theatre, po remiksowaną przez Wojtka Ziemilskiego Wooster Group, która sama zremiksowała w „Poor Theatre” teatr Jerzego Grotowskiego. Polska i zachodnia (neo)awangarda wyskakują w „Innych tańcach” z grobu jak Oskar Dawicki z cytowanego na wystawie filmu „Performer” Macieja Sobieszczańskiego i Łukasza Rondudy; choć może właśnie nie tyle wyskakuje, co podskakuje, podobnie jak Dawicki  – nie zmartwychwstaje do końca, nie wydostaje się całkiem, ale i nie znika. Nawiedza na wesoło.

„Inne tańce” wzięły swój tytuł od performansu Akademii Ruchu z 1982 roku. Fragment jego rejestracji pojawia się w pierwszej sali jako krótki powidok; duchy legendarnych ojców założycieli mają już to do siebie, że nawiedzają jako rozbłysk, który podlega licznym (re)interpretacjom i przetworzeniom.

Ale odniesienia „Innych tańców” sięgają poza obszar polskiej i zachodniej neoawangardy – do modernizmu, tego starszego, z przełomu XIX i XX wieku. Wielki ekran, który musimy wyminąć, by od historycznego kontekstu pierwszej sali przejść do archiwum dzisiejszych polskich artystów, przedstawia luźną rekonstrukcję tańca Loïe Fuller, zrealizowaną przez Olę Maciejewską. Fuller to patronka dość odległa od „kanciastych” spektakli Akademii Ruchu, konceptualnych i sterylnych czy chropowatych performansów grupy. Jest twórczynią dekoracyjnych, wyestetyzowanych tańców doby art noveau. Secesyjna płynność, tancerka jako żywy ornament, migotliwe zacieranie kształtów, uwodzenie i sceniczna magia – wiele z tego odrzuciła w swoim słynnym „No manifesto” patronka nowego tańca, Yvonne Rainer. Zreszta remiks jej twórczości w wykonaniu Weroniki Pelczyńskiej znaleźć można w pierwszej sali. Maciejewska, choć cytuje tancerkę sprzed przeszło stulecia dość wiernie, to jednak nie robi tego 1:1 – a kuratorka wyjaśnia na marginesie, że tańce Fuller były o relacji ciała i materii.

Inne tańce, dzięki uprzejmości Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Bartosz Górka„Inne tańce”, dzięki uprzejmości Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Bartosz Górka

Ale nie wszystko musi być koniecznie przede wszystkim laboratorium – dowodem na to choćby „Jest złotem”, instalacja nawiązująca do mikroteatru Ziemilskiego i Wojciecha Pustoły – wybitnie minimalistycznej formy, gry performera z unoszącym się i spokojnie opadającym w przestrzeni srebrzystym balonem. Postteatr też bywa estetyczną cieszotką, i nic w tym złego, to też rozszerza percepcję.

Nieobecne

Klarowny zdaje się też dokonany przez Sosnowską (i Platę? – pytanie, czym jest tu „dramaturgia wystawy”) wybór artystów. Chociaż… Taniec jest w Polsce zawsze niedoreprezentowany i zawsze nie dość rozpoznany – zawsze można więc zapytać, dlaczego nie ma tu tej czy innej choreografki. Częściowo braki te nadrabia towarzyszący wystawie program przedstawień na żywo – obejmujący m.in. zbyt rzadko pokazywane prace Joanny Leśnierowskiej czy Agaty Maszkiewicz.

Wielką nieobecną „Innych tańców” jest natomiast Weronika Szczawińska. Być może dlatego, że Sosnowska i Plata starają się unikać kontekstów „czysto” czy „za bardzo” teatralnych; wywodzących się z pola instytucjonalnego teatru dramatycznego. Szczawińska, w której teatrze pobrzmiewają echa nie tylko Akademii Ruchu, ale i Jerzego Grzegorzewskiego, wystawiała dramaty Elfriede Jelinek czy Tymoteusza Karpowicza, ale też koncepty własne czy współtworzone z kolektywem. Co więcej, to przedstawicielka prezentowanych tu artystycznych kręgów najszerzej obecna poza Warszawą: od Koszalina po Kraków i od Lublina po Wałbrzych. Nieufność wobec teatru, zacieranie granic między reżyserem a wykonawcą, muzyczność, istotna rola choreografii, zacieranie tradycyjnych teatralnych hierarchii, instalacyjność – wszystko to istnieje w obszernej twórczości Szczawińskiej. W dodatku reżyserka często przekraczała granicę między obiegiem galeryjnym a teatralnym. „Pornografia późnej polskości” pokazywana była wcześniej w CSW. Z kolei inspirowany twórczością Georges'a Pereca performans Szczawińskiej i Krzysztofa Kaliskiego „Wymianka” był prezentowany w Zachęcie – na żywo i jako wideo. Zaś wyprodukowany przez Platę w ramach cyklu „My mieszczanie” spektakl-koncert „Teren badań: Jeżycjada” (później „Teren badań: Literatura dziewczęca z poznańskich Jeżyc”), zakazany przez sąd po interwencji Małgorzaty Musierowicz – wywołał oddźwięk nieporównalny z resztą produkcji Komuny (może poza „Zrób siebie” Ziółek) i dotknął jakiegoś realnego pola społeczno-politycznego konfliktu. Widocznie Szczawińska jest artystką na tyle osobną, że nie mieści się nie tylko w zabetonowanym nieraz korycie teatralnego głównego nurtu, ale i w ramach postteatralnej narracji Sosnowskiej i Platy. 

Glamour postteatru

Gdy Stach Szabłowski zaklasyfikował na tych łamach  „zwrot performatywny”  i zainteresowanie tańcem w polskich sztukach wizualnych jako formę „zwrotu populistycznego”, nie tyle nawet się oburzyłem, co wzruszyłem ramionami. Pomyślałem, że trafił kulą w płot, używając trochę za łatwych skojarzeń i analogii. Przecież minimalistyczna choreografia, performatywny konceptualizm – to są rzeczy dość ezoteryczne, nieprzyciągające bynajmniej tłumów.

Minął niespełna rok, zobaczyłem „Inne tańce” i przez chwilę wydało mi się, że w myśli Szabłowskiego coś jednak jest na rzeczy. Zwrot performatywny potrafi być niepokojąco glamour. Wystawa Sosnowskiej jest hiperatrakcyjna jak na coś niszowego i głęboko odrębnego. Odbiorca „Innych tańców” zostaje pochwycony, jak przez wielką łapę z VR-owej instalacji Garbaczewskiego i Dream Adoption Society albo jak płynąca z nurtem wody szachowa figura, za którą podąża bohaterka „At Land” – pokazywanego w pierwszej sali niezależnego niemego filmu Mai Deren z 1944, pod który polska artystka Aneta Grzeszykowska podłożyła własny dźwięk. Zwiedzającemu przecież wolno jednak wyznaczać własne trajektorie, szukać innych powiązań między pracami. W „At Land” Grzeszykowskiej słyszymy o nielinearnych ścieżkach funkcjonowania pamięci – i łącząc „Inne tańce” z doświadczeniami teatralnymi, da się takie ścieżki wytyczyć.

Krytyk narzekający, że wystawa jest za przystępna – to figura aż nazbyt emblematyczna, trącąca autoparodią. Spieszę więc z wyjaśnieniem: dla mnie to nie zarzut. Dramaturg wystawy Sosnowskiej, Tomasz Plata, dla prezentowanych w CSW, a niedoreprezentowanych w głównym obiegu twórców zrobił bardzo wiele, przesuwając ich bliżej centrum uwagi. Dodajmy, że promotorom i producentom twórczości pokazywanych na wystawie „Inne tańce” artystów często brakuje rynkowych skili Platy – dziekana warszawskiej teatrologii, byłego naczelnego „Art&Business” oraz galerzysty, człowieka łączącego warsztat akademicki, menadżerski, kuratorski.

W CSW łączy się zjawiska z warszawsko-praskiego off-u z głównym nurtem europejskiego życia teatralnego, do którego ten praski off niepostrzeżenie zaczął należeć. Garbaczewski recyklinguje z ekipą przecież spektakl z  legendarnej Volksbühne, Górnicka zdążyła zrobić międzynarodową karierę, zjeżdżając cały świat ze swoimi polskimi spektaklami i zdobywając liczne nagrody. Kolejne wersje jej chóru powstały w Tel Awiwie, Braunschweig i Poznaniu/Berlinie, zaś warsztaty ze swojej techniki pracy przeprowadziła nawet w Teheranie. Z kolei Ziemilski realizuje teraz koprodukcję z udziałem Komuny//Warszawa i słoweńskiego teatru Mladinsko – najważniejszej dziś bałkańskiej sceny, miejsca pracy Olivera Frljicia. Tak, wystawa Sosnowskiej i Platy to nie tylko odkrywanie czegoś – to też „The Best Of”.

Czy zatem „Inne tańce” to manifest sformułowany dla grupy artystów przez parę kuratorów? A może raczej – starannie dopracowany i naładowany treścią galeryjny klip promocyjny? Chyba raczej – po prostu – wystawa, rozumiana nie tylko jako forma aranżacji obiektów w galerii, ale też jako sklepowe okno, zachęcające do wejścia dalej i nabycia, skonsumowania nowych produktów. Ekspozycja w powszechniej niż scena widocznej przestrzeni, popularyzująca jakieś idee, postaci czy zjawiska. Jeśli ich nie znacie – może was zachęcić.