Synergia
„Minding the Gap”

8 minut czytania

/ Film

Synergia

Adam Kruk

Na Docs Against Gravity zjechali wszyscy: Grace Jones, Walerian Borowczyk, amerykańscy skaterzy, radzieccy naukowcy. Pojawili się ci, którzy szukają Jezusa, i ci, którzy filmują „nic”

Jeszcze 2 minuty czytania

W czasie, kiedy na festiwalu w Cannes pokazywano nowe dzieła Pawła Pawlikowskiego i Agnieszki Smoczyńskiej-Konopki, na ziemiach polskich odbywał się najazd dokumentu ze świata. W ramach Docs Against Gravity w samej Warszawie – a projekcje odbywają się także we Wrocławiu, Bydgoszczy, Gdyni i Lublinie – pokazano ponad 150 tytułów. Oczywiście były to rzeczy różnej jakości, a liczba obejmowała także krótkie pokazy VR-owe, ale skala festiwalu robi wrażenie. Wabikiem na widza, nie tylko tego należącego do zakonu wyznawców dokumentu, zawsze są duże nazwiska. Tych trochę było: „W rytmie flamenco” prezentowało mozolne przygotowywania do spektaklu Rocio Moliny – wielkiej gwiazdy tańca współczesnego, a „Matangi / Maya / M.I.A.” ciekawe losy lankijskiej raperki, która – jak w zeszłym roku Cicciolina – przyjechała do Warszawy, by spotkać się z widzami.

Swój portret otrzymały także: piosenkarka i aktorka Grace Jones, ikona lat 80., i Vivienne Westwood – która w latach 70. stworzyła punkową antymodę, by następnie stać się mody papieżycą. Te filmy bronią się głównie osobowością swoich bohaterów – na tyle złożoną, że nie potrzeba specjalnie kombinować, żeby dać jej wybrzmieć. Inne wyrastają ponad dokumentalną przeciętność już nie dzięki spektakularnym postaciom, ale formalnym poszukiwaniom czy emocjom, które je wypełniają.

grace jones bloodlight and bami„Grace Jones: bloodlight and bami”

Jednym z takich tytułów było nagrodzone zarówno w Warszawie, jak i Wrocławiu „Jutro albo pojutrze” Binga Liu. Oglądanie tego filmu jest doświadczeniem niezwykłym, pełnym zaskoczeń i wzruszeń, bo coś, co zaczyna się jako środowiskowy portret skaterów, zamienia się w wielowarstwową – i bardzo osobistą – opowieść o dorastaniu i mierzeniu się z odpowiedzialnością. A także o sposobach radzenia sobie z traumą, trudnych relacjach z rodzicami, źródłach przemocy domowej. Doświadczenia bohaterów z jednej strony uniwersalizują się w opowieści o straconych dzieciakach z „pasa rdzy”, z drugiej okazują się egzemplifikacją demonów, którym stawić czoło musi sam reżyser. A także nierzadko widz – podczas projekcji niejeden i niejedna ocierali łzy. Takie kino zdarza się być może tylko raz w życiu reżysera. Czas pokaże, czy Bing Liu podzieli los Jonathana Caouette'a, twórcy pamiętnego „Tarnation” – podobnego rozrachunku z własnym dorastaniem i nieupudrowanym obrazem American life – który nigdy już nie stworzył niczego o podobnej mocy.

Docs Against GravityDocs Against GravityNa pewno nie jest to problemem autora innego wyjątkowego filmu tegorocznej edycji festiwalu – szwajcarskiego mistrza, Markusa Imhoofa. Współpracownik zmarłego niedawno Ermanno Olmiego w ramach założonej przez niego szkoły Ipotesi Cinema, autor nominowanego do Oscara dokumentu „Łódź jest pełna”, zaprezentował na festiwalu „Eldorado”. Całość zasadza się na prostym, a jednak silnie rezonującym pomyśle zestawienia prywatnych wspomnień z tematem, który zazwyczaj podaje się w sposób matematyczny, bezosobowy. Imhoof opowiada tu o swoim dzieciństwie w czasach, kiedy Szwajcaria przyjęła uchodźców z Włoch, a on sam zyskał dzięki temu siostrę. Relacja z Giovanną, listy, które wymieniali po powrocie dziewczynki do Italii, przeplatają się z historiami dzisiejszych uchodźców w coraz mniej gościnnej Europie, demaskując perfidię systemu, służącego raczej wyzyskowi niż pomocy. Przy całym podziwie dla mądrego i szlachetnego filmu Szwajcara, trzeba odnotować, że słabością „Eldorado” jest to, co stanowi jednocześnie o jego największej sile – przesłanie, a raczej jego nadmierna czytelność.

Tej uniknęły „Jądra Tarzana” rumuńskiego twórcy Alexandru Solomona, który wyprawił się do Abchazji, gdzie – ze względu na sprzyjający klimat – Sowieci założyli w latach 20. ośrodek badań nad małpami (próbowano tam nawet krzyżować je z ludźmi). Film, który początkowo wydaje się plakatem w obronie uciskanych zwierząt, stopniowo odsłania kolejne warstwy. Jedna z nich pokazuje trudną historię nieuznawanego na świecie państewka. Druga zdradza pożytek badań nad zwierzętami w zwalczaniu chorób – od żółtej febry po AIDS. Jeszcze inna zestawia komunistyczne ambicje przeczenia istnieniu Boga z powrotem religijności na dawnych sowieckich terytoriach – co prowadzi do tak paradoksalnych sytuacji jak zakwestionowanie przez młodych pracowników ośrodka teorii Darwina.

„Burning” „Jądra Tarzana ”

 

Uwagę zwracały też polskie tytuły: oprócz znanego już „Photonu” Normana Leto, choćby doceniony w Wenecji „Książę i dybuk” Elwiry Niewiery i Piotra Rosołowskiego czy „Love Express. Zaginięcie Waleriana Borowczyka” Kuby Mikurdy – oba zresztą nagodzone w konkursie Nos Chopina. Oba obdarzone są też szczególnym kinofilskim urokiem. Przybliżają nieco zapomniane, a przecież absolutnie wyjątkowe postaci polskiego kina, na swój sposób emblematyczne dla mitu polskiego tułacza. Michał Waszyński, bohater Niewiery i Rosołowskiego, to kluczowy reżyser okresu międzywojennego, autor najpopularniejszych wówczas melodramatów i filmów przygodowych, przynoszących – jak pisała Stefania Zahorska – wstyd polskiej kinematografii. Ten sam „nieudacznik” w 1937 roku nakręcił „Dybuka” (film nie doczekał się wprawdzie uznania Zahorskiej, ale dziś uważany jest za arcydzieło kina jidysz), potem rejestrował działania wojenne, by po wojnie stać się włoskim arystokratą i wpływowym hollywoodzkim producentem.

Oba filmy są rodzajem śledztwa, które ma odkryć prawdziwe oblicze polskich twórców, którzy realizują się za granicą. W przypadku „Księcia i dybuka” ma się wrażenie wywołania ducha (dybuka) idealnego kameleona, u Mikurdy jednak tajemnica „zaginięcia” Borowczyka nie wydaje się aż tak tajemnicza. Sprowadza się do dywagacji gadających głów, wśród których są Andrzej Wajda, Terry Gilliam czy Neil Jordan, o tym, jak rewolucja seksualna, której Borowczyk był prekursorem, została w końcu spieniężona i wchłonięta przez przemysł pornograficzny. Nie dowiemy się jednak, co takiego było w Borowczyku, że nie chciał, czy nie potrafił, się przed tym obronić i – jak Waszyński – wymyślić siebie na nowo.

Boris Mitić, który przyjechał do Polski z „Filmem o niczym”, na pewno nie jest kimś, kto nie ma pomysłu na siebie. Od jego pretensjonalnego dziełka dużo ciekawsza była sama opowieść o tym, jak ono powstało: wystarczyło zlecić znajomym operatorom i studentom nakręcenie tytułowej nicości, a następnie zmontować uzyskane ujęcia z autorskim poematem o niczym (czytanym z offu przez Iggy’ego Popa). Zdradzający żyłkę biznesmena sympatyczny twórca sprzedawał w kuluarach libretto do swego dzieła, zachęcając do zakupu rakiją. 

„Burning” „Szukając Jezusa”

O relacji z dokumentem opowiadała też Katarzyna Kozyra – na festiwalu pokazała film „Szukając Jezusa”, który bada syndrom jerozolimski, czyli przypadłość polegającą na silnym utożsamieniu się z mesjaszem bądź inną biblijną figurą. Artystka narzekała na ograniczenia medium – z powodów czysto technicznych nie mogła pokazać wielu spotkanych w Jerozolimie ciekawych postaci i zapewniała, że temat mocniej wybrzmi w instalacji na użytek galeryjny. Jednak w formie 73-minutowego filmu jej praca jest także fascynująca. Artystka nie rozstrzyga, kto ze spotkanych „Jezusów” jest psychicznie chory, kto udaje, a kto faktycznie doznał łaski. Pasjonuje się każdą opowieścią, konfrontuje ze sobą posiadaczy prawdy, początkowa beka ustępuje miejsca urzeczeniu.

Kozyra wciągnęła się w swój projekt do tego stopnia, że sama zasmakowała pustelniczego życia w Jerozolimie: sypiała na kartonach, żywiła się znalezionymi przejrzałymi owocami kaki czy resztkami ze śmietników. W końcu, jako artystka, dokładnie tak jak jej bohaterowie, także jest natchniona. I właśnie to napięcie, widoczna w „Szukając Jezusa”, „Jutro lub pojutrze” czy „Eldorado” synergia między osobistym doświadczeniem a przedmiotem filmowego zainteresowania, w dokumencie działa najmocniej.