Znacie? To posłuchajcie

12 minut czytania

/ Film

Znacie? To posłuchajcie

Michał Walkiewicz

Chociaż jako mistrzowie przedwczesnej ekscytacji oczekiwaliśmy Złotej Palmy, cieszę się, że „Zimnej wojnie” przypadła nagroda właśnie za reżyserię. To fenomenalnie zainscenizowana i trwająca jedynie 84 minuty miłosna odyseja

Jeszcze 3 minuty czytania

O ile poprzednia edycja festiwalu w Cannes przypominała relację z bitwy o Europę, tegoroczna impreza upływała w atmosferze psychoterapii po jej upadku. Przed dwunastoma miesiącami Andriej Zwiagincew zostawił nas z obrazem dziewczyny w dresie rosyjskiej kadry, która łapała zadyszkę na bieżni, z kolei Michael Haneke pokazał nestora francuskiej burżuazji wjeżdżającego na wózku inwalidzkim prosto w morską toń. Tym razem ze świecą było szukać tak mocnych, symbolicznych scen. Większość twórców zwracała się w stronę rodziny, opowiadano bajki o miłości, zaś #metoo ostało się w formie protestu osiemdziesięciu dwóch kobiet na czerwonym dywanie. Młode wilczki pozostawały w sferze umiarkowanie skandalizujących eksperymentów. Uznani mistrzowie zajeżdżali na amen swoje koniki. Wygrał ten, który udowodnił, że nawet ta praktyka może być świadectwem artystycznej potencji.

Stara bieda

W nagrodzonych Złotą Palmą „Złodziejaszkach” Hirokazu Koreeda opowiada historię ubogiej rodziny, która przyjmuje pod swój dach bezdomną dziewczynkę. Japończyk buduje swój film ze znajomych elementów: jest tu poezja dnia powszedniego à la Yasujirô Ozu, loachowska podszewka w postaci krytyki ekonomicznych nierówności, subtelna erotyka i sporo dyskretnego humoru. Na pytanie o cele i definicję „podstawowej komórki społecznej” reżyser odpowiada w przewrotny sposób: rodzina jest tarczą, która chroni nas przed światem; istnieje poza więzami krwi, miejscem urodzenia, nie ma nic złego w budowaniu jej bez poszanowania przyjętych w społeczeństwie norm. I jeśli jego obraz wybił się czymś ponad resztę konkursowej stawki, musiało chodzić właśnie o tę narrację – opowieść o wspólnotowym poszukiwaniu sensu oraz cenie, którą musimy zapłacić za funkcjonowanie w kolektywie.

Cannes 2018Cannes 2018Z podobnym szacunkiem dla widza swoje stałe motywy przekonfigurował Chińczyk Jia Zhangke, autor gangsterskiego love story „Ash Is Purest White”. Panorama modernizowanej prowincji oraz traktat o zamykanych kopalniach to coś, czego mogliśmy się po nim spodziewać. Co innego miłosne zapasy pary bohaterów – herszta prowincjonalnej mafii oraz zakochanej w nim po uszy dziewczyny. Kiedy owinięta w ręcznik pięść przebija szybę limuzyny i dosięga ulicznego rzezimieszka, następstwem jest fenomenalna, nakręcona w dwóch płynnych ujęciach scena mordobicia. Zhangke stroi sobie jednak żarty: zamiast podążyć ścieżką wydeptaną przez azjatyckich klasyków kina akcji, szybko powraca do spokojnej opowieści o kobiecie większej niż kino – cichej strażniczce gangsterskiej tradycji, matce chrzestnej lokalnej społeczności, ale też wrażliwej ofierze patriarchatu.

Reszta festiwalowych pieszczochów przyjechała do Cannes na jałowym biegu. Asghar Farhadi wybrał się do Hiszpanii, zaś przed kamerą ustawił gwiazdy, Penelope Cruz i Javiera Bardema. Dość powiedzieć, że w obcym kręgu kulturowym Irańczyk czuje się jak dziecko we mgle. Jego skazany na areszt domowy rodak Jafar Panahi kontynuował swoją paradokumentalną opowieść o niedolach artysty, jednak nagrodzone za scenariusz „Trzy twarze”, choć udane, nie mają wywrotowej mocy „Taxi-Teheran” i „Na spalonym”. Jedna z faworytek dziennikarzy (ostatecznie wyróżniona Nagrodą Jury), Nadine Labaki, zwróciła z kolei kamerę na slumsy Bejrutu, ale w jej „Cafarnaum” – historii chłopca walczącego o byt razem z etiopskim dzieciątkiem – jest tyle samo emocjonalnej prawdy, co hollywoodzkich klisz.

„BlackKklansman”„BlackKklansman”

Najlepiej w tym uznanym towarzystwie wypadł laureat Grand Prix, weteran Spike Lee – być może dlatego, że jego celem nie było potwierdzenie klasy, a rehabilitacja. „BlackKklansman” to umocowana w faktach opowieść o Ronie Stallworcie, ciemnoskórym policjancie, który wraz z partnerem żydowskiego pochodzenia infiltruje struktury Ku Klux Klanu. Humor, satyryczny pazur i społeczne zacięcie. Jako że Lee celuje raczej w multipleksy, w czasach ekspansji nacjonalistycznych nastrojów będzie to mieszanka wybuchowa.

Zima stulecia

Ponieważ na przestrzeni trwającej prawie trzydzieści lat kariery Paweł Pawlikowski bezustannie żonglował gatunkami i poetykami, trudno zakwalifikować go do którejkolwiek z powyższych kategorii. Jego „Zimna wojna” zaczyna się paradokumentalną sekwencją przesłuchań do zespołu ludowego Mazurek (skojarzenia z Mazowszem na miejscu), lecz już wkrótce wybucha siłą klasycznej filmowej epiki. Odbijają się w tym dziele echa czeskiej nowej fali, polskiej szkoły filmowej oraz filmu noir. Przede wszystkim jednak – klasycznego melodramatu. Opowieść o niemożliwym uczuciu dyrygenta (Tomasz Kot) i wyłowionej z konkursu talentów dziewczyny (Joanna Kulig) to efektowna metafora miłości jako placu bitwy. Za sprawą elips i fabularnych skrótów widzimy bohaterów tylko w trakcie życiowych punktów węzłowych, wyłaniają się z zadymionych barów i zatęchłych chat, kiedy historia rzuca im kłody pod nogi. Stalinizm i odwilż, emigracja i powrót do kraju, rozkwitające i gasnące uczucie – wszystko splecione lekką ręką, formalnie wycyzelowane. Chociaż jako mistrzowie przedwczesnej ekscytacji oczekiwaliśmy Złotej Palmy, cieszę się, że „Zimnej wojnie” przypadła nagroda właśnie za reżyserię. To fenomenalnie zainscenizowana i trwająca jedynie 84 minuty miłosna odyseja.

Skalą perspektywy i zamaszystością języka filmowego Pawlikowskiemu dorównała jedynie Włoszka Alice Rohrwacher. Jej nagrodzony za scenariusz (ex-aequo z „Trzema twarzami”) „Lazzaro Felice” rozpoczyna się jak „Lampart” Viscontiego, po czym płynnie przechodzi w dziwaczny miks neorealizmu i metafizycznej baśni. A jako że mnożenie filmowych nawiązań nie jest dla autorki priorytetem, całość pozostaje odmalowanym z dbałością o psychologiczne detale portretem wyzyskiwanej biedoty – wpisanej najpierw w lekko absurdalny pejzaż pańszczyźnianej wsi, później zaś – w przestrzeń wielkomiejską. Na wielu estetyczno-narracyjnych poziomach to również odwrotność świetnej „Ayki” Sergieja Dworcewoja. Ten drugi film, powstały we współpracy z wybitną polską operatorką Jolantą Dylewską, jest relacją z lodowego piekła, czyli współczesnej Moskwy widzianej oczami kirgiskiej imigrantki. Dzieje się: kobieta porzuca swoje nowo narodzone dziecko i ucieka ze szpitala, brocząc krwią, a chwilę później oskubuje kurczaki w zasyfionej fabryce na przedmieściach. Gdy w końcu zasypia, w barłogu, z soplem lodu między nogami, obok dziesiątek swoich rodaków, domyślamy się, że happy endu nie będzie. Dworcewoj, w przeciwieństwie do Rohrwaher, która dostrzega w biedzie pewien rodzaj szlachetności, nie jest aż tak optymistyczny. Ale nie uprawia też pornografii cierpienia dla zasady. Razem z nagrodzoną Samal Esljamovą w roli Ayki pokazują, że instynkt przetrwania jest czymś, co wymyka się wszelkim kategoriom moralności.

„Lazzaro Felice” „Lazzaro Felice”


Jeśli zestawimy podobne dzieła z tym, co zaserwowali gospodarze, otrzymamy rażącą dysproporcję – na każdego reżysera, który otwierał okno na świat, przypadało dwóch Francuzów z wymiaru X. Christophe Honore poszedł w kiczowaty romans pisarza i nastoletniego lekkoducha. Nakręcił film, w którym nawet mięsak Kaposiego tworzy na ciałach kochanków intrygujące wzory. Yann Gonzalez obsadził Vanessę Paradis w roli reżyserki gejowskich pornosów, ekran oblał błękitnym filtrem, zaś w mroku nocy ukrył mordercę w skórzanej masce na twarzy i zaostrzonym dildo w spodniach. Z kolei nestor Nowej Fali, Jean-Luc Godard, jest już tam, gdzie żadna fala nie dopływa, czyli w krainie ciężkich formalnych eksperymentów i galeryjnej konfekcji. Nawet broniący honoru Francuzów, reprezentujący interesy klasy robotniczej Stephane Brize nakręcił zaskakująco nudny film o strajkach, wyzysku i drodze na barykady.

Lepiej już było

 W koreańskim „Burning” autorstwa Chang-dong Lee – zdecydowanym faworycie dziennikarzy, którego przytomne jury pod przewodnictwem Cate Blanchett na szczęście nie nagrodziło – aspirujący i biedny jak mysz kościelna pisarz spotyka dziewczynę z dawnych lat. Najpierw idą do łóżka, potem ona wyjeżdża do Afryki, a on masturbuje się w jej pokoju, spoglądając ukradkiem na wieżę radiową. Intrygujące? Do czasu. Kiedy dziewczyna wraca, przywozi ze sobą bogatego pięknoducha, który odkrywa przed nią świat nowego budownictwa i luksusowych samochodów. Pisarz cierpi, dziewczyna tańczy nago przy granicy z Koreą Północną, a wymuskany Gatsby odsłania powoli swoje mroczne oblicze. Całość na podstawie „Spalenia stodoły” Murakamiego, a skoro „Spalenie…”, to i Faulkner, bo przecież kiedyś, gdzieś, też napisał opowiadanie pod tym samym tytułem. I chociaż Lee nawleka na łańcuszek literackich inspiracji kolejne oczka, jakoś nie chce się z tego złożyć dobre kino. Za dużo tu pretensji, za mało faktycznej refleksji nad formą ludzkich namiętności.

„Burning” „Burning”

Powracający po siedmioletniej banicji Lars Von Trier poszedł jeszcze dalej. W służbę kinu zaprzągł Dantego, Williama Blake’a i Gustave’a Dore’a. Z pokazywanego poza konkursem „House That Jack Built”, opowieści o wzlocie i upadku seryjnego mordercy, ludzie wychodzili całymi grupami. Wydaje mi się tylko, że ze złych powodów. Naturalistyczne sceny morderstw kobiet, dzieci i kaczek mogą wydawać się ciężkie do zniesienia, lecz gwarantuję, że o wiele trudniej jest wytrzymać w głowie von Triera, gdzie króluje modernistyczna wizja sztuki. Sadysta i psychopata Jack, „artysta” w swoim fachu, to facet, który spala się do cna w procesie twórczym. Podczas swojej drogi w głąb piekielnego leja nieustannie dialoguje z Wergiliuszem (Bruno Ganz), który uderza z drugiej, oświeceniowej flanki: sztuka powinna mieć źródło w miłości i rozumie. Razem próbują zgłębić fenomen Hitlera, III Rzeszy i przełożyć metody konstruowania utworu na zasady panujące w przyrodzie. Ale jedyne, co pogłębiają, to naszą frustrację – nie tyle ekranową przemocą i szowinistycznymi tyradami Jacka, co strategią artystyczną zakochanego w sobie reżysera.

W ogóle sporo było w tym roku umizgów do innych artystów, scen z lepszych filmów oraz wypisów z mądrzejszych książek. U Honore’a bohaterowie poznają się na „Fortepianie” Jane Campion, Jia Zhangke pokazuje gangsterów na seansie „Zabójcy” Johna Woo, u Von Triera z kolei widzimy cały kolaż jego poprzednich filmów – „Królestwo”, „Melancholię”, „Antychrysta”. David Robert Mitchell, twórca horroru „Coś za mną chodzi”, który do Cannes przyjechał z pastiszem kina noir „Tajemnice Silver Lake”, uczynił podobne sprzężenie zwrotne tematem swojego nowego obrazu. To opowieść o chłopaku, który na śmietniku popkultury poszukuje odpowiedzi na pytania wagi najcięższej – prawdę o świecie i rządzących nim mechanizmach poznaje z 8-bitowych gier, „Smells Like Teen Spirit” Nirvany oraz filmów z Janet Gaynor. I choć motyw sztuki filmowej zakreślającej granice wyobraźni nieźle rymuje się z ideą najważniejszego festiwalu filmowego świata, wcale nie czyni z Cannes ciekawszego miejsca.