Lusterko, latarka: takie coś

8 minut czytania

/ Media

Lusterko, latarka: takie coś

Kamil Szuszkiewicz

Jaką intencję niesie generowany tekst? Co małe Atari ma nam do powiedzenia na temat swojej twórczości? Dlaczego to głupie pytania?

Jeszcze 2 minuty czytania

I.

Dzieci mojego kolegi nie grają w gry komputerowe. Oglądają filmiki, na których gra w nie jutuber. Dla nas to trochę dziwne. Dumamy sobie nad tym z kolegą, bez konkluzji.

W czytaniu „Robbo. Solucji” – książki wygenerowanej na małym Atari i wydanej niedawno przez Ha!art – jest coś trochę podobnego. Same proste, krótkie zdania. Narrator wydaje polecenia:

Wejdź w teleportację. Zestrzel latające oczy. Uciekaj w kierunku skrzynki. Odłóż papierosa. Uciekaj w kierunku teleportacji. Wyceluj w diabełka. Przechyl drążek joysticka w lewo.

Niby doradza, jak przejść kolejne plansze w jakiejś kultowej grze na Atari. Nic o niej nie wiem, ale to bez znaczenia. Musi mi się to podobać: narracje w nieoczywistych osobach, liczbach i trybach odbierają literaturze asekurancką atmosferkę opowieści. (Morałów i tak od dawna nie piszemy). Taka proza szczelniej przylega do świata: bliższa tekstów, które nas otaczają – umów, instrukcji obsługi, porad, komentarzy – na znacznie wcześniejszy rzut oka jawi mi się tego świata elementem.

Generator „Robbo. Solucji” – kod załączono na końcu książki – składa zdania z prostych, powtarzających się zwrotów i słów. Efekt jest bliski muzyce minimalowej: z grubsza w kółko to samo, ale jednak nigdy dokładnie to samo; pracują tu łatwe do przeoczenia różnice.

Pomiędzy krótkimi rozdziałami kontrapunkt: skopiowane komentarze z portalu. Błędy, emotikony, literówki. Komputer losował kolejność, ale ich nie napisał; do bazy, z której korzysta generator, każdy z nich trafił w całości. To czynnik ludzki. Język generowanych rozdziałów jest raczej ośmiobitowy, a w komentarzach prawdziwe życie: banały, nudziarstwo i niegramotne wyrażenia.

Piotr Marecki, Wojciech Bociański, „Robbo. Solucja”Piotr Marecki, Wojciech Bociański, „Robbo. Solucja”

Ten kontrast sporo tu robi. Trochę jak w mojej ulubionej książce generatywnej – „The Policeman’s Beard is Half Constructed” – której siłę nadały ilustracje w pełni człowieczej plastyczki Joan Hall. (I chyba też selekcja uzyskanych utworów). To dobra wieść dla nadwrażliwych: bez ludzi się nie obejdzie. Literatura generatywna nikogo nie zje, sama się przecież nie generuje. Klepanie do niej kodu to tylko jakaś inna forma pisarstwa.

(Pamiętam obawy Johna Bartha, że edytor tekstu obniży poziom literatury. Brzmiały nawet sugestywnie. Trudno je dziś podzielać).

II.

Fascynuje mnie rodzaj podpuchy, którą dziennikarzom zdarza się co parę lat organizować. Z lenistwa zmyślę przykład bez szukania: pokazujemy krytyczce sztuki obrazy namalowane trąbą przez słonia i mówimy, że to nowy Tuymans. Ona pisze erudycyjną analizę. Cytujemy ją i ujawniamy słonia. Nie poznała, nie zna się! Śmiechu wtedy co niemiara.

(Gorzej, że z samych siebie. Krytyczka logicznie uznała, że Tuymans postanowił malować teraz jak słoń; ten odważny zwrot w estetyce starannie interpretuje. Malarstwo to nie dres, że się wie, ile pasków. Ale nie psujmy zabawy).

Warto się tak pobawić z „Robbo. Solucją”: podpisać różnymi nazwiskami i smażyć adekwatne recenzje. Oto Ignacy Karpowicz porzuca kwiecisty styl, by rzucić nam w twarz oskarżenie zdehumanizowanej kultury naszych czasów; doceńmy piętrową ironię tego gestu. Jakub Żulczyk z młodzieżowego stał się ultramłodzieżowy; takiego wyczucia hipsterskiej wrażliwości wstępujących pokoleń można mu tylko pogratulować. Ja jestem sromotnie nieobiecującym debiutantem, brak stylu chciałbym tuszować nachalnym klepaniem bliźniaczych zdań; to nie może zapyrać, literatura to nie rave. Za to moja zagraniczna koleżanka udowadnia, że nawet bardzo podstawowa polszczyzna wystarczy, by stworzyć dziełko intrygujące; liczy się talent, wyobraźnia i dystans do własnych ograniczeń. I tak dalej. Skutecznie umila to jazdę tramwajem.

Piotr Marecki, Wojciech Bociański, „Robbo. Solucja”. Ha!art, 186 stron, w księgarniach od kwietnia 2018Piotr Marecki, Wojciech Bociański, „Robbo. Solucja”. Ha!art, 186 stron, w księgarniach od kwietnia 2018Kryje się tu jednak coś ważnego: istota komunikacji między ludźmi. Którą jest przypisywanie intencji. Potocznie mówimy o odczytaniu, ale to przecież bez sensu. Nie patrzymy sobie wzajem do głów. We własnych nadajemy znaczenia odebranym komunikatom. Trafnie lub mniej; to stąd co rusz na portalu społecznościowym swoi linczują swoich: błędnie przypisano.

By pojąć, oprawiamy komunikat w ramkę, a tą jest postać nadawcy. Co miałbym na myśli, mówiąc to co ty, gdybym był na twoim miejscu? Twoje miejsce jest tu kluczowe. Nie jesteśmy go świadomi, ale to ten algorytm pracuje pod spodem każdej wymiany słów i znaków. Zawsze.

III.

Śmierć autora opito pół wieku temu (raczej na uczelniach, ale to inny wątek). Jednym zsypem poleciało wścibstwo względem pisarza i jego feudalna nad nami dominacja. Wciąż był to jednak człowiek, a jego sztukę napędzała osobista intencja.

Jaką intencję niesie generowany tekst? Co małe Atari ma nam do powiedzenia na temat swojej twórczości? Jak się umiejscawia wobec tradycji, czym inspiruje, z której warstwy świata lepi estetykę? Dlaczego to głupie pytania? Przecież rozumiemy, co napisało. Uważnie śledzimy, co dzieje się od zdania do zdania, mówi do nas kolejność, w jakiej następują; podążamy za tym. Czy to komputer nam mówi, czy to jednak my sobie? 

IV.

Generatywna literatura jest jak muzyka: lusterkiem, w którym się odbijamy. Ale bardziej. Muzyka odbija emocje, tekst postrzeganie i rozumienie: nasze narzędzia do nawigacji w świecie. Wielka okazja, by spojrzeć na siebie i coś rozpoznać. Ale jak to zrobić? Jak pozdejmować ramki, które nakładamy na wszystko? Przecież robimy to nieświadomie.

Być może trochę pomogą dzieci mojego kolegi. Nie grają w gry komputerowe, ale mówią dzieciackim językiem. Mają w nim pojęcie, o którym niesłusznie zapomnieliśmy. Oto ono: takie coś. Zero tu żartu ode mnie, dzieciacki język bywa bliżej sedna. Co to jest książka zatem? To takie coś. Co się z tym robi? To się ma; to się otwiera i czyta się.

Nie dość jesteśmy skorzy do takiego czytania: wejść do tekstu i w nim pobyć; nie mieć zdania o osobie autorki i zignorować opis z okładki, nie wiedzieć o książce nic poza tym, co w niej napisane; porzucić sposób lektury, który wmuszono nam w szkole. Snob rzekłby, że tak czyta się harlekiny. Nieprawda, bo przecież wiemy, że to harlekin. Jest ramka. Nie jest to dla nas takie coś.

Popatrzmy, w jakie ramki generowane książki oprawiają sami twórcy. „Robbo. Solucję” opakowano całkiem jak muzykę: w subkulturę. To hermetyczna książka dla nerdów Atari, postaci z demosceny, fanek ośmiobitowej melancholii; w założeniu bardziej gadżet niż literatura. Dawniej było podobnie: Bill Chamberlain we wstępie do „The Policeman's Beard is Half Constructed” zajmuje nas komputerem, który ją napisał: ma imię, dzieli apartament z programistą, zna reguły gramatyki i poprawnie się z nami komunikuje (a przecież nie komunikuje, bo nie ma intencji).

Tak jakbyśmy koniecznie chcieli przeoczyć najważniejsze pytania, które przyniosła literatura generatywna. Być może odruchowo boimy się czegoś. Niesłusznie: co nam pozostaje? Banał o samotnych wyspach i tani wittgensteinizm o kolorze niebieskim? Westchnienie, mądralińska mina, chwila zadumy? Samotne wyspy (skoro już idę w tę złotą myśl: po pierwsze nie wyspy, a kry) wzajemnie krzywdzą się i kochają, nienawidzą i tęsknią, bestialsko wykorzystują i bohatersko ratują od nieszczęść. Cokolwiek robią, są  przeświadczone, że dziedziczymy jakąś wspólną mapę do porozumiewania się; że jest nią język i opis świata w nim dokonany; że tekst to coś obiektywnego i ostatecznego w znaczeniu. Nieprawda. To błędny kulturowy atawizm z czasów, gdy litery ryło się tygodniami w kamieniu. 

Literatura generatywna – jeżeli umiemy zatrzymać się przy niej i zastanowić – może być wątłą, ale jednak latarką. Oświetli zakamarki naszego rozumienia, postrzegania, wzajemnej komunikacji: kurz i pajęczyny, pod którymi wala się gdzieś klucz do naszej rzeczywistości. Poszukajmy go. Ciekawe, czym się okaże.