Dziedziczone schematy

Katarzyna Trzeciak

„Ulga” Natalii Fiedorczuk jest literaturą napisaną na ważny temat, ale wciąż zniewoloną koniecznością dookreślenia sensów. Autorka wchodzi tu na krytykowaną, męską pozycję – chce objaśnić świat

Dziedziczone schematy

Jeszcze 2 minuty czytania

Dziedziczone schematy

Gdzieś pod koniec ubiegłego roku w jednym z wywiadów Natalia Fiedorczuk odpowiedziała na pytanie, o czym będzie jej nowa książka. Wyznała, że sięga po temat, który porusza jej emocjonalne struny, czyli po sprawy kobiet i ich światopoglądowych wyborów. Mam problem właściwie z każdą częścią tej rozmowy. Pytanie „o czym?”, choć nie zawsze intencjonalnie, uznaje temat za kluczową właściwość pisania, z kolei emocjonalne poruszenie zdaje się poręcznym narzędziem przeciwko ewentualnej krytyce. W konsekwencji pojawia się ryzyko emocjonalnego szantażu: krytyka może zostać odebrana jako niechęć, niezrozumienie, opór wobec ważnego tematu, broniącego się w dodatku autentycznością emocji.

O tym, że proza Natalii Fiedorczuk pisana jest na ważne i domagające się poruszenia tematy, nie trzeba nikogo przekonywać. W nagrodzonej Paszportem „Polityki” debiutanckiej książce „Jak pokochać centra handlowe” autorka opisywała cały szereg społecznych i kulturowych mechanizmów kontroli macierzyństwa, osadzając je na szerszym tle problemów wielkomiejskiego prekariatu. Z powodu tych opisów i ich dominacji nad literackim aspektem prozy wobec autorki padały niekiedy zarzuty o oczywistość obserwacji, wzmożoną posłowiem, dobitnie wyjaśniającym wszystko to, co mogłoby pozostać w sferze czytelniczej interpretacji. Pragnienie dopowiedzenia wszystkiego w połączeniu z przezroczystym stylem stwarzało wrażenie pisania publicystycznego, interwencyjnego, ale w efekcie powtarzającego jedynie diagnozy już sformułowane. Wyjaśnienia pracowały tu na rzecz ekspozycji tematu, zbyt palącego i poważnego, by rozpuścić go w rozpraszającej uwagę nieoczywistości.

Postawienie wszystkiego na sam temat świetnie sprawdza się w felietonistyce Fiedorczuk, gdy precyzyjnie prezentuje i rozmontowuje np. przemoc zawartą w językowych konstruktach kobiecości. Pisząc o retoryce nowej prawicy, kategoryzującej kobiety i umieszczającej je w konkretnych kątach społeczno-kulturowej przestrzeni, Fiedorczuk zwracała uwagę na systemową nierówność, w ramach której – jak pisała Rebecca Solnit – mężczyźni objaśniają kobietom świat poprzez językowe kategoryzacje, determinujące zajmowanie miejsc w społeczeństwie.

Druga książka Fiedorczuk, „Ulga”, bierze na celownik przemoc rodzinną, tradycje jej dziedziczenia i sposoby doraźnego radzenia sobie z nią. Jednym ze źródeł przemocy jest zwątpienie kobiet w skuteczność męskich objaśnień. Wątpiące bohaterki wypadają z przewidzianych dla nich ról, a wówczas muszą zostać spacyfikowane i ukarane.

Karolinę, bohaterkę „Ulgi”, poznajemy, gdy studiuje w Berlinie historię sztuki. Od początku wiadomo, że chodzi tu jednak nie o pasję, lecz o ucieczkę od rodzinnego miasta, pozostawionych w nim relacji i obcości wobec tego, co powinno być najbliższe – rodziny, znajomych, chłopaka. Niestety, stopniowo rozpoznajemy również, że ta obcość będzie stałym epitetem określającym bohaterkę w każdej kolejnej sytuacji.

I znów, jak w poprzedniej książce, wszystko musi być odpowiednio dookreślone i scharakteryzowane: jeśli zachodnie miasto, to wiadomo, że tolerancyjne; jeśli Karolina odwiedza modne kluby i kawiarnie, to oczywiście musi konfrontować się ze swoją prowincjonalnością; a gdy do tego ma niemieckich znajomych, to już pewne, że ci będą ją traktować jako szczerą, autentyczną i bezbronną mieszkankę „Bizancjum wczesnego kapitalizmu”. Podobnie jak wcześniej Radka Franczak w „Sercu”, Fiedorczuk opisuje fascynację mieszkańców Zachodu naiwnością i egzotycznością Polki, której autentyczność sprowadza się do nieprzystosowania do zachodniego modelu nawiązywania relacji. Karolina jest obca, ale przez to ciekawsza, tajemnicza, posiada jakąś prawdę atrakcyjną dla tolerancyjnego Zachodu.

Początek „Ulgi” zdradza potrzebę (niedobrą, niestety) dookreślenia bohaterki i rzeczywistości poprzez dobrze znane atrybuty: historia sztuki, niskoalkoholowy lager i marihuana, estetyka vintage i bycie nie u siebie. Tak jakby odłączenie któregokolwiek z tych elementów groziło niewystarczającym portretem bohaterki czy rzeczywistości. W drugiej części powieści ta sama zasada rządzi światem dorosłej już Karoliny. Od jej studenckiego pobytu w Berlinie minęło kilkanaście lat, bohaterka mieszka teraz w Warszawie, ma rodzinę, znajomych i wszystko, co kojarzy się ze stereotypowym życiem pokolenia trzydziestoparolatków z klasy średniej. Wśród doskonale rozpoznawalnych rysów są tu: kredyt na trzypokojowe mieszkanie z tarasem, korporacyjne życie i warszawski clubbing narkotykowy w spodniach typu chinos i mokasynach. To właśnie mężczyźni z tego kręgu są sprawcami przemocy, a kobiety muszą poszukiwać tytułowej (i znów – nieomal definicyjnie wyjaśnionej ustami jednej z bohaterek) ulgi. Opisywane przez Fiedorczuk pokolenie dziedziczy schematy, ale samo jest schematycznie ujęte. Literackie laboratorium fikcji wydaje się tu, niestety, zupełnie zbędne.

O ile można by zarzucić „Uldze”, że wskazywanie na przemoc w relacjach wykształconych, ekonomicznie uprzywilejowanych grup nie jest już (na szczęście!) niczym nowym, o tyle niewątpliwie odkrywcze są tu zachowania kobiet radzących sobie z przemocowymi doświadczeniami. Poszukiwanie ulgi prowadzi je np. do przykościelnych wspólnot. Podobnie jak w pierwszej książce, w „Uldze” Fiedorczuk pokazuje, w jaki sposób kobiety przechwytują znane przestrzenie (tu szczególnie kościół), by napełnić je nowymi znaczeniami: bliskości, zrozumienia i wzajemnego wsparcia. Niewątpliwą siłą opowieści jest odbicie się od niemal narzucającej się ironii wobec konserwatyzmu kobiet poszukujących wsparcia w tak przecież przemocowych instytucjach jak Kościół. Fiedorczuk ich nie ocenia, nie piętnuje bezmyślności i naiwności, wskazuje raczej, że ten konserwatywny zwrot jest reakcją na społeczne mechanizmy, których przeobrażenia dokonują się nie tylko na scenie politycznej, ale również w ramach działań pozornie emancypujących, takich jak promujący abstrakcyjne ideały niezależności popfeminizm.

To, co najciekawsze w „Uldze”, to właściwie jeden wątek, temat nie tyle zaczerpnięty z rzeczywistości, co właśnie wydobyty w literackiej konstrukcji. Losy Karoliny, jej dorosłe życie, toczą się na przekór matce – ateistce, którą doświadczenie rodzinnej przemocy doprowadziło do nienawiści wobec mężczyzn. Weronika aż do śmierci pogardza mężczyznami i rodziną, na wskroś patriarchalną konstrukcją; jej córka nie chce dziedziczyć tej pogardy, widzi bowiem jej nieskuteczność. Fiedorczuk stawia tu pytania o systemowe, tradycyjne, rodzinne mechanizmy dyscyplinowania kobiet. A także o skuteczność prób ich przezwyciężenia, np. poprzez utowarowione już hasła niezależności, owocujące coraz częściej konserwatywnym backlashem.

W jednej z najmocniejszych, najmniej przewidywalnych scen powieści Fiedorczuk rozpisuje konsekwencje kobiecej niezgody na przyjęcie męskich objaśnień. Gwałt w „Uldze” okazuje się formą dyscypliny, kary za odmowę zajęcia określonego miejsca, nagany za zaniedbanie ciała, które, gdy nie może być obiektem pożądania, staje się przedmiotem pogardy. Objaśnianie świata nie dotyczy przecież jedynie zgody na uznanie opowieści, nie jest wyłącznie retoryczne. Męskie objaśnianie oczekuje także ucieleśnienia, mającego poświadczać jego prawdziwość.

„Ulga” jest literaturą napisaną na temat – ważny i dyskutowany. Znacznie bardziej „literacką” niż debiutanckie „Centra”, ale wciąż zniewoloną jakąś niejasną koniecznością dookreślenia, nazwania, przyszpilenia i dosłownego wyjaśnienia sensu. Objaśnianie nigdy nie jest gestem neutralnym, wspiera myślenie przez autorytet i hierarchię. O tym mówi książka Solnit, o tym, na poziomie tematu, jest też „Ulga”. Ale to, co jest sednem literatury – styl i praca na języku – w „Uldze” neutralizuje ten proces i zdaje się przeczyć świadomości tego mechanizmu. W efekcie Fiedorczuk wchodzi tu na krytykowaną, męską pozycję – chce objaśnić świat.

Ale ostatecznie nie to budzi moją wątpliwość. Problem mam raczej z tym, że do takich objaśnień nie jest potrzebna literatura. Fiedorczuk w „Uldze” pozostaje pisarką tematów znanych z codziennych rozmów, z politycznych debat, ze sztuki. I nie chodzi o to, że literatura nie powinna takich tematów wskazywać w imię jakiejś, często naiwnie fetyszyzowanej, oryginalności. Przede wszystkim jednak powinna stawiać na wynajdywanie języka, który uderzy w samą widoczność tych problemów, ujmie je od strony trudnej do wypowiedzenia innymi środkami.