Jeszcze 3 minuty czytania

Klara Cykorz

GADANIE:
Niepokalane poczęcie

Klara Cykorz

Klara Cykorz

Nie ma telenoweli i oper mydlanych bez gadania, to gatunki, które gadanie generują i z gadania wyrastają. Ktoś kradnie z laboratorium spermę, ktoś ucieka łodzią podwodną – ale głównym tworzywem gatunku jest rozmowa

W środku szaro-brunatnej polskiej zimy nadrabiałam łapczywie „Jane the Virgin” – serial słoneczny, wprost z Florydy, latynoski, bardzo katolicki, a zarazem postępowy, ulubienicę krytyków, chociaż nie rankingów oglądalności. Punkt wyjścia fabuły jest pozornie prosty. Oto bohaterka tytułowa, lat dwadzieścia trzy, która nie uprawiała jeszcze seksu, bo po pierwsze, jest religijna, a po drugie, lubi mieć kontrolę nad wszystkim i planować swoje życie w Excelu – Jane zachodzi w nieplanowaną ciążę na skutek lekarskiej pomyłki. Na pomyłkę składają się: roztrzepana lesbijka ze złamanym sercem i zdesperowana córka czeskiej kryminalistki. Jane postanawia urodzić.

Obok pobudki meteorologicznej przed ekran ściągnęła mnie nostalgia za telenowelami z Ameryki Łacińskiej, od lat oglądanymi bardzo wybiórczo, z doskoku, w gościach. W szkole podstawowej („na przełomie wieków”) telenowele oglądaliśmy cały czas i wszyscy, ciało pedagogiczne i ciało uczniowskie, i nawet pewne niejasności i tajemnice katechizmu tłumaczono nam za pomocą telenowelowych ilustracji: „nieczystość jest wtedy, kiedy pokojówka i dziedzic całują się bez ślubu”. Do mojej nostalgii dołączył jednak żal. Zarywałam noce z przykrym poczuciem, że straciłam coś, czego już nie odzyskam: trzy lata śledzenia perypetii niepokalanej Jane na bieżąco, z tygodnia na tydzień, z sercem przyśpieszającym do cliffhangera. Zarywanie nocy odbywało się przez Netfliksa, polskiego dystrybutora „Jane”, platformę znaną z udostępniania seriali w wielodcinkowych megapaczkach. Jednak jak większość produkcji amerykańskiej stacji The CW, „Jane the Virgin” jest na Netfliksie emitowana w tradycyjnym rytmie odcinek na tydzień. Jak bardzo, w kontekście całej platformy szczęśliwy to wyjątek, powiemy sobie za chwilę.

The CW to stacja w dużej mierze młodzieżowa, zbija kokosy m.in. na „Pamiętnikach wampirów”. Ale robi też rzeczy piekielnie ciekawe, bliskie praktykom HBO z początków lat dwutysięcznych: bierze kolejne gatunki (komedia romantyczna, musical, opera mydlana, kryminał młodzieżowy) i tworzy ich pastiszowe wariacje tak, aby jednocześnie pozostać z dala od ducha parodii. Taka jest i „Jane”, wyprodukowana na wenezuelskim formacie „Juana la Virgen” (który to nad Wisłą przybrał formę TVNowskiej „Majki”) i przekuwająca balon telewizyjnej pretensji: pisała o tym na łamach „New Yorkera” Emily Nussbaum. To hołd dla telenoweli: jak wykrzykuje w chwili objawienia jedna z bohaterek, „they suprise you and move you and make you feel alive!”. Ale nie o samą estetykę tu chodzi. Nie przez przypadek jak refren powtarza się scena, w której Jane, jej matka i babcia siadają wspólnie na kanapie przed telewizorem, by obejrzeć kolejny odcinek ukochanego serialu – i zażegnać międzypokoleniowy konflikt. Telenowela jest instytucją społeczną. Telenowela otwiera wyobraźnię na dziwne, śmieszne i niespotykane. Telenowelą się myśli – i rozmawia. Dlatego, zwracając się wprost do widza, akcję komentuje zza kadru pan narrator. Znacie ten rodzaj głosu, i daru; ludzie, którzy ten dar posiadają (jak moja ciocia H. i mój leniwy przyjaciel J.) potrafią opowiadać swoje doświadczenie tasiemcowych gatunków telewizyjnych tak, jakby należeli do jakiejś zaginionej kultury, w której wciąż dominuje twórczość oralna. Osoby tego daru pozbawione, np. ja, mogą, oczywiście, co nieco streścić – ale prędzej czy później pogubimy się wśród porywanych niemowląt, par bliźniąt, powrotów zza grobu, wymienianych twarzy i jednookich czeskich kryminalistek z hakiem zamiast ręki. Osoby z darem, telewizyjne wnuczęta Szeherezady, umieją z tych pętelek fabularnych, gry repetycji i przesunięć uczynić sztukę. Wpisując w opowieść gorliwego narratora – który pewne rzeczy przypomina, powtarza i bez wątpienia należy do grona wybrańców z darem – „Jane the Virgin” wskazuje na okołotelewizyjne gadanie jako immanentną część praktyki oglądania.


Najlepiej poddające się gadaniu, stworzone z gadania i dla gadania, gatunki telewizyjne (telenowela właśnie i opera mydlana) wydobywają najpiękniejszą cechę telewizji, czyli zostawianie widza – na dobę, na tydzień, przerwę świąteczną – w stanie rozkosznego niezaspokojenia. W środku opowieści, ze słodkim pragnieniem więcej i niepokojem, co dalej. Fakt, że nadrabiałam „Jane the Virgin” poprzez Netflixa, staje się więc odrobinę ironiczny. Kiedy przedzierałam się przez kolejne zakręty opowieści, byle zdążyć na końcówkę czwartego sezonu i zasmakować cudowności zawrotów akcji w pełnej ich krasie (pozostając na tydzień z zagadką), Netflix kusił mnie swoimi kolejnymi nowościami udostępnianymi w wieloodcinkowych paczkach.

Oczywiście część tych paczek może być dobra i nie w tym rzecz. Ale kiedy oglądałam „Jane the Virgin” z poczuciem głębokiego żalu, że nie było mi dane cieszyć się tym serialem przez lata, przez tygodnie, po kawałeczku – narastała we mnie irytacja modelem lansowanym przez Netflixa. Udostępnianiem seriali co piątek w megapaczkach – maksymalną kumulacją nie opowieści już, a kontentu. Byle szybciej, byle więcej! Jeśli serial rozwleczony w czasie pozostawia widza w stanie słodkiego głodu i daje widzom czas, by sobie wokół tego głodu zbudowali sieć gadania – polityka Netflixa zaprasza do samotniczej (choć nadzorowanej) bulimii. To nie przypadek, że CEO platformy, Reed Hastings, jako głównego rywala Netflixa wymienił niedawno sen.

Tradycyjne pozostawianie widza bardzo długo w jednej opowieści wiąże wymóg cierpliwości z relacjami międzyludzkimi: sprzyja gadaniu. Model netflixowy dla odmiany, ostatnio posuwający się do tak symptomatycznych mikrocięć jak przeskakiwanie – lub nachalne proponowanie przeskakiwania – „rytualnych” elementów serialu, czołówek i napisów końcowych – dąży do maksymalnej wydajności oglądania. Oczywiście seriale tradycyjne, ograniczone czasowo wymogami ramówki, mają czołówki zazwyczaj krótsze od prestiżowych kablówek, nierzadko zastępują je zwyczajną planszą z tytułem. Ale sam gest wydaje mi się znaczący. Nie tęsknię, rzecz jasna, do ciągnących się w nieskończoność bloków reklamowych – ale w popędzaniu przez złośliwe algorytmy, w przestrzeni pozornie czasowo nieograniczonej, widzę drugą stronę tego samego medalu. Ideologia samej opowieści zostaje wzbogacona w ideologię wydajności oglądania. Netflix komunikuje: leżysz na kanapie za wolno.

Tymczasem „Jane the Virgin” rozkosznie rozlewa się w gadaniu. Powtórzmy: nie ma telenoweli i oper mydlanych bez gadania, to gatunki, które gadanie generują i z gadania wyrastają, gadanie jest w nich głównym mechanizmem posuwania akcji do przodu. Ktoś kradnie z laboratorium spermę, ktoś ucieka łodzią podwodną – ale głównym tworzywem gatunku jest rozmowa. Bohaterowie wchodzą do pomieszczenia (domu, hotelu z widokiem na ocean) albo podsłuchują za uchylonymi drzwiami – mówią i słuchają, mówią i słuchają. „Jane the Virgin” przekuwa cechę gatunku w narzędzie emancypacji – mogą się tu dziać rzeczy najdziwniejsze, ale emocje bohaterów są zawsze traktowane serio. Psychologia postaci polega na oświetlaniu, ale z dala od tępego determinizmu: to, co je lepi (doświadczenie takiego czy innego wykluczenia, niestabilność ekonomiczna czy emocjonalna), w żaden sposób nie przekreśla ich wyborów. Nikt nie zostaje wyśmiany: np. decyzja Jane o czekaniu z seksem do ślubu ma swoje podbudowanie w jej historii rodzinnej, ale, chociaż poddawana wieloodcinkowej refleksji, zachowuje swoją autonomiczność bez śladu narracyjnego protekcjonalizmu. To zresztą jeden z utopijnych elementów świata przedstawionego: męski narrator i amanci respektują tu kobiecą autonomię i ich seksualne wybory właściwie bez zająknięcia, bo okazuje się, że można wpisać szacunek do kobiet w jeden pakiet z nieludzko wyrzeźbioną klatką piersiową. Po latach autonarracji o męskiej lichocie miałam ochotę na tym serialu – pisanym, reżyserowanym i granym głównie przez kobiety – chlipać z radości.

A o czym się tu tak zapamiętale gada? Przede wszystkim o rodzinie. O rodzinie jako bycie upolitycznionym – doświadczenie wielu latynoskich rodzin, żyjących w permanentnym lęku przed deportacją któregoś z członków rodziny, wybrzmiewa tu z dala od interwencyjnych klisz, wpisane w codzienność, w domowe mikronapięcia. Rodzina nie jest tu z góry ustanowionym bytem, tylko procesem w działaniu, rodzinę trzeba bez ustanku stwarzać i nie można się w jej ramach migać od odpowiedzialności za drugiego człowieka (żadnego migania od opieki nad dziećmi! lekceważenie siostry, która się życiowo odkleiła, grozi katastrofą!). Poza dobrze zorganizowaną młodą kobietą, której przydarzyło się niepokalane poczęcie, jest tu roztrzepana matka, zasadnicza babcia, przesłodki biały glina, troje brzdąców z kradzionej spermy i właściciel tej spermy o oczach jelonka Bambi, próżny gwiazdor z obsesją na punkcie koloru lila, i niezdarna córka czeskiej kryminalistki, tej jednookiej z hakiem. (Gdyby nie było to jasne: za przemoc lub próbę przemocy wylatuje się z rodziny lub przez balkon). Telenowelowy sznyt pozwala uchwycić rodzinę w kryzysie – ale i pokazać świat, w którym największe dziwy mogą okazać się drogą do szczęścia. Wszystko to w jednym wieloletnim ciągu telewizyjnego gadulstwa.