Przyszło samo
fot. Kuba Dąbrowski

13 minut czytania

/ Teatr

Przyszło samo

Rozmowa z Lechem Łotockim

Mam teraz w życiu czas, który mnie zadziwia. Rok temu obchodziłem 50-lecie pracy twórczej, a tu nagle albo gram Małego Powstańca u Jędrzeja Piaskowskiego, albo Lecha Kaczyńskiego u Antoniego Krauzego, albo Osowiałą staruszkę u Grzegorza Jarzyny

Jeszcze 3 minuty czytania

ARKADIUSZ GRUSZCZYŃSKI: Trudno jest zastępować Danutę Szaflarską w „Między nami dobrze jest”?
LECH ŁOTOCKI: Jeszcze nie potrafię opisać, nazwać tego stanu. Grzegorz Jarzyna zaproponował mi tę rolę dosyć dawno, chyba w listopadzie tamtego roku. Pracowaliśmy nad spektaklem „Dwa miecze” w Chinach, w którym Jarzyna powierzył mi rolę Króla. Wpadł na to, kiedy zobaczył mnie w białej peruce zaprojektowanej dla tej postaci przez kostiumografkę, Anię Axer Fijałkowską.

Jak pan zareagował na tę propozycję?
Serdecznym śmiechem.

A jakich argumentów użył Jarzyna?
Powiedział, że jestem w tym spektaklu od samego początku, a poza tym pozostawałem z Danusią w serdecznej znajomości, chyba nawet mógłbym nazwać się jej przyjacielem. Danusia Szaflarska pochodziła z Kosarzysk, a ja mam tam od wielu lat chałupę. Zakochałem się w tamtej okolicy od pierwszego wejrzenia.

Gdzie to jest?
W pięknej dolinie w Piwnicznej Zdrój. Danusia miała tam uroczy domek wybudowany przez górali. Uczyła mnie chodzić po górach, rozpoznawać zioła.

No i zgodził się pan.
Ale kiedy zbliżał się termin premiery nowej wersji przedstawienia, byłem coraz bardziej przerażony. Bałem się, czy podołam, czy to w ogóle wykonalne. Danusia była, co miało ogromną wartość, świadkiem czasów, o których opowiadała w „Między nami dobrze jest”. Ja wojnę znam tylko z opowieści i przekazów. Z drugiej strony kiedy udzielałem wywiadu w radio, prowadząca zapytała: „Wie pan, że ludzie będą przychodzić oglądać, jak pan gra Szaflarską, a nie Osowiałą staruszkę na wózku inwalidzkim?”. Ale co tu dużo gadać: przyszedł w końcu termin premiery, tempo pracy było dynamiczne. Najpierw ćwiczyłem piruety na elektrycznym wózku inwalidzkim, potem próbowaliśmy całość z kolegami, którzy bardzo mi pomogli. W dniu, kiedy wystawialiśmy spektakl, miałem ogromną tremę, ale tylko w pierwszej części. A w drugiej chyba dostałem sygnał od Danusi, że mam prawo za nią grać, przejąć po niej rolę. I poszło znakomicie.

Między nami dobrze jest, fot. Natalia Kabanow„Między nami dobrze jest”, fot. Natalia Kabanow

Gracie to przedstawienie od 9 lat. Tekst Doroty Masłowskiej dalej działa?
Dzisiaj chyba jeszcze bardziej niż wtedy. Masłowska i Jarzyna dotykają w nim bolesnych miejsc polskiej tożsamości, naszych zachowań. Tekst jest przy okazji przepełniony ironią, która ostatecznie wydaje się być terapią zmuszającą do określenia naszej kondycji; do zadania pytania, jacy tak naprawdę jesteśmy. Sporo w tym tekście historii, od której nie da się uciec. Siedząc na scenie jako Osowiała staruszka, dostrzegłem, jak nieodwracalne szkody uczyniła II wojna światowa, szczególnie słyszę to w słowach: „Polsko, kraino prześliczna, pamiętam, jak umierało twe piękno”. Z tego jesteśmy: z Holocaustu, Powstania Warszawskiego, strachu, biedy i grozy dnia codziennego. Niestety, choroba tej wojny promieniuje do dzisiaj. Nie da się o niej zapomnieć.

W pańskim domu rodzinnym wspominano wojnę?
Niewiele. To było częste w polskich rodzinach.

Rodzice byli poznaniakami?
Nie, tata pochodził ze Lwowa, mama z Krakowa. Poznali się w Krakowie. Mama skończyła filologię klasyczną na Uniwersytecie Jagiellońskim, przed wojną uczyła łaciny i greki. Po wojnie nie było zapotrzebowania na te przedmioty. Tato był ekonomistą. Umarł w 1968 roku, równo 50 lat temu.

Rozmawialiście o Marcu?
Tak. 

Co o tym myślał?
Tato było wtedy w szpitalu w trakcie intensywnej radioterapii i nie bardzo orientował się w tym, co się dzieje na zewnątrz.

A pan co o tym myślał?
Popierałem protesty. Pamiętam, jak szliśmy na wiec w śniegu z deszczem i skandowaliśmy: „Prasa kłamie!”. Ale kiedy przyszliśmy na uczelnię z kocami, żeby strajkować, okazało się, że senat naszej łódzkiej filmówki poparł postulaty studenckie. Strajku nie było, a konsekwencje znamy.

Miał pan w rodzinie aktorów?
Nie.

To skąd pomysł na szkołę filmową?
Przyszło samo. Wiersze mówiłem już w przedszkolu. Potem w szkole często występowałem na akademiach. W Liceum nr 1 im. Karola Marcinkowskiego, które wtedy było jeszcze szkołą męską w Poznaniu, mieliśmy zajęcia z Ireną Osuchowską, aktorką poznańskiego Teatru Polskiego.

Bracia nie wykazywali podobnych zainteresowań?
W pewnym sensie tak, mój starszy brat Janusz miał zostać aktorem. Zagrał jako 12-latek w spektaklu Adama Hanuszkiewicza w Teatrze Polskim. Ostatecznie został lekarzem. Drugi brat, Adam – architektem. 

Co to było za przedstawienie?
„Juliusz i Ethel” Leona Kruczkowskiego, o małżeństwie Rosenbergów, którzy przekazali na Wschód wiedzę o broni jądrowej. Janusz grał ich syna.

Chodził pan do teatru?
Owszem, ale nieczęsto. 

Dostał się pan od razu do szkoły?
Udało się.

Do Łodzi?
Tak. Co prawda pod koniec egzaminu pani reżyser Maria Kaniewska spytała: „A ile pan ma wzrostu?”. Odpowiedziałem: „Nie wiem, bo nie lubię się mierzyć”. Na co wstała prof. Irena Wojutycka, postrach wszystkich studentów i studentek od dykcji i powiedziała: „To ja się z panem zmierzę”. Rozpięła swój kok i po dłuższej naradzie ustalono, że mam 169,5 cm. Może to pół centymetra zdecydowało. 

Jak pan sobie wyobrażał aktorstwo? Sława, pieniądze i ciągła zabawa?
W ogóle nie. Nie myślałem o pieniądzach, apanażach. Miałem tylko świadomość, że wybrałem sobie trudne, wymagające poświęcenia zajęcie. Kiedy studiowałem, często nie przyznawałem się do aktorstwa.

Dlaczego? Wstydził się pan?
Skądże. Moi znajomi wiedzieli, że dostałem się do Łodzi, ale wśród obcych wolałem powiedzieć, że studiuję na politechnice. Nie chciałem na wejściu mieć profitów tylko z tego powodu, że studiuję aktorstwo.

A jak się pan znalazł w Teatrze Polskim w Poznaniu? Czy to była pańska pierwsza praca po studiach?
Tak. Tato umarł, mama została sama. Bracia pracowali poza Poznaniem. Pomyślałem, że byłoby dobrze być blisko mamy. Usłyszałem, że dyrektorem Teatru Polskiego w Poznaniu zostanie Andrzej Ziębiński, który wcześniej kierował Bałtyckim Teatrem Dramatycznym im. Juliusza Słowackiego w Koszalinie, gdzie grano wtedy bardzo ciekawy repertuar. Poza tym, jak mawiano przed wojną, dobrze jest być aktorem w mieście z tramwajami. Te dwa argumenty mnie przekonały [śmiech]. Tam debiutowałem rolą Janka w „Krakowiakach i góralach”. Co ciekawe, co wieczór dostawałem brawa po piosence, którą tam śpiewałem. Kiedyś zaczepia mnie pani Losia, bileterka, i powiedziała: panie Leszku, pan mi się tak podoba, że to ja zawsze te brawa zaczynam. 

Jak pan długo był w Poznaniu?
Do 1989 roku. Całą swoją młodość aktorską. To był niezwykle ciekawy i ważny dla mnie czas. 18 lat w teatrze Izabelli Cywińskiej, spektakle w jej reżyserii, a także Janusza Nyczaka, Adama Hanuszkiewicza, Kazimierza Wiśniaka, Wojciecha Szulczyńskiego, Konrada Drzewieckiego. Potem pracowałem z Wiśniewskim, poznaliśmy się jeszcze w Poznaniu. Pierwsze jego wybitne spektakle powstały w Teatrze Nowym: „Koniec Europy”, „Modlitwa chorego przed nocą”, „Panopticum”, „Balladyna”. One otworzyły przed nami świat. Festiwale w Londynie, Belgradzie, Amsterdamie, Nancy, Edynburgu. Tamta przygoda uruchomiła we mnie dziecięcą wrażliwość, która do dziś się nie wypaliła. Ale dlaczego nie rozmawiamy o filmie?

Proszę bardzo.
Bo równolegle do teatru przecież grałem w filmach. W 1967 roku dostałem rolę w filmie „Ojciec” o bananowej młodzieży. Reżyserem był Jerzy Hoffman. Zagrałem tam u boku Tadeusza Fijewskiego. Potem grałem główną rolę w „Kto wierzy w bociany?” w reżyserii Jerzego Stawińskiego i Heleny Amiradżibi-Stawińskiej. Po próbnych zdjęciach przyszedł telegram: „W związku z zaangażowaniem pana do głównej roli w filmie prosimy o nieścinanie włosów”. Nie ściąłem ich do tej pory!

Ale wróćmy jeszcze do teatru, dobrze? Jak się pan znalazł w Rozmaitościach?
W 1991 r. Wojciech Szulczyński zaproponował mi rolę Pijaka w „Ślubie” Witolda Gombrowicza, który miał być otwarciem jego dyrekcji. Rozmaitości były wtedy po pożarze. Graliśmy w spalonym teatrze, a  kostiumy i dekoracje były z papieru, więc mimo zabezpieczeń straż pożarna cofnęła zgodę na to przedstawienie. „Ślub” zagraliśmy tylko dwa razy. Ale, widać, to miejsce jest mi przeznaczone. Po remoncie zagrałem Józefa, główną rolę w „Szale łowienia motyli” według Bruno Schulza w reżyserii Wojciecha Mariańskiego, spektaklu otwierającym scenę po remoncie przy Marszałkowskiej 8.

Bzik tropikalny, fot. Weronika Szmuc„Bzik tropikalny”, fot. Weronika Szmuc

Był pan, kiedy pojawił się Jarzyna?
Byłem.

„Bzik” był czymś nowym?
Wtedy tak nie myślałem, ale z perspektywy czasu zgadzam się z tą tezą. A wtedy było to po prostu kolejne przedstawienie, tylko wyreżyserowane przez bardzo młodego człowieka. Dyrektorem artystycznym był Piotrek Cieplak, który wystrzelił spektaklem „Historia o Miłosiernej, czyli testament psa”. Po tych dwóch premierach teatr dostał wiatru w żagle. Ludzie stali w kolejkach, co wieczór była pełna widownia. A jak Grzesiek dopalił „Magnetyzmem serc”, to staliśmy się najlepszym teatrem w Warszawie.

To teraz przeskoczmy do współczesności. Jak się panu pracowało w Chinach? W spektaklu Jarzyny zagrał pan jako jedyny Polak.
Miałem oparcie w Grzegorzu i w Jarku Szymańskim, który mieszka od wielu lat w Szanghaju. Asystował reżyserowi, ale też pomagał w tłumaczeniu i poznawaniu tamtejszych obyczajów. Grałem główną dużą rolę.

Po chińsku?
Nie, po polsku. Każdy grał w swoim języku, Chińczycy po chińsku, a Amerykanin po angielsku.

Jak się dogadaliście?
Językiem teatru.

A na próbach?
Po angielsku. Na scenie słuchaliśmy muzyki zdań. Graliśmy w Szanghaju, Harbinie, a oficjalna premiera odbyła się w Pekinie. Mam teraz w życiu czas, który mnie zadziwia. Rok temu obchodziłem 50-lecie pracy twórczej, jestem właściwie emerytem, a tu nagle albo gram Małego Powstańca u Jędrzeja Piaskowskiego w „Puppenhaus. Kuracja”, albo Lecha Kaczyńskiego u Antoniego Krauzego, albo Osowiałą staruszkę u Grzegorza Jarzyny.

Dwa miecze, fot. fot. Yue Yuzhang„Dwa miecze”, fot. fot. Yue Yuzhang

Jak pan to łączy?
Jestem aktorem. Aczkolwiek w czasie prób do „Puppenhaus. Kuracja” wiele energii musiałem włożyć w przełamanie stereotypów, rodzaju tabu. Mały Powstaniec, gej zakochany w Niemcu, to figura wybuchowa. Reżyser Jędrzej Piaskowski i autorka tekstu, Magda Fertacz pracując z nami – Justyną Wasilewską, Agnieszką Żulewską i Sebastianem Pawlakiem – wykazali się dużą czułością i subtelnością. Przez cały okres pracy nad spektaklem wyczuwałem ich szlachetne intencje. I uważam, że nasz kwartet aktorski doskonale je podchwycił.

Bał się pan zaszufladkowania po „Smoleńsku”?
Lech Kaczyński mi imponował jako mąż stanu, dlatego zgodziłem się go zagrać. Szczególnie, że za życia opozycja i niektóre media przypięły mu nieprzychylną, nieprawdziwą łatkę. Przy całym pomniejszaniu jego roli, to jednak w Gruzji zrobił coś wielkiego.

Wiedział pan, jak będzie wyglądał film Krauzego?
Nigdy nie wiadomo, jak będzie wyglądał film do momentu premiery. Mam świadomość, że swoje zadanie wykonałem rzetelnie.

A nie boi się pan, że prawica zacznie pana atakować za role w obrazoburczych spektaklach?
Nie uważam tych spektakli za obrazoburcze. Oglądając „Między nami dobrze jest”, można usłyszeć nutę krytyczną wobec nas, Polaków, ale wśród tego śmiechu i narzekania pojawia się też wzruszenie i refleksja, że tu jest nasz dom. W TR Warszawa prowadzimy otwartą dyskusję. Takie jest zadanie aktorów i teatru.

Puppenhaus. Kuracja„Puppenhaus. Kuracja”, fot. Magda Hueckel

A jak się pan przygotowywał do roli Lecha Kaczyńskiego?
Słuchałem dużo jego przemówień, oglądałem filmy dokumentalne, czytałem biografie, wspomnienia. Rozmawiałem z ludźmi, którzy go znali. Spotkałem się z jego bratem ciotecznym.

A z Jarosławem Kaczyńskim?
Nie.

Kto panu zaproponował tę rolę?
Zadzwoniła do mnie Ewa Dałkowska z pytaniem, czy zgodziłbym się na udział w castingu. Zgodziłem się. Poproszono mnie, abym przygotował słynne przemówienie z Gruzji. Przygotowując ten tekst, dopiero zdałem sobie sprawę, co kierowało w tamtej sytuacji Lechem Kaczyńskim – odpowiedzialność za przyszłość polityczną regionu.

Film wywołał wiele kontrowersji. Jak pan sobie z tym poradził?
Uważam, że ten film powinien powstać jako zapis ważnych wydarzeń. Miałem nadzieję, że nas pogodzi. Stało się inaczej.

Teatr nie robił panu problemów?
Nie. Rozmawiałem o propozycji roli z Grzegorzem Jarzyną. Docenił wagę tego wyzwania, a jednocześnie ostrzegał mnie przed napięciami, jakie ta decyzja może wywołać. Ze strony kolegów z TR Warszawa czułem całkowitą akceptację.