Słodki kac

6 minut czytania

/ Sztuka

Słodki kac

Karol Sienkiewicz

Wystawa „Zwierzęta domowe” w Bunkrze Sztuki to świat rozłożony na czynniki pierwsze i sklecony na nowo. Perwersje i kaprysy bezpieczne dla artystów, dla widzów mogą okazać się zakaźne

Jeszcze 2 minuty czytania

Wsiąść do pociągu byle jakiego. Położyć się na wodzie i dać się unieść falom. Pogubić wszystkie kalendarze. Może nawet nigdy nie wrócić. Marzenie wyśpiewane niegdyś przez Marylę Rodowicz artystki Anna Pichura i Triin Marts proponują nam jako grę miejską. Podążając za ich krótkimi instrukcjami, mamy się wyrwać z codziennej rutyny, ciężaru odpowiedzialności i materialnej strony bytu: wyjdź z domu; skombinuj darmowy nocleg; nagraj cud; skonsultuj się z wróżką. Przetrwaj w miejskiej dżungli, a przy okazji otwórz się na nieznane i uwolnij umysł. To gra tak trudna, że niemal niemożliwa. Tym bardziej, że artystki przestrzegają: „Nie oszukuj!”.

Podobne marzenia o nieskrępowanej wolności wyczuwa się na całej wystawie, która zajmuje górną kondygnację Bunkra Sztuki w Krakowie. Kuratorka Marta Lisok zatytułowała ją „Zwierzęta domowe”. Tymi zwierzętami mają być artyści. Bo to sztuka o intuicji, ale taka, którą można tworzyć w domowym zaciszu. Pichura i Marts sugerują nam wprawdzie ucieczkę z domu, ale nikt nie podejmuje ich wyzwania.

Lisok pisze wręcz, że chodzi tu o figurę artysty – globtrotera niewstającego z miękkiego fotela, w domowych pieleszach podróżującego palcem po mapie wyobraźni. To twórca udomowiony, chociaż niepozbawiony pierwotnych instynktów. Ale nawet gdy artysta siedzi wygodnie w fotelu, widz na tej wycieczce nie zawsze będzie się czuł bezpieczny.

Czeko, czeko, czekolada

Zwierzęta domowe

kuratorka: Marta Lisok, Bunkier Sztuki, do 24 czerwca 2018.

Niemal na progu wpadamy bowiem w obszary lepko-darkroomowe. Grupa Smutna Buźka (Aleksandra Nowakowska i Karolina Jarzębak) buduje darkroom pełen internetowych znalezisk. Jeśli zagłębimy się w masturbacyjnej kabinie, możemy tu na przykład zobaczyć gryzonia, zwierzę domowe płci męskiej samozaspokajające się oralnie. 

Obok wyświetlany jest film found-footage Martyny Kielesińskiej, na którym przelewa się reklamowa czekolada, zestawiona ze scenami z filmu „Trędowata”. Tu panie w zwiewnych sukniach i letnich kapeluszach, tu maziste kremy i słodkie sosy niczym cielesne wydzieliny. Ekskluzywne, ale o krok od splugawienia. Potencjalne scenariusze okazałyby się niestosowne w recenzji wystawy.

Kielesińska pokazuje też fragment kreskówki „Tom i Jerry”, zabawnej i zarazem brutalnej. Animowane zwierzaki są niezwykle plastyczne – uderzone kowadłem potrafią dostosować się do jego kształtu, przynajmniej na chwilę. Kielesińska wykorzystuje ich właściwości, w jej rękach zamieniają się w stolik czy deskę do prasowania, obiekty dla wyznawców kreskówkowej fornifilii. Allen Jones w wersji dla dzieci.

„Zwierzęta domowe”, fot. StudioFILMLOVE

Wybrzuszenia

Wystawa roi się od fetyszy. Rozciąga się między autofellatio szynszyli a fantazją o świecie bez pieniędzy – w kojącym zmysły wideo Magdaleny Lazar monety wpadają do złotego, niekończącego się leja. Między darkroomem i mapami świata à rebours.

Po takim pobudzającym wstępie trudno się dalej wyzbyć fizjologicznych asocjacji. A jeśli istnieje na to lekarstwo – jak śpiewała Diana Ross – wcale nie mam na nie ochoty. Dalej niepokojąco wybrzuszają się bowiem obrazy Adriana Kolerskiego. Filip Rybkowski efektownie zdziera kolejne warstwy farby i tapet, którymi narosła jakaś stara ściana, by w pewnym momencie odsłaniać już nie same materiały, lecz ich iluzję – trompe l’oeil z blokowiska.

Na końcu czeka nas jeszcze crème de la crème wystawy – instalacja „Trawers” Kornela Janczego. Janczy wykorzystuje motywy z atlasów geograficznych. Fantazyjne poziomice i izotermy przybierają formę abstrakcyjnych rzeźb z blachy. Niczym kartograficzne wstęgi Moebiusa ujawniają swą drugą, ale wciąż tę samą stronę. W usypanych z mąki łańcuchach górskich nagle odnajdziemy czerwoną kulę. Geometria ściera się z przypadkiem. Twarde z sypkim. To kartografia wyzwolona z zasad i reguł. Pomazany białą farbą globus zdradza tylko, że mamy do czynienia z „bad, bad weather”, całkowitym, globalnym zachmurzeniem.

„Zwierzęta domowe”, fot. StudioFILMLOVE

Ocean wolnego czasu

„Zwierzęta domowe” zostały otwarte w okolicach krakowskiego weekendu galeryjnego Krakers. Sama wystawa jest zaś efektem kolejnej edycji przeglądu małopolskiej sceny artystycznej „Sejsmograf”. Z artystów biorących udział w „Sejsmografie” Marta Lisok wybrała kilkunastu i z ich prac ułożyła nową całość. Ale jednocześnie odcięła się od ambicji ilustrowania dokonań środowiska czy zarysowywania aktualnych trendów w krakowskiej sztuce.

Przestrogą przed takim podejściem mogą być pokoleniowe krakowskie wystawy w Mocaku. Lokalne środowisko wciąż odczuwa potrzebę autodefinicji; świadczy o niej nowa inicjatywa – zapowiadany na jesień Krakowski Salon Sztuki. Kraków, „ocean wolnego czasu”, który co kilka lat przeżywa exodus artystów do działającej jak magnes stolicy, ponownie się artystycznie odbudował.

„Zwierzęta domowe”, fot. StudioFILMLOVE

Gdy zdjąć z tej wystawy krakowskie piętno, okaże się ona jednak całkiem kuszącą obietnicą. Od trashowych instalacji Smutnej Buźki, przez grę z minimalizmem (Justyna Mędrala), po Janczego – czasami taka jedna wystawa wystarcza za dwadzieścia innych. Raz trafiamy na Wyspy Nonsensu, raz do Stumilowego Lasu. Marta Lisok porównuje tę wystawę do „laboratorium niepotrzebnych bytów”. Wiemy jednak, że coś takiego jak „byt niepotrzebny” nie istnieje. Co dla jednego jest zbędne, innemu okaże się nieodzowne do życia.