Poczciwy chłop

11 minut czytania

/ Film

Poczciwy chłop

Grzegorz Stępniak

Ogrywanie dwuznaczności i pokraczności konkretnych sytuacji, postaci, ale i samego „realu”, to jeden z bardziej udanych chwytów narracyjnych wykorzystanych w „Atlancie”

Jeszcze 3 minuty czytania

Na początku maja afroamerykański raper, Childish Gambino, udostępnił na YouTubie teledysk do swojego nowego singla – „This Is America”. Od momentu premiery obejrzano go ponad dwieście milionów razy. Klip narobił sporo zamieszania. Zachwycano się sprytnie wymyślonym pastiszem czerpiącym choćby z konwencji tzw. minstrel shows (XIX-wieczne widowiska rozrywkowe, w których biali wykonawcy w mało wybredny sposób parodiowali rzekomo typowe dla czarnych zachowania i sytuacje). Na muzyka posypały się jednak i krytyczne głosy, zarzucano mu, że nazbyt dosłownie posługuje się przemocą, co prowadzi do jej bagatelizacji. Że jako strategię oporu przeciwko nierównościom klasowym i rasowym proponuje mało skuteczne w dzisiejszych czasach cynizm i ironię.

W „This Is America” rozebrany do pasa Childish Gambino biega, skacze i tańczy po przestronnym hangarze. Napotykając na swej drodze: zakapturzonego zakładnika, do którego bez chwili zastanowienia strzela; chór gospel, który bez mrugnięcia okiem masakruje; policyjny wóz, wokół którego pląsa grupa czarnoskórych dzieciaków czy wreszcie faceta w białym kapturze, przywodzącym na myśl ubiór charakterystyczny dla Ku Klux Klanu. Po chwili – sam Gambino zaczyna poruszać się radośnie na dachu auta, imitując „kocie ruchy”. Jednak tylko po to, by za moment, w finale teledysku, biec z przerażoną miną i spoconą twarzą w ciemności, przywołując bohatera horroru Jordana Peele’a „Uciekaj!” – usiłującego wydostać się z zastawionej na niego dosłownej i tożsamościowej pułapki. Tym zatrważającym, a równocześnie prześmiewczo podanym scenom, towarzyszy rap o pieniądzach, szybkiej karierze, urodzie, ale też niebezpieczeństwach czyhających na czarnego mężczyznę w Ameryce Anno Domini 2018.


Nie trzeba geniusza, żeby dostrzec, że klip naszpikowany jest rozmaitymi odniesieniami, kulturowymi cytatami i medialnymi wtrętami. Od odwołania do zabójstw afroamerykańskich nastolatków, na czele z Trayvonem Martinem, poprzez masakrę w kościele episkopalnym w Charleston, brutalność policji, aż po maczyzm ociekających testosteronem w najgorszym wydaniu hip-hopowych klipów. „This Is America” zalicza się do sztuki spod znaku „wake”, czyli „przebudzenia”, którą afroamerykańska krytyczka Christina Sharpe określa jako przestrzeń oporu, świadomości siły rażenia opresyjnych mechanizmów społecznych. Ale i możliwości zbudowania nowych modeli życia i sojuszy.

Mój osobisty problem z teledyskiem Childish Gambino, mimo tego, że doceniam zarówno jego krytyczny potencjał, jak i gibkie ruchy rapera, wiąże się z traktowaniem zabójstw Afroamerykanów jako czegoś najzupełniej normalnego i oczywistego. Oraz wykorzystaniem ich w formie „radosnego przerywnika myślowego”. Zdecydowanie inna wrażliwość polityczna i kulturowa wyróżnia serial „Atlanta”, który zadebiutował w amerykańskiej telewizji jesienią 2016 roku. Odpowiedzialny jest za niego Donald Glover: aktor, reżyser, producent, scenarzysta, ale także raper, ukrywający się pod pseudonimem Childdish Gambino.

Komediowy warsztat zdobywał, pisząc scenariusze kultowego „30 Rock” oraz grając w głośnym „Community”. Pierwszy sezon „Atlanty” składa się z dziesięciu dwudziestominutowych odcinków. Niedawno zakończyła się emisja drugiego – zatytułowanego „Robin Season” – złożonego z jedenastu epizodów.

„Atlanta”

Serial, stworzony, napisany i częściowo wyreżyserowany przez Glovera, osadzony jest w tytułowej Atlancie, mieście, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat stało się ważnym muzycznym ośrodkiem. Nie dziwi więc, że na ścieżkę dźwiękową składają się w dużej mierze numery lokalnych raperów. Całość rozgrywa się w niszowym hip-hopowym środowisku. Główny bohater – dobiegający trzydziestki Earn (w tej roli sam Glover) jest typem sympatycznego życiowego ciamajdy. Wspólnie ze swoją najlepszą przyjaciółką, Van (świetna Zazie Beetz), wychowuje ich kilkuletnią córkę. Częściej jednak plącze się po mieście z najlepszymi ziomeczkami. To kuzyn Alfred AKA „Paper Boi” (Brian Tyree Henry) oraz wiecznie zjarany, ale co rusz serwującym kolegom całkiem głębokie i trafne historiozoficzne oraz egzystencjalne refleksje Darius (znany z „Uciekaj!” Lakeith Stanfield). Kiedy pewnego dnia Paper Boi, parający się dilerką konopi indyjskich, ale i rapem, przez przypadek właściwie, robi coś na kształt lokalnej muzycznej kariery, Earn zostaje jego menadżerem.

W wywiadach Glover podkreślał, że jego ambicją było stworzenie serialu o czarnych postaciach na przekór i wbrew wyobrażeniom białych. Jest to też naczelna zasada konstrukcyjna świata przedstawionego w „Atlancie”. Owszem, czasem opowiada się tu o różnych społecznych patologiach, nierównościach ekonomicznych i klasowych, przemocy ze strony aparatu państwa, brutalności policji. Lecz przede wszystkim o miniwspólnocie, w której żyje czworo głównych postaci, niejako na przekór krzywdzącym i opresyjnym normom białego świata.  W jednym z epizodów z drugiego sezonu Paper Boi i Earn przychodzą na umówione spotkanie do firmy fonograficznej, zarządzanej w całości przez młodych białych Amerykanów. Czują się w niej jak egzotyczne dziwadła; nijak nie mogą odnaleźć się w realiach biznesu, gdzie zarabia się, jakby nie było, głównie na afroamerykańskiej muzyce.

Najciekawsze w „Atlancie” są dwa aspekty stworzonego przez Glovera uniwersum. Po pierwsze, sposób prezentowania czarnej męskości, ucieleśnionej przez głównego bohatera. Earn, wyedukowany na prestiżowej uczelni, inteligentny, sarkastyczny, ale i życiowo dość nieporadny, jest zaprzeczeniem stereotypu. Co więcej, ta postać nie nadaje się do łatwej i taniej asymilacji. Nie ma też nic wspólnego z figurą twardego samca alfa, głowy rodziny, a Glover konsekwentnie pokazuje uprzedzenia, jakie napotyka na swej drodze bohater nie tylko ze strony białego świata. Konstruując postać Earna, odnosi się do podziałów, obiegowych opinii i krzywdzących przekonań funkcjonujących niekiedy w obrębie afroamerykańskich społeczności. Z ich fiksacją na temat czystości czarnej rasy, mieszanych etniczne związków, przywiązaniem do materialnych zdobyczy, seksizmem i homofobią.

W dodatku Earn jest nie tylko dość dobroduszny i wrażliwy, ale głównie – wiecznie spłukany i nawet gdy zabiera Van na randkę, co rusz napotyka rozmaite przeszkody. A to w postaci zablokowanej karty, a to podejrzliwych spojrzeń, gdy chce w kilku miejscach zapłacić studolarowym banknotem (zgodnie z obiegową opinią posiadają je tylko dilerzy i alfonsi). I choć Earn zachowuje się momentami w stosunku do Van jak skończony kretyn, to muszę przyznać, że dawno nie widziałem ani na małym, ani na dużym ekranie tak inteligentnie skonstruowanej, złożonej i skomplikowanej reprezentacji czarnej męskości. Choć zapewne, w przeciwieństwie do jej badaczy, na czele z E. Patrickiem Johnsonem, jako typowy „white boy” za bardzo nie mam w tym przypadku prawa do wartościujących ocen.

Z jednej strony Earn zachowuje się jak ziomek z osiedla, z drugiej – jest rodzajem „czarnego geeka”, zarówno wizualnie, jak i kulturowo. Niby zdaje sobie sprawę z przywilejów i przewagi genderowej, jaką ma nad matką swojej córki, ale to nie chroni go bynajmniej przed popełnianiem licznych błędów emocjonalno-społecznych. Jest dumny i honorowy – woli przespać się w wynajmowanym garażu czy spędzić noc w areszcie niż przyznać się przed dziewczyną, że po prostu nie ma dokąd pójść. Ale potrafi też zranić ją, wykrzykując kilkukrotnie niesprawiedliwie spostrzeżenia na temat ich relacji i samej Van.

Drugim z ciekawych aspektów stworzonego w „Atlancie” świata jest model prezentacji lokalnej społeczności. Przy tym nie idzie mi tu o wspomnianą już solidarność między kolegami i modus operandi typu „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, a bardziej o ton i estetykę przygód i perypetii postaci. Wcześniej zarezerwowany dla białych telewizyjnych produkcji, pokroju „Dziewczyn” stacji HBO czy „Trawki” oraz „Californication” Showtime. Niby komediowych seriali, ale takich, w których zamiast wulgarnego sitcomowego śmiechu i walenia z rechotem ręką w stół, oglądamy absurdalne, tragiczno-zabawne, ironicznie podane zmagania bohaterów z nieprzyjazną z różnych względów rzeczywistością. W serialu Glovera również komentuje się ją, tematyzuje i w subtelny, lecz dosadny sposób obśmiewa. Mnożąc przy tym, przywodzące na myśl poetykę „Miasteczka Twin Peaks”, surrealistyczne przygody, zwłaszcza Papera Boia i Dariusa, odsłaniające niepokojąco groteskowy wymiar prezentowanego status quo.


W jednym z odcinków przejarany kolega Earna ma odkupić pianino od właściciela, którym okazuje się makabrycznie bogaty, acz zatrważająco dziwaczny biały mężczyzna, ofiara serii mało udanych operacji plastycznych. Kiedy indziej znów Paper Boi spędza cały dzień, jeżdżąc i załatwiając szemrane sprawunki swojego rozgadanego i neurotycznego fryzjera, odwlekającego moment
strzyżenia. Odsłonięcie toksyczności, ale i głębokiego tragizmu świata rządzonego przez rasizm i pieniądze sąsiaduje tu, jakby mimochodem i nonszalancko, z dowcipnym obalaniem image’u pozornie twardego gangsta-rapera. Zresztą ogrywanie dwuznaczności i pokraczności konkretnych sytuacji, postaci, ale i samego „realu”, to jeden z bardziej udanych chwytów narracyjnych wykorzystanych w „Atlancie”.

Serial nie jest bynajmniej samotną wyspą na mapie amerykańskiej telewizji, jeśli idzie właśnie o tragikomiczny ton opowiadania o afroamerykańskim doświadczeniu i wspólnotach (by wspomnieć „Niepewne” HBO czy „Drodzy biali!” Netflixa). Jedynie współtworzy ten wyjątkowo dobry i przyjemny w percepcji nurt. O ile jednak dwie wspomniane produkcje przeprowadzają próby radykalnej rewizji zarówno białego świata, jak i czarnej rzeczywistości oraz jej wewnętrznych podziałów, o tyle „Atlanta”, choć świetnie zagrana, inteligentnie napisana, pełna trafnych i dowcipnych obserwacji, nieco ślizga się po powierzchni. Sympatia widzów bowiem zdecydowanie i jednoznacznie znajduje się po stronie jej głównego bohatera – wrażliwego, empatycznego i dobrodusznego mężczyzny, który w większości sytuacji zdecydowanie chce dobrze, choć wychodzi mu różnie. Bo jak tu nie utożsamiać się lub chociaż nie wykazać zrozumieniem względem wzorcowego „poczciwego chłopa”? Że odwołam się do jednej z ulubionych, choć mało politycznie i genderowo poprawnych, kategorii tożsamościowych mojej babci. Brakuje gdzieś w tym wszystkim przysłowiowego pazura, nawet kiedy opowiada się o paląco aktualnych i trawiących czarne społeczności problemach i nierównościach społecznych. Potencjał spod znaku „wake” ginie czasem, neutralizowany konsekwentnie przez „fajność” i „poczciwość”. „Atlanta”, przynajmniej jak na mój gust, jest więc ciut zbyt łatwa do przetrawienia, choć na pewno ma słodko-gorzki smak.