Świat z wycinanki
fot. Łukasz Przytarski

7 minut czytania

/ Muzyka

Świat z wycinanki

Piotr Szwed

Feministyczne przesłanie albumu Czarneckiej dla niektórych będzie jego główną zaletą. Jednak na tle współczesnych muzycznych opowieści o kobiecej emancypacji jeszcze bardziej rzuca się w oczy przeciętność tego krążka

Jeszcze 2 minuty czytania

Przyglądanie się polskiej rzeczywistości z perspektywy ilości youtubowych wyświetleń bywa fascynujące. Pozwala bowiem przemyśleć kulturowe hierarchie, do jakich się przyzwyczailiśmy. Popularność największych hitów Taconafide wydaje się być wciąż śmiesznie mała w porównaniu ze spektakularnym sukcesem nagrania „Ta kaczuszka dzióbek ma”. TVN to marka wyraźnie słabsza od Step Records, Popek naprawdę niewiele znaczy przy youtuberze Blowku, a najważniejszym wydarzeniem w historii Wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej jest bezdyskusyjnie utwór „Hera Koka Hasz LSD” w wykonaniu Karoliny Czarneckiej.

Może o sukcesie tego viralu zdecydował komediowy talent, oszczędność interpretacji, wykreowanie na scenie postaci nieporadnego, pociesznego freaka połączone z prostą, zapadającą w pamięć melodią? Może Czarnecka ze swoją wersją utworu The Tiger Lillies po prostu idealnie trafiła w gust dzieciaków, które od wczesnych klas podstawówki wciągają nosem kredę, pokruszone cukierki, oranżadę w proszku, uznając branie narkotyków lub choć symulowanie go za istotną formę lansu. Nieważne. Niektórzy byli zażenowani, inni zachwyceni – liczyło się jednak przede wszystkim to, że w 2014 roku piosenki słuchała niemalże cała internetowa Polska.

Od tamtego czasu Karolina Czarnecka zrobiła wiele, żeby zagospodarować swoją rozpoznawalność. Dostała się do grupy teatralno-kabaretowej Pożar w Burdelu. Wystąpiła w filmie „#WszystkoGra” Agnieszki Glińskiej. Równolegle z karierą aktorską rozwijała tę muzyczną. Bardzo szybko nagrała minialbum „Córka”. W 2017 roku dołączyła do Gangu Śródmieście, z którym wydała w zeszłym roku płytę „Feminopolo”. Album „Solarium 2.0”, przygotowany wspólnie z reżyserem Michałem Walczakiem i odpowiadającym za muzykę zespołem UV, wokalistka nazywa swoim właściwym debiutem. To dźwiękowy zapis wydarzenia, określanego jako one woman musical, którego świadkami mogli być od kilku lat widzowie kluboteatru Dzika Strona Wisły.

Niektóre płyty zdecydowanie lepsze wydają się być na papierze niż brzmią w rzeczywistości. Współpraca z uznanym twórcą teatralnym, pomysł na ułożoną z piosenek opowieść, pisaną językiem odwołującym się do czytanych w dzieciństwie książek – wszystko to mogło zapowiadać album naprawdę dopracowany. Michał Walczak, autor słynnego dramatu „Piaskownica”, wydawał się przecież idealną osobą do stworzenia historii o dorastaniu, odkrywaniu własnej tożsamości i ucieczkach w krainę wyobrażeń i fantazji. Nie można wykluczyć, że piosenki z „Solarium 2.0” znacznie lepiej sprawdzają się jako element spektaklu. Niestety zebrane w płytę w żaden sposób nie układają się w spójną opowieść. Drażnią infantylnością tekstów, pretensjonalnymi pomysłami językowymi, wreszcie muzyczną nijakością.

Czarnecka + UV, Solarium 2.0, Karrot Kommando 2018Czarnecka + UV, Solarium 2.0”,
Karrot Kommando 2018
Na stronie wydawcy przeczytamy, że „Solarium 2.0” to kontynuacja przygód Tiny, bohaterki poprzedniej płyty, która wyjechała do stolicy, żeby śnić swój wielkomiejski sen. Można by się więc spodziewać obrazu warszawskiego życia. Zamiast tego z jednej strony wysłuchujemy historii o kucyku otrzymanym z okazji pierwszej komunii, a z drugiej utworów o propagandzie i wyścigu zbrojeń. Wielość znaczeń? Raczej kompozycyjny i treściowy bałagan. Oczywiście teoretycznie wszystko zostało zapowiedziane w pierwszym utworze, w którym mowa o urządzaniu parapetówy w królestwie szmiry, wyciąganiu śmieci z szafy, tworzeniu w oparciu o taktykę dziecięcej improwizacji. Już same tytuły utworów („Wycinanka”, „Marsz śmieci”, „Księżniczkowisko”) niosą ze sobą atmosferę programowego zamętu. Czarnecka określiła na Facebooku tematykę płyty słowem rzyg. Artystyczne rzyganie wymaga jednak nie lada umiejętności i charyzmy. Ich autorce zdecydowanie brakuje.

Nawet największy chaos nie przeszkadzałby, gdyby piosenki były po prostu dobre. Niestety, już singiel „Anaruk” drażni powierzchownym, a jednocześnie po prostu nieporadnym ślizganiem się po tematach. Zaczyna się od ubolewania nad „niechcianymi ciążami, rozbitymi rodzinami i konsekwencjami alkoholizmu”, po czym gładko przechodzimy do kuriozalnego refrenu: „Odpływa kra, kra kra kra kra Anaruk to ja”. Ostatecznie piosenka okazuje się utworem o menstruacji. Gdy utwory przybierają bardziej spójną formę, drażnią przeintelektualizowaniem, moralizatorstwem i zmanierowaniem. Czarnecka narzeka na „patchforkową moralność i narcystyczną epokę”. W „Marszu śmieci” odmalowuje wręcz apokaliptyczną wizję pochodu żywych odpadków, które „końca świata wyszczekują”. Nie sądziłem, że kiedykolwiek to nastąpi, ale słuchając tego nagrania, zatęskniłem za neologizmami Marii Peszek. Były one równie denerwujące, ale chociaż nie próbowały nikomu wmówić, że stanowią opis upadku człowieczeństwa. Tylko w „Ronji” i „Solarium” tekstowe pomysły są stopniowo rozbudowywane i nie drażnią źle rozumianą teatralnością. Niestety, to jedyne momenty, w których sztuczność (pragnień, wyobrażeń) jest tematem, a nie odstręczającą cechą stylu.



Muzycznie nie jest ciekawiej. Melodie na „Solarium 2.0” są schematyczne, a rytm śpiewo-recytacji, które często zresztą nie pasują do utworów, nużący. Dominują przewidywalne electropopowe podkłady, które najprostszymi brzmieniowymi efektami silą się na tajemniczność. Czasem zwalniają, zmierzając w stronę reggae („Inkuby Sukkuby”) czy dreampopu („Ronja”). Gdy podkręcają tempo, nawiązują do mocno uładzonego electroclashu, zdają się eksploatować pomysły sprzed prawie dwóch dekad – czasów sukcesów Miss Kittin. Obecnie jednak prezentują się one po prostu anachronicznie. Podobnie jak vaporwave'owa oprawa graficzna płyty.

Wyróżniony na okładce fragment tekstu „Mojego pokoju” sugeruje, że „Solarium 2.0” ma wprowadzić w męskim świecie chaos i zamęt. Feministyczność albumu dla niektórych może być zapewne jego główną zaletą. Jeśli jednak zobaczyć płytę Czarneckiej na tle współczesnych form muzycznych opowieści o kobiecej emancypacji, jeszcze bardziej rzuca się w oczy przeciętność tego krążka. Tylko w tym roku prowokacyjna raperka CupcakKe z drażniącą sprośnością, a jednocześnie naprawdę pomysłowo wypowiada się na temat seksu. Janelle Monae nagrywa olśniewający popowym kunsztem „Dirty Computer”, mistrzyni narracji Meghan Remy (występująca jako U.S. Girls) proponuje wysmakowany aranżacyjnie artpop połączony z zaangażowaną politycznie herstory. Na polskim gruncie Katarzyna Nosowska pokazuje w krótkim, zabawnym, a jednocześnie poważnym tematycznie singlu, jak w kilku zdaniach stworzyć postać silnej, ale jednocześnie niestereotypowej feministki z określonym charakterem i przekonującą tożsamością. Karolina Czarnecka też próbuje wykreować bohaterkę. Niestety, zamiast osoby z krwi i kości otrzymujemy papierową postać, kobietę z efekciarskiej, artystowskiej wycinanki.