Miłość od nowa
Walt Whitman, 1854 / Samuel Hollyer, Gabriel Harrison

12 minut czytania

/ Literatura

Miłość od nowa

Aldona Kopkiewicz

„Życie i przygody Jacka Engle’a” – odnaleziona przed rokiem powieść Walta Whitmana – to historia o dorastaniu sieroty w wielkim mieście. Można w niej znaleźć zapowiedź nowoczesnej filozofii miłości, którą Whitman będzie praktykować w „Źdźbłach trawy”

Jeszcze 3 minuty czytania

W 2017 roku Zachary Turpin podał do wiadomości, że odnalazł nieznaną powieść Walta Whitmana, i wzbudził tym samym nadzieję, że rozwiązany zostanie największy sekret amerykańskiego poety: jak to się stało, że ten nierokujący literat, dziennikarz uganiający się całe dnie za nowinkami z miasta, napisał „Źdźbła trawy”.

Być może sekret narodzin geniuszu nie jest tak naprawdę ważny: przyzwyczajeni do myślenia w kategoriach źródła, jednego zdarzenia i pierwszego impulsu – tak jakby wciąż chodziło o cud, objawienie – prześlepiamy cały krajobraz, w którym mieszczą się starcia wielorakich zdarzeń, myśli i doświadczeń, i to nie tylko przyszłego twórcy, ale całej otaczającej go kultury. Oczywiście, ostatnie słowo należy do artysty, lecz pewnie nawet on nie wyjaśni, na czym polega sekret narodzin dzieła, zwłaszcza tego wybitnego.

Znana jest wprawdzie jeszcze inna wczesna powieść Whitmana; Turpin odkrył także opublikowany anonimowo w 1858 r. poradnik „Manly Health and Training” autorstwa amerykańskiego poety. Lecz to „Życie i przygody Jacka Engle’a” stały się sensacją – w tej niewielkiej powieści znaleziono bowiem zapowiedź „Źdźbeł”. Taką atmosferę stworzył wokół tej książki Ed Folsom, redaktor „Walt Whitman Quarterly Review”, ogłaszając, że właśnie w niej pojawiają się już zalążki poezji Walta Whitmana. Sam Turpin postawił sprawę jeszcze mocniej, anonsując dzieło „piękne i dziwne”; twierdził nawet, że mamy tu bodajże „przednowoczesnego Pynchona”. Jeśli z Folsomem można się nieco zgodzić, to na tę rekomendację Turpina lepiej przymknąć oko. Warto natomiast zapamiętać nazwisko tego badacza, bo niedługo może odkryć coś jeszcze – Turpin znajduje skarby dzięki przeczesywaniu zdigitalizowanych zbiorów, w tradycyjnym archiwum nie byłoby to prawdopodobnie możliwe. Walt Whitman, „Życie i przygody Jacka Engle’a”. Przeł. Szymon Żuchowski, Biuro Literackie, 136 strony, w księgarniach od maja 2018Walt Whitman, „Życie i przygody Jacka Engle’a”. Przeł. Szymon Żuchowski, Biuro Literackie, 136 strony, w księgarniach od maja 2018W przypadku Whitmana powiązał imiona i nazwiska bohaterów odcyfrowane z jego notatek z niepodpisaną powieścią publikowaną w odcinkach w magazynie „Sunday Dispatch” w 1852 roku. W tym samym czasie Whitman musiał już na poważnie przymierzać się do „Źdźbeł”, których pierwsza edycja została opublikowana w 1855 roku (to wyjątkowy czas, bo zaraz potem, w 1857, wyszły przecież „Kwiaty zła” i „Pani Bovary”).

„Życie i przygody Jacka Engle’a” to opowieść o dorastaniu sieroty w wielkim mieście. Jeszcze pobrzmiewa w niej echo powieści pikarejskiej, choć bezpośrednia inspiracja płynęła pewnie z Dickensa. Znajdą się tu dobre literacko pasaże, przede wszystkim te o mieszkańcach Nowego Jorku; znajdzie się też realistyczna, umoralniająca fabuła; znajdą się w końcu wspomniane poetyckie momenty, ale lepiej nie sięgać po tę książkę, licząc na dobrą powieść. Do budowania trzymającej w napięciu, nieco zawikłanej narracji – w końcu książka ma zacięcie sensacyjne – Whitman drygu nie miał i pewnie dlatego nigdy już do tej formy nie wrócił. Jego opowieść można by nazwać historią wielce naciąganą, ale pochylę się nad nią dłużej, bo to naciąganie wynika ze znamiennej intencji autora, o której jednak nie wspomina się w komentarzach doszukujących się w „Jacku Engle’u” zapowiedzi nowoczesnego gestu poetyckiego – a była to próba wynalezienia miłości od nowa.

Historię otwiera panorama miasta biednych ludzi widzianych przez Jacka Engle’a – sierotę i ulicznika. Życie młodziutkich włóczęgów znaczyło wówczas tyle, co zdobyć pożywienie i zasnąć w cieple, nic lepszego ich już spotkać nie mogło. Jack nie znał świata innego niż brutalny. Pewnego dnia przygarnęli go jednak Ephraim i Violet Fosterowie: wielkoduszny sklepikarz, który ufał ludziom tak bardzo, że nigdy nie żądał spłaty, gdy ubodzy brali jedzenie na kredyt, oraz krzepka, prosta i serdeczna gospodyni. Jack zgadza się z wolą Ephraima i rozpoczyna praktykę zawodową w kancelarii prawnej, choć wcale nie odczuwa ku temu powołania – pragnie za to „czegoś, co go pochłonie”. Szybko okazuje się, że prawnik Covert prowadzi szemrane interesy i bez oporów oszukuje niewinnych ludzi. (Tzn. szybko jak szybko, bo różne historie z życia kancelarii, a tym samym z życia nowojorczyków, stanowią znaczną część tej książki i mają pewnie pokazać ówczesną obyczajowość). W międzyczasie pojawiają się także sugestie, że być może ktoś coś wie o rodzicach Jacka, ale ten niewiele sobie z tego robi. W końcu docieramy do momentu, gdy zawiązuje się wątek sensacyjny: w domu Coverta Jack poznaje młodą dziewczynę, kwakierkę. To Martha, również sierota, nad którą Covert jedynie sprawuje opiekę – faktycznie zaś więzi przemocą w domu, żeruje na jej spadku i molestuje. Jack postanawia wyzwolić Marthę z rąk złoczyńcy, ale gdy – oczywiście – zakochuje się w niej, nie jest to miłość namiętna, lecz miłość na całe życie: podziw dla jej odwagi i determinacji, szacunek dla jej dobra i szlachetności.

To wraz z tą miłością i wraz ze śmiercią rodzi się w Jacku gotowość do poezji – jeśli rzeczywiście wskazywany przez krytyków fragment stanowi zapowiedź późniejszych wierszy. Pojawia się on w momencie, gdy Martha odzyskuje wolność, a Jack udaje się na nowojorski cmentarz, gdzie czyta inskrypcje nagrobne i snuje refleksje o życiu i umieraniu. Być może ton, który rozwinie się w przyszłej poezji Whitmana, budzi się właśnie tu, nad grobem młodego mężczyzny – rówieśnika Jacka:

Czułem, że życie – choć w rzeczywistości bywało i jest dla mnie surowe – otóż czułem, że ze wszech stron oferowało mi radości i rozkosze. Cieszyłem się z przyjaciół – cieszyłem się z Ephraima i Violet, i Toma, i Marthy, i Inez – z każdego z nich! Cieszyłem się, że mieszkam w Nowym Jorku, gdzie jeśli komuś brak zajęcia lub rozrywki, to zazwyczaj jest sam sobie winien. Naprawdę, życie młodego człowieka jest piękne. Ma w sobie niewyczerpane, rozpierające pokłady radości i szczytne dążenia. Zdrowie i nieskrępowany duch są jego płaszczem i kosturem. Bezwiednie uczy się kochać – to wspaniały przywilej młodości.

„Bezwiednie uczy się kochać” – Whitman wywodzi z tego przekonania prawdziwie nowoczesne przesłanie: przedstawia potencjał miłości, który drzemie w każdym człowieku i który – co najistotniejsze – nie jest bynajmniej związany z relacjami rodzinnymi. W powieści znajdziemy myśl o możliwości wspólnoty ludzi wolnych, niezobowiązanych wobec korzeni, tradycji i krwi przodków. Wątek sensacyjny „Jacka Engle’a” nie kończy się bowiem na uwolnieniu Marthy z rąk oprawcy: okazuje się, że Jack i Martha są sierotami dlatego, że ojciec Marthy zabił ojca Jacka, a potem sam zmarł. Zazwyczaj wiedza o takiej przeszłości spowodowałaby tragedię, wzbudziłaby może nawet prymitywną żądzę zemsty. Ale nie u Jacka: on nie musi wiedzieć, co stało się z jego ojcem, nie odczuwa żadnej potrzeby, by łączyć historie ojców z uczuciami do Marthy. Mówi o tym następująco:

Nie ma co zaprzeczać, że jednocześnie patrzę na zabitego człowieka tak samo, jak patrzyłbym na obcą ofiarę tego samego losu, i to samo do niego czuję. Czyż to nie zadziwiające? I rzeczywiście, choć to mój ojciec, był dla mnie kimś zupełnie obcym. Nasze uczucia to wytwór powiązań i wychowania; i chociaż mój umysł był wstrząśnięty oraz przepełniony współczuciem, które musiało towarzyszyć wszystkim tym zdarzeniom, to były one dla mnie niczym opowieść słuchacza, a nie żywotne kwestie dla kogoś, w czyim życiu się nagle pojawiły. Tak właśnie, czytelniku, czuję się i dzisiaj. A jeśli brak mi wrażliwości, to niech moją zasługą będzie przynajmniej szczerość.

Osierocenie nie jest dlań tragedią – tragedią byłoby, gdyby nie spotkał na swojej drodze dobrych ludzi, którzy byli zdolni do miłosierdzia i miłości. Podobnie jest w przypadku Marthy: dobra staruszka, którą Jack przywołuje na początku opowieści i która była opiekunką dziewczyny, okazuje się matką Coverta. Ta staruszka to obok Ephraima i Violet jedyna postać, która udzieliła pomocy porzuconemu Jackowi i zostawiła w nim na zawsze przeczucie, że w świecie istnieje także miłość. W tym geście znaleźć można zapowiedź nowoczesnej filozofii miłości, którą później poetycko praktykować będzie Whitman w „Źdźbłach” i która mogłaby może zaspokoić Rimbauda, gdy dwadzieścia lat później pisał w „Sezonie w piekle”: „Trzeba na nowo wymyślić miłość, to wiadome”. Whitman myśli o miłości nowoczesnej, ale wyrasta tu ona z radykalnego chrześcijańskiego przesłania – w Ephraimie gościł według Jacka „duch Chrystusa”, staruszka była kwakierką. Ta idea wydaje się pokłosiem mowy do uczniów, w której Jezus przynosi wyznawcom miecz:

Nie przyszedłem, aby przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić syna z ojcem a córkę z matką i synową z teściową. I tak domownicy staną się wrogami człowieka. Kto kocha ojca lub matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie wart. (…) Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje, a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał. (…) A jeśliby ktoś podał kubek zimnej wody jednemu z tych najmniejszych tylko dlatego, że jest uczniem, to zapewniam was, nie ominie go zapłata (Mt 10,34–40, Biblia Poznańska).

„Nasze uczucia to wytwór powiązań i wychowania” – powiada także Jack Engle i zdaje się, że nie warto oddzielać tej myśli od pochwały spontanicznej miłości, radosnej energii, która umożliwia otwarcie na wszystko, co niesie ze sobą pęd życia, także na cierpienie, niesprawiedliwość i zło. Miłość nie jest dana raz na zawsze, z mlekiem matki – musi budzić się nieustannie, tu i teraz, a to oznacza, że każdy człowiek jest zależny od otoczenia i relacji z innymi, którzy także, niezależnie od przeszłości i uwarunkowań, winni być zdolni do dobra. To dlatego radość życia wiąże się bezpośrednio z etyką i sprawiedliwością społeczną; ale też dlatego miłość do innych ludzi, przyrody i świata, miłość do całej materii stworzenia, nie może obyć się bez wiary w duszę, w nieokreślony, lecz odczuwalny właśnie w pasji i wielkości życia pierwiastek duchowy. Czy wciąż potrzebujemy metafizyki – albo innej wzniosłej fikcji – by dać szansę takiemu społeczeństwu? Czy fikcja ta może obyć się bez wiary, czy czujące ciała wystarczą?

„Źdźbła trawy” to księga wciąż istotnych pytań – wciąż, bo znajdujemy się w momencie, gdy afirmacja „ja” zdewaluowała się w jałowym narcyzmie, a poczucie więzi grozi zatraceniem różnicy między jednostką i naturą lub wspólnotą. Miłość – czy też pasja życia, żarliwość – którą Whitman wyraża w „Źdźbłach trawy”, może pomóc uratować właściwą granicę między „ja” i światem. Whitman nie wydał samego siebie temu, co większe, lecz siebie samego kochał na tyle, by w pisaniu o sobie pomieścić wszelką rzeczywistość, całą wielość: innych ludzi, naturę, ducha, dobro i zło. Jego afirmacja zaczynała się od przyznania, że trwa właśnie wojna, że przemoc to przemoc, a zło to zło, i należy ich unikać. Ale wszystkie te elementy – wszystkie źdźbła – są konieczne po to, by się od siebie odróżniać. Na tym polega demokracja.

O ogólnikach mówić jednak łatwo; natomiast rzeczywistość znów staje się chropowata, gdy w wierszu „Do ciebie” Whitman zadaje proste pytanie – przedstawia krok, który może być trudniejszy od czytania wspaniałej poezji o miłości:

Nieznajomy przechodniu, jeśli widząc mnie, pragniesz ze mną pomówić,
                czemu nie miałbyś tego zrobić?
I czemu ja nie miałbym zrobić tego samego?
(przeł. Andrzej Szuba)