Zmysłowy komputer
fot. Atlantic Records

7 minut czytania

/ Muzyka

Zmysłowy komputer

Anna Szudek

Janelle Monáe – androidka, która została hipiską. Na nowym albumie artystka przeniosła się do bliskiej przyszłości, by walczyć o wolność ciała i ducha z tymi, którzy próbują ją stłamsić. „Dirty Computer” pełen jest politycznych odniesień, muzycznie to zaś wielobarwny, euforyczny pop

Jeszcze 2 minuty czytania

W 1970 roku Funkadelic wołali: „free your mind and your ass will follow”. W 2018 Janelle Monáe z niekłamaną satysfakcją mówi o sobie: „I’m a free-ass motherfucker”. Tymi słowami przedstawia się obecnie w niejednym wywiadzie, jakby chciała przekuć pamiętne hasło psychodelicznego funk rocka w swoją własną markę.

Monáe od początku zdawała się pochodzić z tej samej rzeczywistości, z której przybyli przed nią George Clinton, Parliament i Funkadelic. Na pierwszej EP-ce i dwóch poprzednich płytach opowiadała historię Cindi Mayweather, pół archanioła, pół androidki, która została zesłana z dalszej do bliższej przyszłości, by wyswobodzić androidy z niewoli i wyrównać rachunki z ludźmi – jednak wyłącznie pokojowymi środkami. Monáe zżyła się z Mayweather jak z drugim wcieleniem. Równie mocno jak David Bowie z Ziggym Stardustem. Dzisiaj mówi już tylko za siebie, ale w jej opowieściach ciągle trudno odróżnić życiorys od autokreacji. Jeśli wierzyć artystce na słowo, wychowywała się w bardzo skromnych warunkach: jej matka pracowała jako woźna, a ojciec jako śmieciarz. Lata później – już w Atlancie – Monáe miała mieszkać z sześcioma innymi dziewczynami i sprzedawać pierwsze płyty z bagażnika w samochodzie. A jednak poznała Big Boia z OutKast, założyła własną wytwórnię płytową, przebiła się. Wyłaniająca się z jej wypowiedzi autobiografia w niczym nie przypomina historii Cindi Mayweather. Raczej scenariusz amerykańskiego przeboju kinowego o równie spektakularnym, co nieprawdopodobnym sukcesie.

Na „Dirty Computer” artystka dowodzi, że jest tego świadoma. „I am not America’s nightmare, I am the American dream” – śpiewa w „Crazy, Classic, Life” i brzmi przy tym, jakby czuła się niemal królową życia. Odważnie zestawia ze sobą wiele gatunków (r’n’b, funk, rap, synth-pop, soul, psychodelię) w całość zdecydowanie bardziej przystępną niż na poprzednich płytach, zakorzenioną we współczesnym popie. Aż można by pomyśleć, że Cindi Mayweather udała się z powrotem do nowszego wspanialszego świata.

Jednak i tym razem Monáe nadała sobie nową tożsamość. W towarzyszącym „Dirty Computer” filmie fabularnym wciela się w główną bohaterkę – buntowniczkę poddawaną terapii wymazywania pamięci przez despotyczną władzę. Kamera ukazuje jej barwne wspomnienia na przemian z ujęciami sterylnej przestrzeni laboratorium, pozbawionej wszelkich właściwości. Film ogląda się jak „Opowieść podręcznej” lub „Czarne lustro” zmontowane z urywkami kosztownych hollywoodzkich produkcji. Ze zdjęciami tak wyrazistymi, jakby podsycono je technicolorem. „Dirty Computer” jest więc płytą nie tylko wielowątkową, ale i multimedialną, przemyślaną jako audiowizualna i konceptualna całość. Bo tytułowy „brudny komputer” (choć równie dobrze pasowałby tu przymiotnik „nieczysty” czy, może najbardziej, „nieprzyzwoity) nie jest przecież określeniem maszyny, ale człowieka. Kogoś, kto nie pozwoli sobą sterować. Kto istnieje niezależnie od innych.

Janelle Monáe łączy różne style muzyczne z sugestywnymi tekstami. O pożądaniu śpiewa tak niewinnie, jakby było dla niej całkowicie naturalną częścią życia („It’s like I’m powerful with a little bit of tender/ An emotional sexual bender”). Nawet jej głos wydaje się inny niż kiedyś – bardziej delikatny i dziewczęcy. Pod tym względem „Dirty Computer” kojarzy się z muzyką Spice Girls. Słychać tu również podobne jak u gwiazd lat dziewięćdziesiątych podejście do melodii, chórków i harmonii wokalnych, którym towarzyszy rytm r’n’b (na przykład „Take a Byte” rytmicznie przypomina „Say You’ll Be There”). Girlsbandowy charakter płyty podkreśla też gościnny udział Zoë Kravitz i Grimes.Poptymistyczną” wrażliwość tej drugiej wyczuwa się w singlowym „Pynk” od razu. Choć cała lista współpracowników Monáe robi wrażenie: zaliczają się do nich jeszcze między innymi Stevie Wonder, Brian Wilson (The Beach Boys) i Pharrell Williams.



„Dirty Computer” ma jednak więcej cech szczególnych. „Screwed”, z melodyjnym basem, subtelną partią gitary rytmicznej i odrobiną elektroniki, brzmi jak nowoczesny funk spod znaku Jamiroquai. Z kolei początek „So Afraid” przypomina gitarowy refren „Feelin’” Q-Tipa z płyty „Kamaal the Abstract”. A „I Got the Juice” można uznać za feministyczną odpowiedź na „The Blacker The Berry” Kendricka Lamara. Nic w tym dziwnego, biorąc pod uwagę związki Monáe ze sceną hip-hopową. Zresztą ideowo jej nową płytę (a przynajmniej jej część) można by nawet określić jako conscious hip hop – hip-hop świadomy społecznie, o politycznym przekazie. Artystka wykorzystuje muzykę, by walczyć o prawa swoje i innych oraz kształtować poglądy Janelle Monáe, Dirty Computer, Atlantic 2018Janelle Monáe, „Dirty Computer”,  Wondaland Arts Society / Bad Boy Records / Atlantic Records 2018odbiorców. Niekiedy robi to wprost – na przykład cytując Deklarację Niepodległości albo odpowiadając na wulgarny język Donalda Trumpa („If you try to grab my pussycat, this pussy grab you back”). Wspomina też o nierówności płac, fake newsach, niewysłuchanych protestach i kontroli, jaką mężczyźni ciągle sprawują nad kobiecą seksualnością. W „Django Jane” podejmuje hasło marszu kobiet w Waszyngtonie: „fem the future”. I wykorzystuje wątek rewolucji feministycznej, by przywołać w tej piosence własną herstory. By opowiedzieć o swoich rodzicach, o wyprowadzce z rodzinnego Kansas City, o tym, jak pracowała w sklepie, by się utrzymać, wreszcie o uznaniu i przywileju bycia wysłuchaną, jaki przyniósł jej dopiero komercyjny i medialny sukces. Dzisiaj – jak choćby w „I Like That” – może ułożyć ze wspomnianych trudów narrację. Spójną, konsekwentną, porywającą.

Poprzednie wcielenie Janelle Monáe powoli staje się wspomnieniem. Będzie brakowało jej wyobraźni nie z tego świata. Tego psychodelicznego brzmienia, którym była nacechowana jej muzyka w czasach „The ArchAndroid”. I wizji, dzięki której potrafiła nakreślić muzyką odrębny świat. Dzisiaj jest już kimś innym. Pragnie przedstawić się jako pomnikowa artystka z krwi i kości. Na „Dirty Computer” nie wybiega już tak daleko w przyszłość. Raczej próbuje się odnaleźć tu i teraz, wykorzystać swoją silną pozycję w słusznej sprawie. Dlatego nagrała płytę prostą, bezpośrednią i (w porównaniu z poprzednimi) niewymagającą. Taką, która wyzwala umysł, a wraz z nim ciało. Dla kogoś to może być koncepcja tak samo śmiała i odkrywcza jak podróż w czasie z Parliament czy Cindi Mayweather.