Wizzair, czyli pułapki kolonializmu
fot. Dominik Scythe/Unsplash

15 minut czytania

/ Obyczaje

Wizzair, czyli pułapki kolonializmu

Agata Sikora

Czy „Biedni, ale sexy” Agaty Pyzik naprawdę dekonstruują kolonialną ramę, czy tylko odtwarzają ją w nieco odmienny sposób? Czy nie słychać tu echa starej, dobrze znanej gry?

Jeszcze 4 minuty czytania

Gdy jechałam do Londynu na półroczne stypendium, wyobrażałam sobie, że choć reguły akademickiej gry wyznaczają Anglosasi, to przecież „otwarty” Zachód zdaje sobie sprawę, że Europa Środkowa ma swoje tradycje intelektualne, niekończące się na Kafce i Kunderze. Spotkało mnie rozczarowanie, ale też odkrycie nieoczywistej przewagi prowincjuszki – to w końcu ja wiem, że są różne style myślenia i pisania, różne koncepcje uniwersytetu jako instytucji, znam w zarysie historię krajów z obu stron żelaznej kurtyny. Kiedyś, gdy włoski przyjaciel zaczął mi tłumaczyć, kim był Garibaldi, nie powstrzymałam się od komentarza, że w moim kraju białych niedźwiedzi o zjednoczeniu Włoch uczyłam się w liceum. Był zdziwiony i uczciwy: w jego programie kształcenia (kończył doktorat z lingwistyki) Europy Wschodniej po prostu nie było. Polskę sprawdził sobie na Wikipedii, gdy się zaprzyjaźniliśmy.

Gdy zatem w 2014 roku Agata Pyzik wydała książkę „Poor but Sexy: Culture Clashes between Europe East and West”, rzuciłam się na nią zachłannie. Z wprowadzenia wynikało, że z autorką łączy nas wiele powinowactw biograficznych, to samo miasto i rok urodzenia, podobna trajektoria społeczna i edukacyjna, wyjazd do Londynu traktowany jako intelektualna przygoda. Pyzik potwierdziła wiele moich intuicji, wpisując je w fascynującą intelektualną ramę. Wkrótce jednak pogubiłam się w rozważaniach o postpunku i Davidzie Bowiem i odłożyłam lekturę, obiecując sobie oczywiście, że kiedyś do niej wrócę. No i wróciłam, po 4 latach, w innym języku. I sama jestem zdziwiona odkryciem, do którego ta lektura mnie doprowadziła.

Ogrodniczka w ogrodzie

W pierwszej chwili nie sposób nie podziwiać rozmachu i intelektualnej odwagi autorki. Pyzik nie wchodzi w rolę olśnionej barbarzynki łaskawie przyjmowanej w posiadłości „lepszej” części europejskiej familii. Zamiast komplementować przystrzyżone trawniki i sztuczne ruinki, zaczyna erudycyjną rozprawę o stojących za nimi fantazjach i przemocy symbolicznej, bogactwie flory i fauny poza murami posiadłości. Nie kryje przy tym swojej biografii, nie wyrzeka swojego pochodzenia. Jest najgorszym rodzajem enfant terrible: stawia pytania genialne w swojej banalności i żąda poważnych odpowiedzi.

Dlaczego podział na Wschód–Zachód wciąż ma się dobrze? Dlaczego uznajemy za normalne, że w jedną stronę lata tania siła robocza tanimi liniami, a w drugą drodzy eksperci drogimi liniami? Dlaczego Europa Wschodnia wciąż jest postrzegana jako były blok komunistyczny, choć przecież mur upadł trzy dekady temu? Nikt tego nie powie wprost, ale przecież siedzi to w naszych głowach, kształtuje politykę globalną i lokalną, tkwi w języku tabloidów i akademii, wpływa na codzienność: jedyne, co może robić Europa Wschodnia, to aspirować do bycia Europą (w domyśle: Zachodnią). A w takim razie – sugeruje Pyzik – opowieść o pokonaniu Imperium Zła i wyzwoleniu od komunistycznego smoka jest bajką, ukrywającą prawdę o postkolonialnych relacjach władzy.

Agata Pyzik, „Biedni, ale sexy. Zderzenie kulturowe na wschodzie i zachodzie Europy”. Przeł. Miłosz Wojtyna, Wydawnictwo W Podwórku, 352 strony, w księgarniach od marca 2018Agata Pyzik, „Biedni, ale sexy. Zderzenia kulturowe na wschodzie i zachodzie Europy”. Przeł. Miłosz Wojtyna, Wydawnictwo W Podwórku, 352 strony, w księgarniach od marca 2018Taka opowieść w mieszkańcach peryferii zaszczepia skomplikowaną mieszankę uczuć: od chęci zasłużenia na pochwałę, przez wstyd, po resentyment. Mieszkańców centrum pozbawia wiedzy o alternatywnych modelach społecznych i mistyfikuje ich własną rolę w historii. Tak długo bowiem, jak problemy Europy Wschodniej będą interpretowane w odniesieniu do komunizmu, nikt nie postawi pytania o traumatyzujący wpływ kapitalistycznej „terapii szokowej” w latach 90. Zamiast realistycznie rozpoznawać klęski i sukcesy bloku wschodniego i uczyć się z tych doświadczeń, Europejczycy snują fatalistyczną przypowieść z oczywistym morałem: komunizm to zbrodnicza ideologia, a kapitalizm to bezalternatywne prawo rzeczywistości. Porzućcie zatem wszelką nadzieję, wy, którzy dostępujecie zbawienia neoliberalnej transformacji, i wy, którzy śniliście trzecią drogę: jest tak, jak być musiało, innego wyjścia nie ma (no chyba, że wolicie stalinowskie gułagi). „Kto kontroluje przeszłość, ma władzę nad przyszłością. Kto kontroluje teraźniejszość, ma władzę nad przeszłością”. Motto książki z „Rok 1984” George’a Orwella pasuje jak ulał, a zarazem jest wściekle ironiczne.

W „Biednych, ale sexy” ta rama jest jednak wprowadzeniem do luźnej konstelacji artykułów prasowych. Kolejne szkice dotyczą polskiej transformacji (rozdział I), fascynacji Zachodu drugą stroną muru (II), okcydentalizowania Europy Wschodniej (III), estetyki socrealistycznej (IV) i wschodnich wyobrażeń o kulturze Zachodu (V).

Musiałam posiłkować się wstępem, by tematy tych rozdziałów w ogóle odtworzyć. Natłok materiału nieustannie skutkuje tu rozsadzaniem porządku wywodu. Weźmy rozdział drugi: „Brokat w popiołach. Berlinizm, Bowie, postpunk, new romantic i popkultura w czasach zimnej wojny”. Konstrukcja tytułu odzwierciedla tu strukturę szkicu: nośna metafora, addytywne wyliczenie, brak jasnej problematyzacji. Zdarzają się tu ciekawe obserwacje, ale trzeba je umieć wyłowić w zalewie mikrointerpretacji i mikrorecenzji. Po niemal 70 stronach poświęconych m.in. kulturowej topografii Berlina, Drang nach Osten, „My, dzieci z dworca Zoo” (książce, filmowi i interpretacji autorki, przeplecionych jednoakapitowym streszczeniem filmu „Portret pijaczki” Ulrike Ottinger), „Opętaniu” Jerzego Żuławskiego, korzeniom kultury młodzieżowej, piosence „Warszawa” Bowiego, „Mechanicznej pomarańczy” Anthony’ego Burgessa, subkulturze stiljagów (rosyjskiemu odpowiednikowi bikiniarzy) i działalności polskiej grupy Wielkanoc, a więc – przypomnę początek zdania – po tych 70 stronach wciąż nie umiałam powiedzieć, o czym tak naprawdę czytam (choć zaciekawiły mnie uwagi o subkulturach młodzieżowych lat 70. jako erzacu politycznej emancypacji).

Poczucie czytelniczego dyskomfortu pogłębia fakt, że polska publiczność nie jest pierwszym adresatem ksiażki. Przygotowując wydanie przekładu autorstwa Miłosza Wojtyny, Pyzik zaktualizowała przedmowę, pierwszy rozdział i zakończenie, ale całość nie została poddana pogłębionej redakcji. Wciąż jest tu zatem wiele wyjaśnień polskiemu czytelnikowi niepotrzebnych. Sam tytuł „Poor but Sexy” brzmi seksownie i sensownie w oryginale: slogan burmistrza Berlina, Klausa Wowereita, pragnącego przyciągnąć klasę kreatywną, mieni się odcieniami kolonialnej przemocy. W przekładzie – i skierowany do innego odbiorcy – traci jednak rytm i intelektualny pazur. Jeśli warszawska syrenka wodzi Zachód na pokuszenie w stylu komunistycznego retro, to raczej niszowym filmem Agnieszki Smoczyńskiej „Córki dancingu” czy ofertami stag parties dla zachodnich klientów. Sami Polacy wolą natomiast wierzyć, że przekonują Zachód swoją „normalnością” (nawet jeśli oznacza to „normalną”, czyli zachodnią pracę, za niską, czyli wschodnią płacę).

Można by zatem uznać, że pomysł jest świetny, ale książce należałaby się porządna redakcja. Na tym pewnie bym skończyła, gdyby nie jeden obrazek z życia emigracyjnego odmalowany przez autorkę.

Polak w tanich przestworzach

Najpierw jednak garść moich obserwacji z „terenu”. Luton – jak zauważa Pyzik – to nie Londyn, choć tak nazywa się lotnisko obsługujące tanie linie do Europy Wschodniej. Przestrzeń jest zorganizowana tak oszczędnie, że pasażerowie lecący do Warszawy, w tym ja, muszą uformować kolejkę do bramki na schodach. Zatrzymuję się zatem na stopniu, przyciśnięta z plecakiem do ściany, razem z innymi ludźmi tworząc nerwowy, amfiteatralny ścisk. I wtedy obok mnie, na wysokości oczu, pojawia się niemowlę: nie żywe jednak, a wytatuowane. Umięśniony nosiciel dziecięcego portretu jest obwieszony torbami, w jednej ręce dłoń kilkulatka, w drugiej podwozie wózka, który z góry trzyma partnerka, dzierżąca jeszcze bobasa (chyba podobny?). Rodzinna karawana została właśnie zablokowana z wózkiem wiszącym nad schodami, więc bezsilnie przygotowuję się na to, co musi się stać: wybuch agresji. Rzeczywistość za nic ma jednak moje klasowe stereotypy. „Państwo staną tutaj” – reflektuje się ktoś, komu przypadło w udziale półpięterko. „Nie, spokojnie, radzimy sobie” – odpowiada pan z tatuażem. „Ale przecież z małymi dziećmi macie priorytet, idźcie pod samą bramkę” – mówi ktoś inny, przy wtórze głosów poparcia. Tłum rozstępuje się, oni przechodzą naprzód. Potem na pokładzie widzę jeszcze, jak mężczyzna spaceruje w tę i z powrotem w wąskim przejściu samolotu, tuląc niemowlę, które powoli zasypia z główką opartą na swojej podobiźnie.

Pomyślałam sobie wtedy (był to 2014 rok), że nawet jeśli wśród „klas ludowych” dokonuje się w Polsce obyczajowa zmiana, to lewicowi intelektualiści z Warszawy i tak się o tym nie dowiedzą – niewiele bowiem mamy przestrzeni, żeby spotkać się na równej stopie. Pod tym względem latanie Wizzairem kojarzy mi się z PKS-ami czasów dzieciństwa, gdy prawie nikt nie miał samochodów, więc miejscowi i przyjezdni, robotnicy i letnicy wspólnie znosili rozklekotaną niewygodę, dziurawe drogi, wyliniałe obicia. Wszyscy są równi wobec dyskomfortu, z czego może zrodzić się przygodna, niewylewna solidarność.

Teraz, gdy regularnie latam w pojedynkę obwieszona torbą, plecakiem, nosidełkiem i niemowlakiem, wiem, że ta solidarność nie jest spektakularna, ale działa. Zawsze znajdzie się ktoś, kto zniesie wózek do bramki, poda upuszczoną butelkę, uśmiechnie się wspierająco czy zajmie czymś Młode. Choć wiem, że współpasażerowie muszą gotować się z irytacji i zmęczenia (sama się przecież gotuję), przyjmują dziecięce histerie ze stoickim, udręczonym taktem (zabrakło go raz na pokładzie bardziej cywilizowanych, czytaj: droższych, British Airways). Spotkała mnie też mała epifania życzliwości: „Pani już naprawdę się dzisiaj namęczyła” – powiedziała kobieta, biorąc do poniesienia moją torbę w kolejce do kontroli paszportowej, chwilę po tym, jak latorośl zmieniła nasze lądowanie w ryczące piekło.

Jak doświadczenie wizzairowo-rynairowego nomadyzmu opisuje Pyzik? „Czuję to za każdym razem, gdy Wizzairem lub Ryanairem wracam do domu. Zawsze doznaję bolesnego rozczarowania: ludzie przepychają się, nikt nikomu nie pomaga. Matki nie uspokajają płaczących dzieci. Złe traktowanie pasażerów przez linie lotnicze przekłada się na relacje między podróżnymi. Bardzo przygnębiający obraz”. I rzeczywiście robi się przygnębiająco…

Rzecz nie w odmienności wizji, ale w tym, jak to jest napisane. Pyzik deklaruje we wstępie, że będzie stosowała obserwację uczestniczącą, ale powyższy fragment w istocie jest generalizacją. Zachowania ludzi opisywane są wielkimi kwantyfikatorami – „nigdy”, „zawsze”, „nikt nikomu” – i mają stanowić ilustrację „dzikości i wzajemnego okrucieństwa Polaków wynikającego z braku poczucia bezpieczeństwa i pokłosia marnej sytuacji mieszkaniowej i zawodowej”. Porażeni tą atrofią więzi międzyludzkich, łatwo możemy przeoczyć fakt, że opis od początku jest zapośredniczany przez uczucia autorki, która „czuje to zawsze” i „zawsze doznaje bolesnego rozczarowania”.

Pyzik traktuje tu zatem swoją reakcję emocjonalną nie jako przedmiot socjologicznej analizy (jak moje uczucie ma się do struktur społecznych, w których jestem osadzona), ale socjologiczny dowód (moje odczucia są potwierdzeniem wcześniejszego wywodu o neoliberalnym okrucieństwie Polaków). Autorka na pozór spłaca trybuty lewicowej intelektualistki, podkreślając swoje uprzywilejowanie, ale robi to w bardzo specyficzny sposób. Pisze o tym, że w kolejce do samolotu czuje się „fałszywką”, bo wyemigrowała, by zaznać zachodniej kultury, podczas gdy motywacją wszystkich innych, klasy robotniczej i wysoko kwalifikowanych specjalistów, jest poprawa statusu materialnego. Takie usytuowanie siebie – tej jedynej materialnie bezinteresownej, z wysokim kapitałem społecznym – dyskretnie czyni ją wyobcowanym bezklasowym duchem. Każe nam wierzyć, że jej reakcje, uczucia i oceny estetyczne są miernikiem jakiegoś obiektywnego stanu rzeczy, a nie realizacją jej własnego klasowego habitusu (taka postawa przypomina strategię inteligencji, a inteligencję Pyzik ostro krytykuje).

Tymczasem w „Biednych, ale sexy” topos taniego lotu pojawia się w jeszcze jednej, nieoczekiwanej, odsłonie. „Ponieważ nie stać mnie na British Airways, zawsze podróżowałam, podróżuję i podróżować będę z innymi Polakami na pokładzie tych wyładowanych wrzeszczącymi dziećmi bydlęcych wagonów, tak długo, jak na Wyspach jest praca, której mogliby się podjąć”. Czy zatem opisy wizzairów i ryainerów to ilustracja potransformacyjnych stosunków międzyludzkich, czy po prostu wyraz frustracji Polki z klasy średniej, której brytyjscy znajomi – jak sama wspomina – latają w znacznie lepszych warunkach?

Idąc dalej: czy nie słychać tu echa starej, dobrze znanej gry? Polacy są dzicy, okrutni wobec siebie nawzajem, chodzi im tylko o status materialny; nie otaczają potomstwa opieką (dzieci wrzeszczą nieutulone), latają bydlęcymi wagonami; może rzeczywiście w czasie zimnej wojny mieli fajną sztukę alternatywną i sieć domów kultury, Barbarę Hoff z jej „subtelnymi rysunkami […] emanującymi elegancką wyszukaną prostotą, której na próżno szukać w dzisiejszych sieciówkach”, ale na skutek kapitalistycznej terapii szokowej stoczyli się w przepaść barbarzyństwa. Czy zatem „Biedni, ale sexy” naprawdę dekonstruują kolonialną ramę, czy tylko odtwarzają ją w nieco odmienny sposób? Czy miejsce homo sovieticusa zajął tu homo neoliberalis?

Eseje zaangażowane rządzą się oczywiście swoją własną, bardzo swobodną poetyką, która pozwala na łączenie kulturoznawczej analizy z anegdotą z życia, osobistych wrażeń z arbitralnie dobieraną literaturą akademicką. Autorska wolność obciążona jest jednak poważnym ryzykiem: jedna zbyt tendencyjna anegdota może podważyć coś, co dla tego gatunku bezcenne – zaufanie czytelniczki do autorki. A wtedy mnożą się wątpliwości.

Po apokaliptycznej scence z Wizzaira zdałam sobie sprawę, że mam poważny problem ze sposobem ustawienia autorskiego głosu w tej książce. Pyzik prowadzi wywód tak, byśmy mieli wrażenie, że jej uczucia i oceny są tylko anegdotycznym potwierdzeniem kulturoznawczej analizy, ale sama ta analiza ze względu na brak wyraźnego sproblematyzowania przypomina intelektualny strumień świadomości. Erudycyjne rozważania zderzają się tu z redukcyjnymi uproszczeniami, odwołania do akademickiej wiedzy z powierzchowną publicystyką. To rozchybotanie dyskursu służy subtelnej mistyfikacji pozycji autorki, której aura eksperckości pozwala dyskretnie uchylić się od osobistej odpowiedzialności za własne odczucia i sądy. W efekcie zaangażowanie – zmienia się w tendencję.