Strzeżcie się Pameli
Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, fot. Bartosz Górka

10 minut czytania

/ Teatr

Strzeżcie się Pameli

Karolina Plinta

W „Pameli” dostajemy rewers zainteresowań Marty Ziółek, która nie tylko z fascynacją obserwuje nadchodzącą, napędzaną neoliberalizmem katastrofę, ale pyta, co nastąpi po niej. A może nastąpić pełny odlot, oświecenie albo szaleństwo

Jeszcze 3 minuty czytania

Marta Ziółek to choreografka kojarzona głównie ze spektakli opowiadających o życiu człowieka po internecie, w czasach turbokaptalistycznego przesilenia. „Zrób siebie”, „PIXO”, „To” – mogliśmy zobaczyć w nich performerów tańczących do Justina Biebera, pozujących z selfie stickami, zalupowanych w mechanicznym ruchu czy opętanych szałem autoagresji. Wizualne kody, jakimi operuje w tych spektaklach Ziółek, są stosunkowo łatwe do odczytania i zostały już opisane przez krytykę. Gorzej jest z zainaugurowaną rok temu „Pamelą”, która zdaje się nie pasować do tego zestawu. Rozwleczona, z postaciami o niejasnym statusie, jakby chaotyczna – może budzić zdziwienie, a nawet rozczarowanie. Warto jednak się nad nią pochylić, ponieważ to właśnie w „Pameli” dostajemy rewers zainteresowań Ziółek, która nie tylko z fascynacją obserwuje nadchodzącą, napędzaną neoliberalizmem katastrofę, ale pyta, co nastąpi po niej. A może nastąpić pełny odlot, oświecenie albo szaleństwo.

Gości przybyłych na „Pamelę” wita tajemnicza postać z zasłoniętą twarzą. Długie frędzle zwisają z daszka czapki niczym włosy, a z offu sączy się komunikat: „Welcome to Pamela. It is a spiritual, physical and imaginative journey”. Żeby wziąć udział w podróży, należy się zrelaksować, oczyścić umysł, przestać myśleć o świecie i skupić na byciu z Pamelą.

Pamela to jednak nie żadna konkretna osoba, na której można by skoncentrować uwagę. Raczej duch, skaczący od jednego ciała do drugiego, raz przyjmujący postać coacha, a raz demona wykrzywiającego performerom twarze w histerycznych grymasach. Po krótkim seansie medytacyjnym, w trakcie którego widzowie są zachęcani do położenia się na ziemi i uwolnienia z siebie energii (z głowy, ust, a nawet odbytu), Pamela objawia się nam jako szamanka, miotająca się w chmurze dymu i z berłem w kształcie czaszki, którym ostrzegawczo wymachuje w naszą stronę. Kiedy jednak dym z rac gaśnie, Pamela znika razem z nim. Wróci później, wcielona w ciało mutantki albo ekstatyczki; może objawić się jako święta, albo Bob z „Twin Peaks”.

xxx xxx xxxx

Pamela to projekt czerpiący z różnych form spirytualizmu, którymi przesiąknięta jest współczesna kultura. Motywy chrześcijańskie miękko łączą się tutaj z orientalnymi, a wszystko zaprawione jest newage'ową gadaniną i wskazówkami rodem z poradników terapii psychosomatycznej, w które wczytują się znerwicowani mieszkańcy wielkich miast. Duchowość w ujęciu Ziółek to jednak nie tylko forma odreagowania stresu czy sposób na wypełnienie emocjonalnej pustki, ale także alternatywa dla świata rządzonego przez rozum i logikę, przestrzeń irracjonalności mająca swoje głębokie historyczne korzenie. Stąd pojawiające się w „Pameli” liczne odniesienia do męczennic i świętych – katolickich wersji postaci jurodiwego, szaleńca, przez którego usta przemawia Bóg. Noszone przez performerów czapki z zasłoną nie są tylko efektownym gadżetem – odsyłają do postaci świętej Agnieszki, wystawionej nago na widok publiczny, której ciało w cudowny sposób osłoniła opatrzność (ta sama opatrzność jednak nie uchroniła jej przed śmiercią). W trakcie trwania spektaklu performerzy wchodzą także w role innych świętych – Agaty, Łucji, Joanny od Aniołów, Sebastiana czy Dionizego. Postaci wykluczonych i bohaterek kobiecej narracji, która została wyparta i zapomniana.

Postać jurodiwego kojarzyć się może z kreacją staroświecką, szaleńcem z obłędem w oku, w zgrzebnej sukmanie i obtłuczonych, bosych stopach. Podczas „Pameli” oferuje nam się jednak poznanie jego współczesnych inkarnacji – ludzi-botów wcielonych w technociała i wizualizowanych na ekranie. Bohaterów cudownych, funkcjonujących poza ludzkim prawem, jak Major z „Ghost in the Shell” czy cyberpunkowy Tetsuo. Podczas ostatniego „Seansu z Pamelą” postać współczesnego ekstatyka została też odegrana przez performera ze zwichniętą kostką (w wyniku jak najbardziej prawdziwego wypadku w czasie przygotowań do spektaklu), który wystąpił już z gipsem na nodze i o kulach. Nawet jeśli był to przypadek (a może spisek Pameli), to wyjątkowo dobrze wpisał się on w charakter pameliańskiego rytuału.

xx xx

SEANS Z PAMELĄ

Reżyseria/choreografia: Marta Ziółek Dramaturgia: Joanna Ostrowska
Wizualizacje: Rafał Dominik
Muzyka: Lubomir Grzelak
Kostiumy: Agata Mickiewicz
Projekt tkaniny: Aleksandra Misztur
Reżyseria światła: Aleksandr Prowaliński
Śpiew: Olga Mysłowska
Performerzy: Hana Umeda, Wojciech Grudziński, Katarzyna Wolińska, Olga Mysłowska, Marta Ziółek, Beata Bąk, Oskar Malinowski, Rafał Pierzyński

Przybrana w liczne kreacje i emblematy zmienna postać Pameli uwodzi, ale zanim poddamy się jej wciągającej mocy, lepiej zastanowić się, czy naprawdę warto. Jeśli bowiem przyjrzymy się obsłudze seansu – która uprzejmie przeprowadza nas przez kolejne sale, głaszcze po ramionach i kładzie na ziemi – na ich ciałach dostrzeżemy liczne, alarmujące znaki. Tatuaże, loga na koszulkach i czapkach – to symbole trikstera, osobnika podobnie jak jurodiwy poza społecznym porządkiem, ale także oszusta, kanciarza, żartownisia robiącego nas w balona. Fałszywego proroka wykorzystującego naszą łatwowierność, których na świecie oczywiście mamy pełno. Dość barwnym przykładem był tu choćby Osho, hinduski guru i apologeta wyzwolonej seksualności, znany ze swojej skłonności do drogich samochodów, który książki miał dyktować pod wpływem gazu rozweselającego. W wersji lokalnej na myśl z kolei nasuwa się ojciec Rydzyk, demagog i medialny potentat, który pierze mózgi swoich zwolenników dzięki Radiu Maryja i TV Trwam. Jak to się dzieje, że takim osobnikom ufa tak wiele osób? Może są oni w stanie dać im więcej niż zimny świat rozumu i logiki – proste odpowiedzi na trudne pytania, obietnicę uczestnictwa w większej sprawie, sens, którego czasem brak w życiu?

xxx xxx xxxx

Niewykluczone, że Pamelę można by dołączyć do grona duchowych oszustów, chociaż błędem byłaby też taka jednoznaczna jej identyfikacja. Jeśli patrzeć na nią przez pryzmat całokształtu twórczości Marty Ziółek, „Pamela” zdaje się wpisywać w interesującą choreografkę problematykę samokontroli i jej braku. Kontrola pomaga nam zająć miejsce w społecznym szeregu i dawać z siebie wszystko, ale w zbyt dużym natężeniu może doprowadzić do patologii i szaleństwa podobnego jak wtedy, kiedy kontrolę nad sobą całkowicie tracimy. Poluzowanie rygoru racjonalności i dyscypliny może mieć więc właściwości lecznicze i regeneracyjne, choć oczywiście – na końcu tej drogi też czai się pułapka.

Jako że „Pamela” opowiada o świecie irracjonalności i różnego typu praktykach duchowych (zawłaszczanych ochoczo przez kapitalizm), dynamika tego spektaklu jest zupełnie inna niż w przypadku „Zrób siebie” czy „PIXO”. Nie jest to spektakl w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ale rozpisane na etapy działanie rozgrywane w różnych przestrzeniach; napięcie czasem wzrasta, by zaraz opaść. Na swój sposób jest to zrozumiałe działanie, choć muszę przyznać, że w trakcie przedstawienia kilka razy złapałam się na nerwowym spoglądaniu na zegarek. Może więc świat Pameli nie jest jeszcze wystarczająco przekonywający, żeby się w nim rozpłynąć. Nie wszystkie odniesienia pojawiające się w spektaklu są czytelne, i jakby przeczuwając ten problem, Ziółek tym razem przygotowała obszerną mapkę opisującą bohaterów Pameli.

xxx xxx xxxx

Co jednak znamienne, nie uchroniło to choreografki od zarzutu zawłaszczania i orientalizacji. W Pameli pojawia się bowiem postać mutantki, tańczącej Musume Dôjôji, wariację na temat klasycznego tańca nihon buyō (w tej roli Hana Umeda), a sama Ziółek wciela się w ni to afrykańskiego szamana, ni gangstera z Bronxu. Biorąc jednak pod uwagę wydźwięk znaczeniowy „Pameli” oraz dość głęboki stopień przemyślenia tego projektu, nie wiem, czy jest to oskarżenie zasadne. Marta Ziółek jest artystką bardzo świadomą, która na interesujące ją zjawiska potrafi patrzeć krytycznie; porusza się ponadto w obszarze kultury globalnej, gdzie różnego typu przechwycenia znaczeń są na porządku dziennym. Dziwnie byłoby udawać, w imię politycznej poprawności, że tego nie ma.

Oczywiście inna sprawa, gdy tej świadomości i krytycyzmu brak. W tym sensie dość zaskakującym pendant dla „Seansu z Pamelą” w Zamku Ujazdowskim okazała się wystawa „Święte nic” Jakuba Juliana Ziółkowskiego. Zaskakująca dlatego, że Ziółkowskiemu przydarzyło się dokładnie to, przed czym ostrzega „Pamela”. Kilka lat temu stworzył gigantyczną instalację „Imagorea” – wysiłek, jaki musiał włożyć w to dzieło, sprawił, że artysta kompletnie się wypalił. Wyjechał więc do Wietnamu na – jak to sam określił w rozmowie z Jakubem Banasiakiem – duchowo-twórczą misję, która okazała się udana aż za bardzo. Ziółkowski nie tylko wrócił do malowania, ale także znalazł kolejną miłość oraz zyskał nową tożsamość, stając się Ianem Moonem. Rezultaty tej przemiany widać w Zamku Ujazdowskim – w pewnym sensie można więc określić „Święte nic” jako wystawę terapeutyczną, choć niestety, jest ona także dosłownie orientalna; w twórczym zapale Ianowi Moonowi udało się nawet skolonizować własną żonę, Hyon Gyon, która występuje tam w charakterze muzy i pomocniczki, ale nie pełnoprawnej artystki. On sam zaczyna przypominać z kolei jakiegoś dalekowschodniego bożka, którego ludzkich wymiarów figurę (sic!) zobaczymy na wystawie. A może po prostu Ziółkowski zamienił się w Pamelę?