Podyskutujmy

Maciej Jakubowiak

Mechanizm jest prosty: najpierw stawia się tezę, a potem dopisuje się do niej argumenty ZA i PRZECIW. Kialo reklamuje się jako pierwsze narzędzie stworzone specjalnie do prowadzenia racjonalnych dyskusji

A gdyby tak w końcu usiąść i porozmawiać? Ale tak na spokojnie, bez wyzwisk, złośliwości i głupich żartów? To może w końcu byśmy do czegoś doszli, jakoś się porozumieli i coś by z tego wynikło?

Platforma Kialo wystartowała w połowie 2017 roku, reklamując się hasłem: „Zmęczony internetową fabryką krzyków?”. Oczywiście reklama wyświetlała się na Facebooku, który w ten sposób został – elegancko, bo elegancko, ale wciąż – strolowany. Ale to wyjątek od reguły, bo Kialo w zamierzeniu jego twórców ma być przestrzenią dyskusji wolnych od hejtu, trolowania, argumentów ad hominem i w ogóle niezdrowych emocji. „Kialo” w esperanto oznacza „rozum”, a Kialo reklamuje się jako pierwsze narzędzie stworzone specjalnie do prowadzenia racjonalnych dyskusji.

Mechanizm jest dość prosty: najpierw stawia się tezę, a potem dopisuje się do niej argumenty ZA i argumenty PRZECIW; a potem do każdego z tych argumentów dopisuje się kolejne argumenty, i kolejne argumenty, i kolejne… Argumenty nie mogą być dłuższe niż 500 znaków, ale można je opatrzyć nielimitowanymi komentarzami. No i można głosować, ale nie kciukami czy innymi serduszkami, ale oceną istotności danego argumentu dla poruszanej kwestii (w skali od 0 do 4). Dyskusje mogą być prywatne, wtedy zaprasza się do nich tylko znajomych, albo publiczne – ale to wciąż założyciel decyduje, kto będzie moderatorem. Bo też debaty są dokładnie moderowane: głosy, które nie wnoszą nic do dyskusji albo naruszają inne zasady, mogą być usuwane lub edytowane.

Zdawałoby się: raj. Szczególnie jeśli porównać Kialo z Facebookiem czy Twitterem, gdzie średnia liczba kroków dzielących dowolną wypowiedź od wybuchu hejtu wynosi –1. W rozmowie z „The Chronicle of Higher Education” Errikos Pitsos, pomysłodawca i założyciel platformy, tłumaczył: „Wierzę, że formaty, których używamy do komunikacji, kształtują sposób, w jaki się komunikujemy. [W Kialo] nie pytamy o twoje osobiste opinie. Nie mamy mechanizmów, które mogą zyskać ci poklask, jeśli będziesz pisać w określony sposób”. Ale nie chodzi tylko o emocje. Jeśli Facebook opiera się na tworzeniu baniek informacyjnych, w których zamyka użytkowników, aby odgrodzić ich od potencjalnie zniechęcających treści – to istotą Kialo jest konfrontacja z przeciwnymi poglądami, mająca prowadzić do ich lepszego zrozumienia.

Kialo.comKialo.com

Pitsos podkreśla, że Kialo to narzędzie nie tylko do prowadzenia debat, ale przede wszystkim do ich śledzenia. Zastosowany przez platformę format ma sprawiać, że wejście w nowy temat, rozeznanie się w argumentach, a w końcu wyrobienie sobie własnego zdania mają być łatwiejsze. W zakładce Explore można podejrzeć kilkanaście publicznych dyskusji, które toczą się na najróżniejsze tematy. Od poważnych politycznych kwestii: „Czy gwarantowany dochód podstawowy powinien istnieć?” (2,8 tys. argumentów), „Czy Stany Zjednoczone powinny wprowadzić ściślejszą kontrolę broni?” (2,3 tys.); przez odwieczne pytania filozoficzne: „Czy Bóg istnieje?” (2,7 tys.), „Wolna wola czy determinizm?” (769), „Czy kosmici istnieją?” (428); po palące kwestie popkulturalne: „Sojusz Rebeliantów pokonałby Zjednoczoną Federację Planet w kosmicznej bitwie” (501), „Dylemat wagonika: właściwe rozwiązanie” (759).

Wszystko ładnie: argumenty są wyważone, podane w neutralnym tonie, wykresy uporządkowane i kolorowe. Ale jest też kilka problemów. Można mieć wątpliwości, czy ciągnące się w nieskończoność drzewka z argumentami ZA i PRZECIW na pewno są najlepszą formą prezentowania dyskusji. Brakuje tu zaznaczenia relacji między poszczególnymi tezami, przez co trudno dostrzec ich wzajemne zależności, które nawet w podstawowej logice nie opierają się tylko na negacji, ale obejmują też koniunkcje, implikacje, równoważności i alternatywy. Mylące mogą być też kolory: zielony jest ZA, czerwony PRZECIW. Po pierwsze, nie są to barwy poznawczo neutralne (zielony jest jednak uniwersalnym sygnałem otwartości, czerwony – zakazu); po drugie, nieustannie zamieniają się miejscami: kiedy pod główną tezą kliknie się w czerwony argument, podrzędne stanowiska wspierające go będą już zielone (bo na TAK dla argumentu na NIE).

Wątpliwości dotyczą też modelu biznesowego. Platforma, która opiera się na poskramianiu emocji, nie wygląda jak smakowity kąsek dla inwestorów. Założyciele zapowiadają jednak, że celują w dwa potencjalnie opłacalne obszary: edukację (gdzie Kialo mogłoby się przydać do nauki budowania argumentów, zupełnie jak debaty oksfordzkie) i korporacje (dla których platforma mogłaby służyć jako narzędzie w procesie podejmowania decyzji). Na razie, aby przyciągnąć zainteresowanie użytkowników, Kialo zorganizowało konkurs na najlepszą dyskusję dotyczącą „Gry o tron”.

CZY KIALO MOŻE SIĘ OPŁACAĆ?

Kamil Fejfer

Analityk rynku pracy, dziennikarz freelancer. Pisze o ekonomii, pracy, polityce społecznej, nierównościach oraz gospodarczych następstwach robotyzacji. Autor książki „Zawód”, twórca facebookowego Magazynu Porażka skierowanego do tych, którym nie wyszło, czyli prawie wszystkich.

Stworzenie interfejsu, który karmi się merytoryczną dyskusją, wydaje mi się też od strony biznesowej dość trudne, ponieważ dzisiejszy model bazuje na ruchu, a ten bazuje na emocjach. Dzielenie włosa na czworo jest dla większość ludzi (przepraszam za to pesymistyczne założenie) koszmarnie nudne. Ale może mam zbyt małą wyobraźnię.

Piotr Szostak

Publicysta, prawnik. Publikował m.in. w „Krytyce Politycznej”, „Gazecie Wyborczej”, „Polityce”, „Liberte!”.

Problem tkwi częściowo w pytaniu: „Jak zarabiać na takiej rozsądnej wyważonej sieci?”. Nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić niekomercyjnej, publicznej infrastruktury, w której moglibyśmy się komunikować bez subskrypcji albo reklam. W kontekście reklam wydaje mi się, że hejt jest trochę jak fake newsy czy patostream: im większy hejt, bardziej szalona teoria spiskowa – tym lepszy viral. Im bardziej ekstremalne, szokujące treści, tym przyciągają więcej uwagi, generują więcej ruchu, czyli zysków z reklam. Użytkownicy są ekonomicznie motywowani do produkowania takich treści i w interesie samej platformy jest, żeby to się jak najszerzej niosło. A że platforma ma dane o preferencjach użytkowników, to wyświetla te treści tym najbardziej podatnym.

Kwestią jest też to, czy na pewno każdy temat nadaje się do tego rodzaju dyskusji. W końcu istnieją tezy, w przypadku których już samo poddanie pod dyskusję może być opresyjne (w Polsce przykłady można znaleźć w radiu). Istnieją też zagadnienia – takie jak pytanie, czy Ziemia jest płaska (które chyba jako dowcip pojawia się w materiałach reklamowych Kialo) – które nie zależą od publicznej dyskusji, a sugerowanie, że jest inaczej, daje pożywkę szkodliwym teoriom spiskowym i ruchom antynaukowym.

Można też się zastanawiać, na ile prosty mechanizm Kialo może posłużyć ambitnym celom stawianym przez pomysłodawców. W wywiadzie dla „Financial Times” Pitsos, syn wykładowców akademickich, tłumaczył swoją inspirację do stworzenia Kialo tak: „Odkąd skończyłem cztery lata, dorastałem wśród żywych debat dotyczących religii, polityki i wielu innych tematów. Ale dyskusje były przyjazne. Widziałem, że ludzie potrafili energicznie walczyć, jednocześnie śmiejąc się, jedząc i przytulając”. Wynikałoby stąd, że tym, co platforma ma urzeczywistnić, nie jest banalny sposób myślenia oparty na argumentach ZA i PRZECIW, ale cała kultura akademików, z ich nawykiem prowadzenia akademickich dyskusji. Ale te wymagają nie tyle korzystnych warunków technicznych, ile długotrwałej edukacji i życiowej stabilizacji. (I już zostawmy w nawiasie pytanie, czy naukowcy na pewno i zawsze są tacy racjonalni).

Podobne do Kialo rozwiązanie wprowadzono niedawno na Tajwanie. Grupa hakerów i aktywistów z grupy g0v stworzyła platformę vTaiwan (pisali o niej niedawno Mirek Filiciak i Alek Tarkowski), służącą prowadzeniu konsultacji społecznych i wypracowywaniu konsensusu w spornych kwestiach. Dzięki vTaiwan udało się do tej pory opracować przepisy dotyczące m.in. korporacji taksówkarskich (w tym Ubera) czy sprzedaży alkoholu. vTaiwan jest jednak czymś znacznie więcej niż platformą – to cały proces, wykorzystujący gotowe narzędzia (m.in. platformę do prowadzenia dyskusji na forum Discourse.org czy YouTube do emitowania dyskusji na żywo), obejmujący fazy edukacji (to zadanie powierza się ekspertom), deliberacji i głosowania (otwartych dla całego społeczeństwa), ale również podsumowania debat (przez ekspertów i polityków). Technologia jest tu ważna, jednak na pewno nie najważniejsza.

Choć Kialo reklamuje się jako przełomowe narzędzie, to pomysły na uspokojenie debaty publicznej nie pojawiły się wczoraj. Około 380 roku przed naszą erą Platon narzekał na ateńskich sofistów, że za pomocą głupawych sztuczek zjednują sobie przychylność słuchaczy. W 1830 roku (wróćmy do naszej ery) Arthur Schopenhauer opublikował „Erystykę, czyli sztukę prowadzenia sporów”, w której wymieniał wszystkie niegodne chwyty, na które można trafić w sporze z kimś upartym. Argumenty ad hominem były na samym końcu listy; dziś każde odrobinę bardziej wyrafinowane zagranie wygląda jak intelektualny popis.

Pomysły na to, jak uporządkować myślenie w taki sposób, żeby w końcu do czegoś dojść, miał też inny Niemiec, żyjący na przełomie XVII i XVIII wieku Gottfried Willhelm Leibniz, któremu marzyło się stworzenie czegoś, co nazywał characteristica universalis – ściśle sformalizowanego kodu, pozwalającego analizować relacje między ideami. Jedyny przykład jego działania, jaki filozof po sobie pozostawił, wyglądem przypomina nawet wykres poglądowy Kialo.

Diagram Leibniza i diagram KialoDiagram Leibniza i diagram Kialo

Jednak w 1706 roku, na 10 lat przed śmiercią, Leibniz pisał w liście do swojej mecenaski, Zofii Hanowerskiej (list cytuję za angielskim przekładem Lloyda Stricklanda):

Jest prawdą, że w przeszłości planowałem stworzenie nowego sposobu liczenia, odpowiedniego dla spraw, które nic nie mają wspólnego z matematyką, a gdyby tego rodzaju logikę zastosować w praktyce, każde rozumowanie, nawet dotyczące prawdopodobieństwa, byłoby takie jak myślenie matematyka: jeśliby trzeba, mniejsze umysły, wyposażone w sposobność i dobrą wolę, mogłyby jeśli nie towarzyszyć wielkim umysłom, to przynajmniej podążać ich drogą. Można by zawsze rzec: policzmy i oceńmy tę sprawę, na ile dane i rozum dostarczają nam ku temu środków. Nie wiem jednak, czy kiedykolwiek będę w stanie zrealizować ten projekt, który wymaga więcej niż jednej pary rąk; wydaje się zresztą, że ludzkość wciąż nie dorosła do tego, by czerpać korzyści, których ta metoda mogłaby dostarczyć.

Coś mi się nie wydaje, żeby przez te 300 lat wiele się zmieniło.