Raz nazywamy się skłotem, a raz showroomem
Coco, Tomasz, Kacper, Sasa podczas Nowalijek / fot. A. Murak

30 minut czytania

/ Sztuka

Raz nazywamy się skłotem, a raz showroomem

Rozmowa z Domem Mody Limanka

Ludzie sobie myślą, że przecież byłoby nas stać na to, żeby wyglądać normalnie. Od razu pytają, czemu ubieramy się dziwnie, a nie w ciuchy z H&M-u? Jezu, nie wiem, po prostu nosimy to, co nam się podoba – rozmowa z kolektywem artystyczno-modowym  z Łodzi

Jeszcze 8 minut czytania

PAULINA DOMAGALSKA: Siedzimy w Domu Mody Limanka w Łodzi, który jednocześnie jest waszym mieszkaniem. Dlaczego dom mody, a nie na przykład kolektyw? Nie zrobiliście na razie razem żadnych ciuchów.
SASA: O, to ja już opowiadam. Nazwa wzięła się stąd, że dawno, dawno temu, za górami, za lasami założyłam bloga, który nazywa się Dom Mody Sasa. Moje koleżanki ze studiów znalazły w Mediolanie sklep z przebraniami, który nazywał się Sasa. Bardzo je to rozśmieszyło, bo pasowałam im do tego sklepu i powiedziały mi, że powinnam założyć własny dom mody. I to zrobiłam. A potem poznałam Kacpra, Coco i Tomasza. 

Jako Dom Mody Limanka bierzecie udział w wystawie „Peer-toPeer. Praktyki kolektywne w nowej sztuce” w Muzeum Sztuki w Łodzi. Co na nią przygotowaliście? 
Sasa: Robimy spektakl. Będziemy aktorzyć i reżyserzyć. I wystąpią z nami znajomi, na przykład Bella Ćwir.
KACPER: Z premierą szykujemy się dopiero na jesień. Nasza kuratorka, Aga Pindera zaproponowała nam teksty z New Theater prowadzonego w Berlinie przez Callę Henkel i Maxa Pitegoffa. Oni najpierw wystawiali je wśród znajomych, ale potem udostępnili i obserwują, jak działa w innych rzeczywistościach. My pracujemy nad tekstem „Mieszkanie”. Jest o grupie współlokatorów. Kłócą się, kto miał kupić szampon, a kto komu zabrał baterie z wibratora. Znakomicie to nam siadło. 

Dlaczego Bella?
TOMASZ: W dramacie jest postać gwiazdy. Uznaliśmy, że to doskonale pasuje do Belli Ćwir. Wymyśliliśmy, że po spektaklu zrobimy after party z jej koncertem, żeby na pewno przyjechała. 
Sasa: Bo Bella jest wspaniała, ale umówić się z nią ciężko.
Tomasz: Z Gracjanem – frontmanem Belli Ćwir – poznaliśmy się podczas prób do mojego pokazu na Lava Festiwal w Krakowie, w którym wystąpił w roli modelki razem z moimi przyjaciółmi. Po prostu się kolegujemy. Czasem pożyczam mu ubrania. Gdy wysłał mi piosenkę „Drogie ciuchy”, w której zostaliśmy wymienieni pośród innych domów mody, uznałem, że musimy nakręcić do niej teledysk. U nas w domu. Wraz z Sasą napisałem wstępny scenariusz i zebrałem ekipę.
Kacper: Teledysk miał być współczesną opowieścią o dziewczynce z zapałkami. Bella stoi na Łodzi Fabrycznej, odpala zapalarę i przenosi się do ciepłego Domu Mody Limanka.
Sasa: Bo widzisz, chodziło o to, że Bella Ćwir jest niby taką wielką, sławną gwiazdą, a tak naprawdę jest biedną, samotną dziewczynką, która potrzebuje ciepła, rodziny, serdeczności, opieki. Jak my wszyscy. Chcieliśmy promować wartości rodzinne w teledysku. Trochę nie wyszło, bo głównie ją tam przebieramy.

 
Dom Mody Limanka

Grupa artystów, którzy razem tworzą i mieszkają w Łodzi. Każdy i każda z nich działają też indywidualnie – Tomasz Armada jest projektantem mody, Kacper Szalecki zajmuje się m.in. fotografią, Sasa Lubińska jest malarką, a CocoKate stylistką. Ich pierwsze wspólne wydarzenie to wystawa Nowalijki, zorganizowana w maju 2017 r. Współpracują m.in. z Siksą i Bellą Ćwir.

DML bierze udział w wystawie „Peer-toPeer. Praktyki kolektywne w nowej sztuce” w Muzeum Sztuki w Łodzi, która potrwa do 28 października 2018

Często współpracujecie też z Siksą, Tomasz robi dla niej stroje. Czy zawsze znacie się z osobami z którymi współpracujecie?
Tomasz: Musimy się rozumieć z ludźmi, z którymi pracujemy. 
COCO: Siksę poznaliśmy trzy lata temu w Elblągu. Z Kacprem i Tomaszem poszliśmy na ich koncert w Galerii El. Było mało ludzi, wszyscy przerażeni tym, co się dzieje. Na początku usiedliśmy z tyłu, ale szybko przenieśliśmy się do pierwszego rzędu. Na maksa nam się to spodobało. Po koncercie po prostu podeszliśmy do Alex, wokalistki Siksy i zaczęliśmy rozmawiać.

Kiedy o was czytałam, dowiedziałam się między innymi, że Tomasz jest dyrektorem kreatywnym Domu Mody Limanka. Na początku mnie to rozśmieszyło, ale potem się zawahałam – może chcecie ewoluować w stronę jakiegoś modelu biznesowego?
Sasa: My chcielibyśmy tylko ewoluować w kierunku posiadania NIP-u. Oprócz tego nie mamy nic wspólnego z firmą. 
Tomasz: U nas każdy jest dyrektorem kreatywnym. A tak naprawdę głową operacji jest Kacper. On wszystko wymyśla, a my pomagamy. Tego dyrektora artystycznego napisałem sobie na Instagramie i jakaś redakcja to podchwyciła. 
Kacper: Ja mam napisane na Instagramie, że jestem lokatorem Limanki. 
Sasa: To ja chcę być koordynatorką do spraw wyborów malarskich.

SasaCoco / fot. Agnieszka Murak

 A ty, Coco?
Coco:
Mogę zostać kierowniczką działu stylizacji i ostrych zjazdów. 
Sasa: Oraz puszczania muzyki z autotunem. 
Kacper: I zarządzania złym humorem.

Jak się poznaliście?
Sasa
: To moja kolejna ulubiona historia. Najdłużej znają się Kacper i Coco, za dzieciaka chodzili razem do gimnazjum w Elblągu. A ja miałam kiedyś wystawę w Olsztynie. Studiowałam wtedy malarstwo na ASP w Gdańsku. Kacper i Coco byli już w liceum i przyjechali do Olsztyna. Na wernisażu miałam kieckę z siatki na krety, do której poprzyczepiałam sztuczne kwiaty ze śmietnika z cmentarza. I tak się poznaliśmy.

Kacper: To się zadziało przez internet. Przeczytaliśmy gdzieś o wystawie Sasy i postanowiliśmy pojechać. 
Tomasz: A potem ja się doczłapałem do Kacpra. 
Sasa: Albo Kacper doczłapał się do Tomasza, ta kwestia jest wciąż otwarta. 
Tomasz: Studiowałem sobie na tym ASP, a nagle dostaję od was esemesa, że przeprowadzacie się do Łodzi i wszyscy będziemy razem mieszkać. 
Coco: My z Kacprem przenieśliśmy się na studia.
Sasa: A ja pojechałam za nimi, bo ich lubię. 
Tomasz: No i potem miałem swój pierwszy pokaz, siedzieliśmy sobie razem na ulicy Limanowskiego w Łodzi, piliśmy gin z tonikiem.
Sasa: Ja wtedy zrobiłam sobie tatuaż zwykłą igłą. 

KacperTomasz / fot. Agnieszka Murak

Tomasz: I rozmawialiśmy o tym, że kiedyś będziemy razem robić ubrania. Wyjąłem kartkę i zacząłem spisywać nasze pomysły. W końcu ta nazwa posłużyła nam do czego innego, nigdy nie zrobiliśmy żadnych szmat. Ale właśnie tam powstał Dom Mody Limanka. Bo ja naprawdę mieszkałem na Limance.
Sasa: Limanka, dokładnie Limanowskiego, to ulica w Łodzi, która jest znana z wpierdolu. 
Tomasz: Chociaż jak się słucha opowieści z Limanki, to okazuje się, że tych najbardziej hardkorowych dresów już nie ma. Wszyscy wyjechali za granicę do pracy. Zostali ci, którzy nie byli w stanie wyjechać. Starzy, chorzy. Mam wrażenie, że teraz tam jest bardziej strasznie niż niebezpiecznie.
Kacper: Jak przeprowadziliśmy się do Łodzi, najpierw wynajmowaliśmy mieszkanie na Franciszkańskiej, też na Bałutach. Nie zrobiliśmy tam żadnych wystaw, było za mało miejsca – dziewczyny miały jeden pokój, ja dzieliłem pokój z Tomaszem. No i musieliśmy się wynosić, bo mieszkanie okazało się zadłużone. 

Wszyscy, oprócz Sasy, jeszcze studiujecie?
Tomasz:
Ja rok temu obroniłem licencjat na projektowaniu ubioru na ASP i wziąłem dziekankę. Od października wracam na magisterkę. 
Coco: My z Kacprem studiujemy nowe media na uniwersytecie. Trochę się przez to czuję w rozkroku, mam wrażenie, że studia uniemożliwiają mi robienie własnych rzeczy.
Kacper: No właśnie. Chodziłem do liceum plastycznego – z wykształcenia jestem metaloplastykiem – i tam w ciągu dnia miałem zajęcia teoretyczne i praktyczne. To było harmonijne. I z jednej strony chciałem pójść na studia teoretyczne, bo pomyślałem, że czas się trochę wyżyłować intelektualnie. Ale z drugiej strony brakuje mi czasu na pracę manualną. 
Tomasz: Kacper powiedział, że nigdy w życiu nie pójdzie na ASP. Naoglądał się mnie i Sasy i mu się odechciało.
Kacper: Nieprawda.
Tomasz: No tak, na ASP nie ma wymogów intelektualnych. Przecież jak miałem pokaz, to nie mogłem puścić piosenki, ale wymyśliłem, że puszczę ją od tyłu, to wszystkim się już podobało. 
Sasa: Tomasz, z tym się nie zgodzę.
Kacper: Bardzo spłyciłeś tę historię, ona jest bogatsza i ważniejsza społecznie. 

 

Dlaczego nie zgodzili się na piosenkę? Opowiedz o swoim dyplomie. 
Tomasz:
To była piosenka napisana przez Siksę. Chciałem, żeby wystąpiła na żywo, ale mi nie pozwolono. A potem okazało się, że nie mogę też puścić piosenki. Bez konkretnego powodu. W końcu powiedziano mi, że to przez przekleństwa. To ja na to: OK, usunę je. A w odpowiedzi usłyszałem, że musiałbym w takim razie usunąć całą piosenkę. Dostałem różne wykrętne odpowiedzi, na przykład, że piosenka może być źle nagrana, więc trzeba skonsultować z dźwiękowcem. W końcu usłyszałem, że chodzi o polityczny przekaz piosenki. 

A jaki dokładnie jest ten przekaz?
Sasa:
Mogę ci powiedzieć, na co zwrócił uwagę mój kolega, który jest patriotą – jemu się nie podobał już tytuł, czyli „Poliestrowe ścierwo”, ponieważ odnosi się do odzieży patriotycznej, a mówienie ścierwo o czymś, co ma symbole narodowe, jest złe. A w piosence są niepochlebne opinie o nosicielach odzieży patriotycznej, i widocznie zostało to odebrane jako niepochlebne wyrażanie się o patriotyzmie. 
Tomasz: A ja zrobiłem właśnie dyplom o patriotyzmie. Tuż przed pokazem wahałem się, czy nie zrezygnować. Poza tym miałem dosyć tej kolekcji, to był chyba już dziewiąty pokaz. W końcu puściłem piosenkę od tyłu i zakleiłem modelkom usta taśmą klejącą.  
Sasa: Przy okazji okazało się, że ładnie wyglądam z zaklejonymi ustami, to podkreśla moje kości policzkowe. 

KacperKacper / fot. Agnieszka Murakr

Coco, a czym ty się zajmujesz?
Coco: Po godzinach jestem panią modelką i stylistką.
Kacper: I instagramerką-influencerką. 
Sasa: Coco, przecież jesteś też muzą. 
Coco: Aha, no tak, jestem „muzą Vetements”.
Sasa: No i czym jeszcze? Post-soviet Paris Hilton. Oraz idolką nastoletnich dziewcząt. 
Tomasz: Które przychodzą do nas, stają w drzwiach i nieśmiało pytają: jest Coco? I mówią, że chcą być takie jak ona. Czekają aż Coco wróci do domu, a potem na jej widok rumienią się i wybiegają.

A ty, Kacper, studiujesz i zajmujesz się fotografią?
Kacper: Najczęściej fotografią. 
Sasa: Kacper jest także naszym mózgiem i mięśniem. Czasami tyranem, jak trzeba coś zrobić. 
Coco: Sercem, mamą, tatą. 
Sasa: I złotym dzieckiem. 

Tak mówiono po twoim udziale w Krakowskim Miesiącu Fotografii, gdzie pokazałeś „Olimpia’s Diary”. Jak się czujesz jako złote dziecko polskiej fotografii?
Kacper: Znakomicie. A tak poważnie, to przecież jak zgodzisz się na takie określenie, to potem do końca życia jesteś dzieckiem. 
Niby jestem fotografem, ale bardziej interesuje mnie wykorzystywanie fotografii do większym projektów. Nie mam wykształcenia fotograficznego, nie znam się na sprzęcie. Sięgam po proste techniki, dostępne dla wszystkich. Robię zdjęcia telefonem, Instaxem albo małpką, którą potem oddaję do wywołania. 

Zdjęcia z planu teledysku Drogie ciuchy / fot. Milena Liebe

Gdzie pracujecie? Czy udaje wam się utrzymać ze sztuki?
Sasa:
To jest najtrudniejsze pytanie ze wszystkich, jakie mogłaś nam zadać. Kiedy mnie pytasz, w jaki sposób zarabiam, to mam flashbacki jak z Wietnamu. Leci helikopter, moi przyjaciele krwawią, dramat. Takie rzeczy widzę. 
Tomasz: Sasa ma chyba najciekawszą karierę. 
Sasa: O Jezu, ale wszystko, od początku? No dobra. Skończyłam liceum plastyczne jako ceramik, potem poszłam na malarstwo na ASP, więc powiedzmy, że mam zdolności manualne. Kiedy przeprowadziłam się do Łodzi, znalazłam na OLX-ie ogłoszenie, że szukają kogoś w warsztacie szkła. Myślę sobie – świetnie, praca wręcz w zawodzie. Pojechałam tam, droga w jedną stronę zajmowała mi godzinę. Okazało się, że pracuję w piwnicy, w domu prywatnym u pani, która ma problem z alkoholem i to, czy mnie wpuści zależy od tego, w jakim jest stanie. No i siedziałam w klitce w piwnicy i po osiem godzin dziennie malowałam aniołki ze szkła. Na szczęście zwykle mi płacono. 
Po kilku miesiącach uciekłam stamtąd i zostałam dziennikarką oraz prezenterką. Pisałam artykuły i robiłam filmiki o tym, co dzieje się w Łodzi. Stawiali mnie na greenscreenie, mówiłam rzeczy w rodzaju „w ten weekend w Ośrodku Prząśniczka pod Łodzią bezpłatne chipowanie psów i kotów”, a w tle za mną wyświetlano rozpikselowane zdjęcie pudla. Moja przygoda z dziennikarstwem była krótka i wyboista. Poza tym tam nie ma etatów. 
Coco: Potem robiłaś scenografie na różne imprezy. 
Sasa: To było fajne. Raz uszyłam na przykład wielką tekstylną głowę z dziurą na usta, którą wypełniłam świecącymi balonami. Konserwowałam też klasztor. Jeździłam do Piotrkowa Trybunalskiego, wchodziłam na 16-metrowe rusztowanie i odkrywałam freski. Pomieszkiwałam w tym zakonie, więc przywiozłam tam kulę dyskotekową, która świeciła w nocy, bo chciałam zaznaczyć swoją obecność. Robiłam też ilustracje do książek dla dzieci. Teraz kończę pedagogikę, żeby móc uczyć malarstwa w liceum plastycznym.
A czasem utrzymuję się też w ten sposób, że muszę zadzwonić do taty i powiedzieć, że nie mam na jedzenie
Kacper: Utrzymuję się ze stypendium i pomagają mi rodzice.
Coco: Ja niedawno postanowiłam zakończyć swój wolontariat modowy. Wiele razy słyszałam, że niski budżet, nie ma kasy, wszystko musi być po kosztach i za darmo, a ja się na to godziłam. Ale w końcu zmądrzałam. Pojawiają się jakieś zlecenia, ale mi też czasem pomaga rodzina.
Tomasz: Ze mną jest podobnie.
Sasa: Od niedawna mam papugę, Marylę. Jest bardzo przyjazna, totalna bystrzacha, właśnie uczę ją aportować kolczyki. Trochę mnie jeszcze poddziobuje, ale popracujemy nad tym. Dostałam Marylę na Dzień Dziecka, bo bardzo chciałam mieć zwierzątko, ale przy okazji wymyśliłam, że Maryla może posłużyć jako reklama. Mam zamiar otworzyć w Domu Mody Limanka pracownię rysunku z aportującą papugą Marylą.

Pierwszym wydarzeniem w Domu Mody Limanka były Nowalijki.
Kacper:
Chcieliśmy zaistnieć wśród sąsiadów. 
Sasa: Właśnie, bo kiedy mieszkałam z Kacprem w Gdyni i prowadziliśmy Pracownię Mokrą, bywało głośno, nawet Siksa u nas grała. 
Kacper: Siedem osób było na tamtym koncercie, razem z moimi rodzicami, którzy przyjechali z ciastem. Za scenę robiła jedna europaleta, na której zmieścił się wzmacniacz i basista, dla Alex z Siksy już zabrakło miejsca. 
Sasa: I my wtedy byliśmy cwani. Piekłam ciasteczka, ozdabialiśmy je, pakowaliśmy w celofan, i zanosiliśmy sąsiadom z zaproszeniem na wystawę, żeby nie wkurzali się, że jest głośno. Mieliśmy wspaniałe stosunki ze wszystkimi. Wracaliśmy z zajęć, a na klamce wisiało pół melona w foliówce. Przychodzili do nas wieczorem, mówiąc: „no, artyści, macie tutaj sałatki”.
W Łodzi chcieliśmy działać podobnie. Nie chcieliśmy zaczynać od wieczornego wernisażu, gdzie wszyscy kręcą się w czarnych ubraniach, piją wino i są coraz bardziej pijani. Zrobiliśmy śniadanko zapoznawcze.
Tomasz: Przyszli sąsiedzi i właścicielka mieszkania. Chcieliśmy pokazać prace każdego z nas, były fotomontaże Coco, obraz Sasy, zdjęcia Murak-Podraza, moje ubranie, film Dominiki Ciemięgi. I zdjęcia Kacpra z cyklu „Metamorfozy – na wiosnę nowa ja”. Ukazują nas, gdy poszliśmy do „New Yorkera” i się przebraliśmy za ludzi. 
Sasa: Nas to strasznie śmieszyło, a nikt w sklepie nie rozumiał, o co chodzi. Zdjęcia pokazaliśmy na rzutniku, który znaleźliśmy w tym mieszkaniu. Mnóstwo odkryć tutaj dokonaliśmy. Mieszkanie było zawalone rzeczami. 
Coco: Znaleźliśmy nawet protezę piersi. 
Sasa: Bo miejsce, w którym się znajdujemy, było kiedyś gabinetem ginekologicznym. Ludzie jeszcze przychodzą i pytają, czy przyjmuje tutaj lekarz. W pokoju Coco stał fotel ginekologiczny. Został potem sprzedany i można go zobaczyć w „Botoksie” Patryka Vegi. 
Tomasz: Pokój, w którym mieszkam z Kacprem, został przez niego przemalowany na żółto i różowo. To część jego projektu „Potopia”. 
Kacper: Barwy Potopii wzięły się stąd, że gdy przesuwasz na pasku odcieni flagę biało-czerwoną, zmienia się w żółto-różową.
Tomasz: Gdy Polska flaga się starzeje, to biel się zażółca, a czerwień zaczyna wpadać w róż. 
Kacper: Pokój po pokoju, kompletuję mieszkanie potopiańczyka. Jedna sypialnia znajduje się w domu moich rodziców w Elblągu. Reszta pomieszczeń docelowo będzie w byłych stolicach Polski. Między innymi w Gnieźnie, w mieszkaniu Siksy. Potem mam zamiar rozrysować to jako plan jednego mieszkania.
Tomasz: Kacper zrobi wirtualny spacer po tym mieszkaniu. 
Kacper: Chodzi mi raczej o takie materiały, jakie pokazują deweloperzy, kiedy chcą sprzedać mieszkanie.

A skąd nazwa?
Kacper:
Trochę, bo „Potop” Sienkiewicza, trochę, bo utopia, a literka „p” jest od Polski. 
Sasa: Poza tym zdaje się, że w twoim projekcie Polska jest zalaną dziurą. 
Kacper: No tak, wyobraziłem sobie, że Polska jest przeniesiona z aktualnego, felernego położenia geograficznego w okolice Islandii. Jest wyspą. I fajnym krajem. 

Centrum Taniej Sztuki / fot. Marcin Polak

Po Nowalijkach zorganizowaliście Centrum Taniej Sztuki.
Tomasz:
 Dostaliśmy propozycję od Galerii Czynnej. Załatwili nam lokal w centrum miasta, na pl. Wolności, gdzie kiedyś był świetny lumpeks. 
Kacper: Bardzo zależało nam na tym lokalu. 
Sasa: My tam wcześniej chodziliśmy kupować ciuchy. Ta architektura jest fajna, trochę modernistyczna, wiele przeszklonych elementów. To było takie silne miejsce. Bajeranckie, ale już trochę zapuszczone. 
Tomasz: Porozwieszałem ogłoszenia na ASP i na Facebooku z prośbą, żeby ludzie przekazali nam odpady ze swojej twórczości. My też daliśmy swoje rzeczy.
Sasa: Tomasz przez odpady rozumie rysunki i obrazy, które nikomu się już nie przydadzą, w stylu ćwiczenie martwej natury. 
Kacper: Tych rzeczy się produkuje mnóstwo, a potem nic się z nimi nie robi. Ale my oddaliśmy nie tylko ćwiczenia. Ja oddałem wszystkie swoje zdjęcia, które były wystawione na Miesiącu Fotografii. 
Tomasz: Wszyscy się rzucili na zdjęcia Kacpra w pierwsze dziesięć sekund. 
Kacper: Ale ci, którzy chodzili tam kiedyś do lumpeksu, kupili pomysł, że to sklep z tanimi ozdobami do mieszkania. To było super, udało się. Panie sobie oglądały te rzeczy i zastanawiały się, gdzie to powieszą w mieszkaniu.
Sasa: Zrobiliśmy jeszcze przymierzalnię. Zawieźliśmy tam dwie kanapy z naszego mieszkania. Pierwsza – wersalka w stylu „po babci”, druga – czarna kanapa z ekoskórki, à la nowoczesna. Nad kanapami były gwoździe i ludzie wieszali obrazki i sprawdzali, czy będzie ładnie wyglądać
Kacper: Były też różne tła, przy pierwszej kanapie była boazeria z plastiku, a przy drugiej tapeta w Londyn. 
Sasa: Sztuka u nas była na wagę, za kartkę A4 wychodziło jakieś 25 groszy. Ja stałam na kasie i mogę powiedzieć, że się udało. Cały czas była kolejka. 

No właśnie, ten pomysł był dobrze przyjęty, moglibyście spokojnie robić kolejne edycje. Dlaczego tego nie robicie?
Kacper:
To była dla nas nie do końca jasna sytuacja. Trochę nas to wykończyło. Z jednej strony fajnie, że ludzie nieskrępowanie wybierali, co im się podoba. Okazało się, że u każdego jest jakaś potrzeba obcowania z wytworami, powiedzmy, sztuki. Ale z drugiej strony zderzyliśmy się z totalną chciwością ludzi znających się na sztuce. Wpadli i wykupili nasze prace albo naszych bardziej znanych znajomych. A niektórzy próbowali wcześniej coś zaklepać.  
Tomasz: Miałem po tym kaca moralnego. 
Sasa: Znajomi zaczęli mówić, że skoro to się tak udało, to dlaczego nie zakładamy sklepu. Czemu tego nie kontynuujemy? A przecież w ogóle nie o to chodzi. 
Tomasz: Łatwo wpaść w taki schemat, w którym powiela się jeden pomysł, który już raz wyszedł i odcina kupony ciągle od tego samego. Czasem aż mi się nie chce chodzić na wystawy, bo mam wrażenie, że artyści mają widzów gdzieś. 
Sasa: Powiedzmy to sobie: to po prostu nie byłoby dobre. A my robimy dobrą sztukę.
Coco: Taki jest charakter tego, co robimy. Nasze wystawy są jednorazowe, spontaniczne, na jeden dzień. A potem miesiąc sprzątamy.
Sasa: Do grobu mnie to sprzątanie wpędzi. Głównie sprzątamy po wystawach. Tak wygląda nasze życie. 

Na ile to, co robicie, jest ironiczne?
Sasa:
Nie, nie, nie. 
Tomasz: To jest poważne. 
Sasa: Odmawiam w ogóle takiej kategorii. Ironia to nie jest szlachetny sposób budowania narracji. Każdy może być ironiczny. My chcemy robić rzeczy, które są żywe. Ironiczne względem czego?

Według niektórych – na przykład przez to, jak się ubieracie – ironiczne względem pewnych kodów estetycznych. 
Tomasz:
Spotykamy się z tym czasem. Ludzie myślą, że to, co się u nas dzieje, to jakaś scenografia, a Coco specjalnie robi sobie zdjęcia, na których źle wygląda
Sasa: A tak naprawdę mieszkamy w drugim mieszkaniu, które jest całe z Ikei. 


Sasa, ale czy na przykład twoje filmy o gotowaniu są na poważnie?
Sasa
: „Gotuj z Sasą” powstało tak, że byłam w kuchni i robiłam sobie kanapkę, a moja przyjaciółka Joasia to nagrała. My tak żyłyśmy. Potem zaczęłyśmy się tym bawić, ale w punkcie wyjścia to były żarty ze mnie i z tego, że jem same parówki sojowe i białe bułki. Poza tym jak Tomasz się z kogoś śmieje, to potem ma kaca moralnego przez rok. 

Kacper: U nas jest raczej zdrowy śmiech, w tym nie ma ironicznego przekąsu. Bo w ironii nie ma energii. Myślę, że ironia nie ma takiej siły, która by sprawiła, że nam by się chciało, kurwa, przestawiać te wszystkie meble na jeden wernisaż. 

Sasa: Może wytłumaczę to na przykładzie naszych wieczorków tematycznych. Jak jeszcze mieszkaliśmy na Franciszkańskiej, to...
Tomasz: Raz na przykład zrobiliśmy sobie wieczorek włoski, poprzebieraliśmy się, słuchaliśmy „Lasciate mi cantare”. Trochę jak w przedszkolu.
Sasa: I pewnego razu zrobiliśmy żarcik, który polegał na nabijaniu się, że modni ludzie, intelektualiści warszawscy ubierają się na czarno. 
Kacper: Mieliśmy obrus z ekoskórki, cali byliśmy w tatuażach. Wszystko poszło w kierunku design i Berlin. I nagle zrobiło się nam tak głupio. 
Tomasz: Ja się popłakałem i przepraszałem, że zepsułem wieczór. 
Kacper: Osiągnęliśmy poziom pustki. 
Sasa: Poczuliśmy się strasznie słabo. Śmianie się z kogoś jest burackie. I więcej nie chcieliśmy się czuć w ten sposób. Po prostu. 
Coco: Jesteśmy autoironiczni. 
Kacper: Jak się pojawiają dziwne komentarze o Limance, to idziemy w to, budujemy mitologię na nasz temat. 

Może wy tak nie macie, ale na przykład marka Vetements, dla której Coco pracowała, opiera się jednak na ironicznych zapożyczeniach estetycznych, które swoją drogą generują określenia w rodzaju „post-soviet chic”. 
Sasa:
Ubrania, które nosi Kacper, są tradycyjne w opinii starszych pań, a dla jego rówieśników śmieszne. Ludzie sobie myślą, że przecież byłoby nas stać na to, żeby wyglądać normalnie. Więc od razu jest pytanie: po co my się ubieramy dziwnie, a nie w ciuchy z H&M-u? Jezu, nie wiem, po prostu nosimy to, co nam się podoba–.
Tomasz: Różnie ludzie na nas reagują na ulicy, ale ostatnio zdarzają się coraz pozytywniejsze reakcje, Kacper ostatnio usłyszał: „Dom Mody Limanka? Szanuję to”. W Łodzi czuję większy luz niż na przykład w Warszawie. 

Co jeszcze lubicie w Łodzi?
Wszyscy:
Tanie jedzenie. 
Sasa: Jak idę ulicą, to nie mam wrażenia, że ludzie mnie oceniają. 
Tomasz: Albo że cię porwie tłum. 
Kacper: Czasem ludzie się zachowują, jakby się znali, jakbyśmy wszyscy byli z jednej klatki schodowej. Klimat „panie sąsiedzie”. 
Sasa: Śmieję się, że ludzie w Łodzi zachowują się tak, jakby się znali, ale nie lubili. Świat wkurzających znajomych. 

A jak jesteście odbierani? Czytałam o was głównie w lajfstajlowych tytułach.
Sasa: Bo „Wyborcza” nie chce z nami rozmawiać. 
Tomasz: Może jesteśmy ciekawi i dla świata mody, i świata sztuki, bo jesteśmy z pogranicza. 
Kacper: Faktycznie, przecież Sasa napisała do „Gazety”!
Sasa: Tak było. Przeczytałam jakiś tekst z serii „co robię w ten weekend” z jedną dziewczyną i to było takie trochę o niczym. Więc napisałam do nich mejla, w którym powiedziałam, że jestem ciekawą osobą i chciałabym, żeby ze mną zrobili taki wywiad. I wyłożyłam im swoje zalety. Nigdy mi nie odpisali, tak samo jak nie odpisał mi TVN, chociaż przesłałam do nich CV napisane comic sansem, w którym było moje zdjęcie w kształcie marchewki. 

Nowalijki / Dom Mody Limanka, fot. A. Murak

Do czego używacie Instagrama?
Tomasz:
Mamy wspólne konto jako Dom Mody Limanka. I poza tym każdy ma swojego Instagrama, Kacper ma też Fanatics Olimpia, który jest kontynuacją jego „Olimpia's Diary”, serii zdjęć, na których ludzie odtwarzają pozę modelki z obrazu Maneta. Zaczęło się od tego, że zrobił zdjęcie Sasie leżącej pod reprodukcją „Olimpii” Kozyry. Z czasem inni ludzie także zaczęli robić sobie zdjęcia w tej pozie i wysyłać Kacprowi.
Kacper: Wstawiam swoje skończone rzeczy albo zdjęcia, w których mnie coś zainteresowało. To tylko narzędzie. Taki notatnik wizualny. A jeśli chodzi o Limankę, to konto na Instagramie jest idealnym narzędziem do budowania mitów, tworzenia nieistniejącej otoczki, kreacji. Raz nazywamy się skłotem, a raz showroomem.

Ale czy patrzycie na to jako narzędzie do uprawiania sztuki?
Tomasz:
Możemy poinformować na Instagramie o wystawie, ale najważniejsze przecież rozgrywa się potem, u nas.

Jak działacie jako grupa, macie jakieś zasady? Musieliście porozmawiać, zanim zgodziliście się na ten wywiad.
Sasa:
Normalnie, Kacper mówi, co mamy robić, a my robimy. 
Kacper: Nie mamy żadnego statutu czy zasad członkostwa. Jesteśmy grupą indywidualistów.
Tomasz: Oczywiście chcemy zostać sektą.

Dom Mody Limanka ma za sobą pierwszy rok. Co dalej?
Kacper:
W tym roku, pod koniec, trochę nam się to wymknęło spod kontroli. Wkładaliśmy tyle wysiłku w Dom Mody, że zaniedbaliśmy własną pracę. Zwłaszcza że ostatnio coraz częściej na naszych wystawach pokazywaliśmy prace innych i działaliśmy raczej jak kuratorzy.
Sasa: To jest bardzo obciążające. My tu naprawdę mieszkamy. Teraz siedzimy w moim pokoju, tam w rogu jest moje łóżko. Na wystawie z okazji dnia kobiet „Tylko jeden dzień” wystąpił w tym pokoju Gang Śródmieście na scenie zrobionej z meblościanki. Trochę sobie robimy jaja, a trochę to jest wyboista droga. Ale warta tego.
Tomasz: Szukamy na to formuły. Bo też nie jesteśmy takimi osobami, które przed jakąś wystawą czy happeningiem skrupulatnie chowają każdy prywatny przedmiot. To się przenika. Jak jesteśmy razem, to rzeczy się dzieją, nagle powstaje wieczorek tematyczny albo zdjęcie, albo obiekcik. Ale teraz mieliśmy turnus, po którym wymiękliśmy. 
Kacper: W idealnej sytuacji każdy miałby własną pracownię. 
Sasa: Tomasz już ma, na szczęście, bo szył na korytarzu o 3 w nocy. A teraz wraca sobie z pracowni o 5 rano, a my możemy spokojnie spać. 
Kacper: Wcześniej to, co robiliśmy z Sasą, to była taka celebracja naszej pracy. A Limanka zaczęła funkcjonować trochę jako galeria, przez przypadek i bez żadnego zaplecza finansowego.
Tomasz: Ja mam plan na przyszłość, aby Sasa wróciła do malowania. 
Kacper: Przez rok powstał jeden obraz. 
Sasa: Bo albo szukałam pracy, albo próbowałam się dostać do swojego pokoju. 

Wydarzenia w Domu Mody Limanka, fot. M. Liebe i T. Ogrodowczyk

To w takim razie co was łączy w Domu Mody Limanka?
Sasa: Mycie kibla. I to, że chcemy robić wystawy.
Kacper: Jak już jesteśmy razem, to teraz trzeba to ciągnąć.  
Sasa: No taką jesteśmy sobie rodziną. Oddziałujemy na siebie. Rezonujemy. Pierwsza wystawa, jaką zrobiłam z Kacprem, jeszcze w Gdyni, nazywała się „Punkt przecięcia” i była o tym, jak na siebie wpływamy. Kisimy się we własnym sosie w najbardziej pozytywnym sensie.

Czy ludzie chcą do was dołączać?
Tomasz:
Ludzie piszą, żebyśmy ich zaadoptowali. Przychodzą też prośby studentów z zagranicy o staż.

Jak wam się udało ostatnie wydarzenie w Limance przed przerwą wakacyjną, Plener Recyklingowy? 
Kacper:
Przyjechali znajomi i nieznajomi na takie jakby kolonie artystyczne. To miał być sposób na pozbycie się nadmiaru przedmiotów z mieszkania. Trzech pokoleń AGD z pawlacza. Ostatecznie powstało wiele zdjęć, trochę mniej obiektów, ale jeżeli czytasz to, Kolekcjonerze, to szybko, bo śmieciarka nadjeżdża!  
Tomasz: Trochę ludzi się przewinęło. Ja zrobiłem sukienkę rajtuzowo-zasłonową, a nasza koleżanka-kostiumografka Hanka Podraza powiedziała, że to najbrzydsza rzecz, jaką widziała, ale przez to genialna. 
Kacper: A ja zrobiłem wraz z Pamelą Bożek zastawę stołową z odkurzacza Rainbow. 

Dobrze, że się pojawił w rozmowie ten odkurzacz Rainbow, najntisowy symbol luksusu i różnych aspiracji. Macie nostalgię za latami 90. lub początkiem pierwszych?
Sasa:
Nie, ale wciąż jesteśmy o to oskarżani. 
Tomasz: Najbardziej Kacper, za jego zdjęcia. 
Sasa: Pewnie chodzi też o nasze ubrania, bo nosimy ciuchy ze szmateksów, ale to raczej recykling. No i ciuchy kupione na szmatach są lepszej jakości.
Kacper: Trudno mi mówić o jakiejkolwiek nostalgii, urodziłem się 1996 roku, nie mam żadnych wspomnień z lat 90. To są wszystko raczej imaginacje zapośredniczone przez fotografie moich rodziców. Ciekawość

Coco: W nas nie ma jeszcze nostalgii.
Kacper: Poza tym my nie musimy tego specjalnie szukać. Taka estetyka wycieka z każdej strony. 
Sasa: Może nas to tak wkurza, bo mamy wrażenie, że to, co robimy i czujemy, zostało spłaszczone i przypięto do nas metkę „nostalgia za latami 90.”. Przez to, że jako nastolatka słuchałam Mansona, mogę sobie odczuwać nostalgię za satanizmem, bo to moje dzieciństwo. Ale nie odczuwam nostalgii w stosunku do tego mieszkania czy ciuchów. Poza tym tutaj, gdzie my mieszkamy, to wciąż trwa. Te ubrania, te meblościanki nie muszą wracać, bo nigdzie nie odeszły.