Para w pustym pokoju

Wojciech Nowicki

Podczas pierwszej wojny światowej lekarze zaopatrzyli w nowe twarze tysiące poparzonych i przestrzelonych. Nie wszystkie były udane. Nie sądziłem, że materiały dokumentalne z tamtej epoki zachowały się w tak wielkiej obfitości

Para w pustym pokoju

Jeszcze 4 minuty czytania

Para w pustym pokoju

Pierwsza wojna była jak wielka, wieloletnia bitwa na topory i najeżone żelastwem kule, wzajemne topienie się w smole i obdzieranie ze skóry, miażdżenie i rozrywanie konnym zaprzęgiem. Z takiej walki narodzili się ci ludzie o potrzaskanych gębach, którzy, jeśli dopisało im szczęście, wywinęli się z połową twarzy i z widoczną z daleka tarką zamiast skóry, jakby spryskała ich lawa i skóra spłynęła jak wosk. Ciężka, najwyraźniej uformowana z innej części ciała powieka, jasna łata pod podbródkiem, na połowie szyi, zniekształcony obrys twarzy. Tak się ten mój nowożeniec wywinął. Stoi teraz, patrzy twardo przed siebie (chyba, teraz dostrzegam, brakuje mu jeszcze kawałka nosa, a może to tylko, oby, jaśniejsza łata skądinąd wycięta), stoi obok tej teraz już żony, nieco klocowatej dziewczyny, z którą ma dzielić życie.

Dla pewności w dłoni, którą mógłby uchwycić jej dłoń, trzyma papierosa. Z papierosem trzymać kogoś za rękę niepodobna.

Zastanawiam się, gdzie był wcześniej i co sprawiło, że tak wygląda, a także przez co musiał przejść, żeby wyglądać chociaż tak. Pewnie przed operacjami jego twarz musiała być dziurawa, spalona. Może całymi miesiącami brnął i tkwił w błocie jak ci, których wspomnienia czytałem, spędził ten czas, patrząc, jak pociski wyrywały w powietrze jego kolegów z oddziału. Ktoś wrzasnął nad ranem, że poszedł gaz i żeby uciekać; ale było za późno, za późno na wszystko. Może tak było. No i jeszcze to: kim miał być w tym swoim zwyczajnym życiu, przed wojną, i kim potem został? Nie wszystko można robić z taką twarzą.

Nie tylko z tą jego, bo ona jest w miarę kompletna, nie brakuje w niej większych fragmentów, jak u innych, a blizny nie szpecą go ostatecznie. Ma obie szczęki i względnie cały nos, oczy; tak przynajmniej można sądzić ze zdjęcia. Jego widok budzi, sam nie wiem co bardziej, litość i całą litanię pytań, jego widok można wytrzymać bez zaciśniętych zębów i zaklęć dodających odwagi, nie tak jak w przypadku tamtych potrzaskanych do cna, ludzi przemielonych na miazgę, kadłubków nie wiedzieć jakim cudem pozostałych przy życiu.

To, co prawdziwie ważne, widać na zdjęciu tylko częściowo, bo obraz zaledwie sygnalizuje wielki obszar nieprzedstawionego: nieszczęście, wypalenie, spływanie skóry, ból, którego natężenie mogę sobie zaledwie spróbować wyobrażać. (Taki, od którego trzaskają ściśnięte zęby; i ten drugi, ciemny, odcinający dopływ powietrza od wewnątrz, jak nagle zakręcony kurek). Maszyneria zadziała pod jednym warunkiem: trzeba z fotografii wydłubać ten maleńki, niemal niedostrzegalny szczegół, jego twarz, tę jego nową twarz, pracowicie pozszywane przez lekarzy i nieco nieforemne naśladownictwo pierwotnych rysów.

Podczas pierwszej wojny światowej lekarze zaopatrzyli w nowe twarze tysiące poparzonych i przestrzelonych. Nie wszystkie były udane, nic w tym dziwnego. Takim jak ten mój wojskowy, tylko dużo poważniej doświadczonym, dorabiano nosy, żuchwy, uszy, szyto nowe powieki, klajstrowano dziury w policzkach i szyi. Pierwsza wojna była okresem najgwałtowniejszego rozwoju operacji plastycznych, przeprowadzanych najczęściej na widocznych fragmentach ciała: były to operacje ratujące życie, pozwalające jako tako funkcjonować, pokazać się sobie samemu, najbliższej rodzinie albo na ulicy. Pochodzący z Nowej Zelandii otolaryngolog doktor Harold Gillies dokonał wówczas rewolucji w tym, co przyjmowane dziś jest jako naturalne, w chirurgii plastycznej. Chorzy czekali miesiącami, aż skóra nacięta na przykład ramieniu, jeśli pozostała tam jakakolwiek skóra, przyjmie się gdzieś na twarzy i powoli będzie można z niej formować wargę, nos czy policzek. Przez długie miesiące pacjent był jakby sklejony nowymi połączeniami, płatami skóry, często między ręką a twarzą, a cała ta konstrukcja, ramię i głowa, pozostawała wówczas unieruchomiona w nienaturalnej i bolesnej pozycji. (…)

Jeśli nie dało się przeszczepić nowych części ciała ani odtworzyć ich z własnej skóry pacjenta, sięgano po repertuar teatralny i z rozmaitych materiałów tworzono maski. Początkowo najczęściej używano gumy, jednak szybko się okazało, że jest bardzo podatna na zniszczenie. Przetarta i brudna twarz w miejsce twarzy nieistniejącej lub zmiażdżonej, taka to była zamiana. Szybko znaleziono jednak nowy materiał, który zapewniał wygodę, był dostatecznie lekki i trwały, mógł wytrzymać lata: była to cienka blacha miedziana malowana na kolor skóry. Pokaleczeni, ci, którym brakowało niemal wszystkiego (jest takie zdjęcie z profilu w podręczniku Gilliesa: czoło, niżej trójkątne wcięcie sięgające w głąb czaszki, niemal do ucha, i dopiero pozostałość dolnej szczęki; nicość obudowana resztką człowieka), ci wciąż żywi, choć przecież wyglądali, jakby już za życia dosięgł ich pośmiertny rozkład, nosili te nowe miedziane twarze na tasiemkach, paskach, haczykach; najczęściej jednak częścią zestawu były specjalne okulary, służące za rusztowanie dla metalowego oblicza. Chcę wierzyć, że nosili je z radością.

Zachowały się materiały filmowe przedstawiające procedurę przywracania twarzy. Oglądałem je z zaciśniętymi zębami i przyspieszonym oddechem, aż w końcu nadszedł moment uspokojenia, kiedy nareszcie zrozumiałem, że oglądam naraz dwa obrazy, niemal identyczne, ten prawdziwy i jego monstrualne, rozrośnięte jak tumor wyobrażenie. Było jak głos, który się pojawia w głowie i jest równie prawdziwy jak pozostałe, tylko natrętniejszy, dobitniejszy, i w ostatecznym rozrachunku tylko jego się słucha. Czasem można go wyodrębnić i uspokoić: tu pomogły gwałtowne skoki tempa, charakterystyczne dla ręcznie kręconych filmów, kiedy o prędkości taśmy nie decydował perfekcyjny automat, lecz człowiek poruszający korbką, do tego niekontrolowane rozmycia i rozjaśnienia obrazu, wreszcie błogosławiony brak koloru częściowo odbierający dosłowność, aż gdzieś się zatracił wrzący weryzm i znikła obawa przed tym, co zaraz zobaczę. Wpatrzony w ekran komputera wbrew sobie zacząłem myśleć o Busterze Keatonie, nic na to nie poradzę, o masce, którą i on przecież nosił zamiast twarzy, podobnie wymalowaną, choć nie używał blachy, i o jego filmach, nakręconych w podobnie nierównym tempie, i ukazujących nudnego człowieczka pośród rozbuchanych żywiołów. Jego filmy i inne obrazy z tego samego okresu zostały nakręcone w identyczny sposób jak te krótkie filmiki dokumentalne o blaszanych twarzach. Dlatego da się je dziś oglądać, dzięki błogosławionej świadomości dzielącego nas czasu i ekranu. Najpierw dociera gruba warstwa gazy, jakby porysowany celuloid zarósł bluszczem czy pleśnią, wszystko skacze, jest niewyraźne od zadrapań i plam nakładających z czasem, a ja się mimo wszystko śmieję, może już nie tak otwarcie i nie tak głośno jak w latach apeli w sali gimnastycznej, kiedy jeszcze byłem gotów do nieokiełznanego śmiechu, ale przecież wewnętrznie nadal jestem rozbawiony; i choć wszystko się tu wydaje antyczne, czy też nawet po prostu takie jest, a przez to nieprawdziwe, niedotkliwe, chcę wierzyć, nadal chwilami wierzę w to, że książki, filmy czy zdjęcia, przynajmniej niektóre z nich mogą przenieść coś ważnego i nadal aktualnego przez grubą ścianę czasu i zniszczenia. Wierzę, że wbrew prawdopodobieństwu potrafią przekazać grozę, jaką budziły w dniach swojego stworzenia.

Tekst Wojciecha Nowickiego pochodzi z książki „Tuż obok”, która ukaże się 27 czerwca w wydawnictwie Czarne. Tekst Wojciecha Nowickiego pochodzi z książki „Tuż obok”, która ukaże się 27 czerwca w wydawnictwie CzarneFilm ukazuje atelier reperowania twarzy, trochę jak zakład szewca albo parasolnika gdzieś na Wschodzie: ciemne ściany są tu malowniczo obwieszone maskami, całym mnóstwem masek, jak w każdym szanującym się atelier rzeźbiarza w tamtych czasach, wśród nich krzątają się panie, które wydają się nie mieć nic wspólnego z medycyną. (Rzeczywiście nie mają). Noszą mundury, strojne chałaty albo ozdobione broszami bluzki o bufiastych rękawach, włosy mają malowniczo upięte. Jedna, niewielka, nerwowa, a może to tylko skaczące tempo kamery sprawia, że się taka wydaje, pali papierosa. Dym wypływa przez oczy maski, którą trzyma w dłoniach. Klientela zakładu, w mundurach, odpowiednio przygotowana, szykowna, za to bez nosów, podbródków, oczu, posłusznie zdejmuje maski przed kamerą, ukazując to, czego już nie ma. Mężczyzna w mundurze dopasowuje fragmenty (nie chcę się na razie zastanawiać, czy ci wybrakowani czuli wtedy chłód metalu na skórze, ale pytanie pojawia się samo), potem przymierza pasek biegnący wokół głowy, zdejmuje podbródek albo nos, aż ten niepełny ktoś zaczyna wyglądać znośniej. Żołnierze, czytam, nazywali to miejsce The Tin Noses Shop. W tym zakładzie nie chodziło jednak tylko o blachę czy nosy. Raczej o życie.

Tych filmów jest zresztą więcej. Nie sądziłem, zapewne naiwnie, że materiały dokumentalne z tamtej epoki zachowały się w tak wielkiej obfitości; ciekawe zresztą, po co były tworzone i jaka sto lat temu była ich publiczność. Oglądam więc dłuższy film, War Neuroses, nakręcony w dwóch brytyjskich szpitalach w 1917 i 1918 roku. Jego treścią jest seria przypadków chorobowych, rozmaitych tików, fobii i psychoz. Scenariusz jest zawsze ten sam: chory, który przybywa do szpitala w beznadziejnym, wydawałoby się, stanie, powłóczy nogą, jakby była kłodą albo wielką kulą na łańcuchu, trzy razy na sekundę wyciera nos z wielką mocą, aż dziw, że coś z niego jeszcze zostało, albo bezustannie marszczy skórę głowy, poruszając przy tym uchem – marszczy bowiem skórę całej głowy, jak te psy na drodze długiej hodowli i specyficznego doboru obdarzone dodatkowymi fałdami skórnymi na każdej niemal części ciała; albo wskakuje pod łóżko jak przerażone zwierzę na dźwięk słowa bomby, czego wprawdzie nie słychać, lecz wykaligrafowany napis wszystko wyjaśnia. Następnie oni wszyscy ukazani są na kolejnym etapie leczenia, po kwadransie, półgodzinie, po paru dniach od przyjęcia do szpitala, zachowują się już wyraźnie inaczej, już nie wyglądają na tak całkowicie i nieodwołalnie zaburzonych, już się nie ma wrażenia, że składa się na nich tylko ten wielki tik nerwowy albo tylko strach i nic więcej, już zaczyna przez nich prześwitywać racjonalnie myśląca istota. (Tak to wygląda na propagandowym filmiku, peanie na cześć psychiatrii). Wreszcie po niedługim czasie, sięgającym w najtrudniejszych przypadkach miesięcy, w najlżejszych zaś, choć u zarania wyglądały równie rozpaczliwie jak tamte, wydawałoby się, nieuleczalne, zaledwie paru czy parunastu minut, oni wszyscy wracają do nudnej zwyczajności. Plotą koszyki, karmią kury, pasą krowy, przekopują ogródek. Jeden tylko, specjalnie pokazany na filmie, nie radzi sobie z widłami, zostaje więc szpitalnym bibliotekarzem. (Na literaturę skazani są nieprzystosowani). Narracja medyczna jest zawsze taka sama, więc ten film, War Neuroses pokazuje, że nie wszystko stracone, bo każdy jego bohater osiąga znaczną poprawę lub całkowity powrót do zdrowia; dla każdego jest ratunek i jest on osiągalny szybko i pewnie. Ja znów widzę jednak Keatona, nieporadnego głupka o kamiennej twarzy, w nieświadomości skaczącego przez świat: nie wie, że zaraz się na niego zawali dom ani że się urwie wskazówka wielkiego zegara, o niczym nie ma pojęcia (i tylko przez tę niewiedzę zostaje ocalony).

Metalowe maski wytwarzano w dwóch pracowniach. W Londynie Francis Derwent Wood prowadził do 1919 roku Masks for Facial Disfigurement Department, zaś Anna Coleman Ladd kierowała czynnym do roku 1920 Studio for Portrait Masks w Paryżu. Jak czytam w artykule Caroline Alexander poświęconym obu tym zakładom ostatecznej naprawy, kariera rzeźbiarska Anny Coleman Ladd zarówno przed, jak i po doświadczeniu wojennym była w gruncie rzeczy podobna: „Tematem jej rzeźb były zazwyczaj dekoracyjne fontanny – nimfy o pełnych kształtach, tańczące chochliki – a także popiersia, które wedle dzisiejszych gustów wydają się pozbawione charakteru i mdłe”; jakby cały ten obraz nieszczęścia i rzezi spłynął po niej bez śladu. (Lecz nie o pretensję tu chodzi, tylko o zdziwienie). Pacjenci obdarzeni dziełami z innego okresu ich twórczości, maskami z metalu, nieruchomymi, zimnymi wspomnieniami ich własnych twarzy z młodości, musieli sobie jakoś radzić, pozostawieni sami sobie. Wood i Ladd wyjechali, zajęli się własnym życiem i tym, co uważali za prawdziwą sztukę: rzeźbą byle jaką, błahą, skazaną na natychmiastowe zapomnienie.

Miał zatem szczęście ten mój poraniony, połatany nowożeniec, ten, który unika bliskości w dniu zaślubin i stoi jak pomnik nieszczęścia i powagi; nie wydaje się jednak, by o tym wiedział. Innym, znacznie gorzej przez wojnę poharatanym, zabrakło niemal wszystkiego: warg, więc nie mogli normalnie gryźć, nóg, więc tylko siedzieli albo włóczyli się z trudem o kulach, albo wzroku, kiedy szrapnele wyrwały oczy albo kiedy oślepił ich gaz. Byli głusi, psychicznie chorzy, cierpieli niezrozumiałe, dotkliwe bóle; albo to wszystko naraz. Ich wygląd budził odrazę u nich samych, jeśli tylko zachowali wzrok. Bali się pokazać nie tylko w miejscu publicznym, ale i najbliższej rodzinie; dzięki metalowej masce mieli namiastkę życia przed katastrofą. Jeden z nich pisał, mam jednak wrażenie, że nie tylko we własnym imieniu: „nie budzę już odrazy u ukochanej osoby”. (Przecież zdarzało się nierzadko, że w miejscu twarzy ziała dziura, jak otwarty przewód pokarmowy głębinowego stwora). Trudno pojąć, jak wielu ich było: nie są znane precyzyjne liczby, jednak w przybliżeniu wiadomo, że podczas pierwszej wojny światowej rany twarzy odniosło około dwudziestu tysięcy ludzi. Tymczasem jedno atelier rzeźbiarskie, jak czytam w opracowaniu zamieszczonym na portalu Smithsonian.com, stworzyło ogółem niespełna dwieście masek, drugie prawdopodobnie trochę więcej; wiele beznadziejnych, mogło się zdawać, przypadków uratowała operacja plastyczna albo szybka śmierć. Za sprawą masek lub operacji ich widok przestawał budzić bojaźń czy wywoływać ciche westchnienie, takie, jak się wydaje na widok czegoś strasznego, co jednak, nie wiedzieć jakim sposobem, nadal pozostało częściowo człowiekiem, który być może słyszy i rozumie. Masy mięsa pozbawione tego, co czyni człowieka, wydawało się tym, którzy na nich patrzyli; nadal ludzie przecież, myśleli o sobie oni sami w lepszych chwilach. (W gorszych kończyli ze sobą). Pustka zamiast pełni, spalona tarka zamiast gładkiej i młodej skóry, wspomnienia, które czynią noce nieznośnie długimi: ostatni zapamiętany widok, chmura gazu albo koledzy padający pod kulami czy wylatujący w górę, bezpowrotnie, smród spalonego mięsa, własnego, widok mumii ciasno opasanej bandażem, siebie (i myśl o tym, jak będzie boleć, kiedy ten bandaż zdejmą). Żyli pozbawieni snu, łaknąc morfiny albo śmierci po prostu. Przydatni wszystkim ludziom: dzięki tym ziejącym dziurom, urwanym kończynom, dzięki ich niekończącemu się skowyczeniu lekarze zdobyli nowe umiejętności, stali się bieglejsi w sztukowaniu, wypełnianiu, w wysłuchiwaniu tego, co się kłębi w głowie. A wojna była niezrozumiale wielka, światowa, zabiła tylu, ilu nie zabiła żadna przed nią; pokancerowała całe kontynenty. Dzięki niej dokonał się wielki postęp nie tylko w technologii wojskowej, lecz także w psychiatrii i chirurgii plastycznej.

Przypominam sobie głowy ziejące raną, skołatane umysły, maski dźwięczące metalem, te na zawsze zamknięte lub półotwarte usta, otwarte i nieruchome oczy, zarost doklejony lub odlany w metalu, maski pokryte dziwnego koloru farbą, która straszyła w świetle naturalnym i sztucznym, z czasem zaś złaziła, łuszczyła się jak każda inna. Nie było jej wtedy komu załatać, nie znalazł się nikt, kto by podmalował; a jednak woleli to, odrapany, dźwięczący metal od prawdziwego braku. Odbudowuję ten fragment, mojemu nieszczęsnemu wojakowi dosztukowuję historię, która była ich wspólną historią. Bez niej nie sposób zrozumieć.

Zdjęcie pochodzi z archiwum autora.