Schizofrenia zabiera mnie do domu

Łukasz Żurek

Tomem „Utylizacja. Pęta miast” Tomasza Bąka rządzi poetyka zero waste: to, co nie zostało przez autora dostatecznie przerobione, powraca jako składowa lub ośrodek nowego wiersza

Schizofrenia zabiera mnie do domu

Jeszcze 3 minuty czytania

Schizofrenia zabiera mnie do domu

Trzeba powiedzieć o słoniu w pokoju. Krytycznoliterackie zainteresowanie nową książką Tomasza Bąka „Utylizacja. Pęta miast” jest odwrotnie proporcjonalne do tego, które otaczało jego poprzedni tom „[beep] Generation”. Stara zasada polskiej krytyki literackiej powiada: jeśli po premierze książki autorstwa docenianej poetki czy docenianego poety zapada cisza, to znaczy, że z rzeczoną książką jest coś nie tak. I tak się złożyło, że od czasu premiery „Utylizacji…” minęło kilka miesięcy wypełnionych krytycznoliteracką pustką, osamotnione zaś głosy Pauliny ChorzewskiejAnny Mochalskiej raczej ją potwierdzały, niż zapełniały. Dlaczego o nowej książce Bąka jest tak cicho, skoro o „[beep]…” było tak głośno?

Powodem może być fakt, że w „Utylizacji…” brak wierszowych singli na miarę „Multikino zaprasza na seans nienawiści”, poematu tytułowego czy „Litanii do człowieka-pizdy”, na których w dużej mierze polegała siła „[beep]…”, i które po części napędzały krytycznoliterackie zainteresowanie książką. Nie brakuje tu wyrazistych, zapadających w pamięć utworów, jednak „Utylizacja…” w znacznie większym stopniu działa jako świetnie skomponowana całość (gratulacje dla Miłosza Biedrzyckiego i Marty Koronkiewicz, którym sam Bąk dziękował za ostateczny kształt książki). Dlatego „Utylizacji…” bliżej do poematu składającego się z 40 elementów tworzących większą całość niż książki składającej się z 40 pojedynczych utworów, które można czytać w izolacji od siebie. Żeby nowa książka Bąka uderzyła, trzeba w niej trochę posiedzieć, stety i niestety.

Tomasz Bąk, „Utylizacja”. WBPiCAK, 72 strony, w księgarniach od marca 2018

„Utylizację…” zasadniczo można podzielić na dwie części, splecione ze sobą w bardzo subtelny sposób: wiersze o końcu miłości i wiersze o końcu świata czy końcu różnych światów. Pierwsza grupa przy powierzchownej lekturze może wywołać konsternację – nie wiadomo, jak się za nią złapać, jak połączyć z tym Bąkiem, którego znamy z „Kanady” oraz „[beep]…”. Bąk jako poeta liryczny, zamknięty w prywatności swoich uczuć, piszący „wolałbym płakać/ nad twoim zdjęciem, które rozpada się w palcach” albo „Wytrzepuję cię z kieszeni kurtki”? Pierwszy odruch interpretacyjny: to ironiczna zgrywa. A jeśli tak – Bąk wybrał sobie aż nazbyt oczywisty, wyświechtany i nieciekawy obiekt krytyki.

Owa zgrywa ma jednak znacznie bardziej skomplikowany charakter, niż można by sądzić na pierwszy rzut oka. W cyklu wierszy o (końcu) miłości, które – jak pokazywała Chorzewska – układają się w chronologiczną opowieść o kolejnych fazach (nie)radzenia sobie tak z rozstaniem, jak i banalnością dyskursu miłosnego, Bąk dokonuje operacji istotnej dla całości „Utylizacji…”. Otóż wykształca sposób takiego mówienia o uczuciach i o sobie, które jest rozpięte między świadomością konwencjonalizacji (i wynikającym z niej pragnieniem autentyczności) a chęcią przekroczenia i zutylizowania prywatnej perspektywy.

Świadomość konwencji objawia się w „miłosnej” części książki albo pod postacią lirycznego, banalnego sztafażu (róże, imię ukochanej, pocałunek w deszczu, jesienne liście), odczuwanego przez bohatera wierszy jako zewnętrzny nacisk związany ze wspomnianą tematyką („I wiem, że powinienem raczej róże niż słowa”), albo jako tradycyjna rama dla wypowiedzi o miłości („[…] Jak łatwo epatować tym, co nie istnieje/ […] Na przykład podmiotem lirycznym”). Miłosne oczywistości grają w wierszach Bąka naprawdę osobliwie. Nie ma mowy o po prostu ironicznym dystansie wobec nich, bo nie ma przed nimi ucieczki, wchodzą w język nieproszone jako pamiątki po wygasłym związku („wszystko miało stawać się znakiem”). Momentami kłują, a jednocześnie Bąkowi udaje się z nich wykrzesać poruszające wiersze, takie jak „Ain’t No Punchline When She’s Gone” czy „Świadectwo (ukończenia gimnazjum)” . Takie ustawienie głosu pozwala w odpowiedni sposób wybrzmieć „nieprywatnym” wierszom z dalszej części książki, zwłaszcza nietypowemu dla Bąka, stylistycznie wyciszonemu „Aleppo”.

Z wiersza na wiersz staje się jednak jasne, że zarówno bohater, jak i jego była dziewczyna w toku poetyckiej roboty zostają – aby sparafrazować początek pierwszego tekstu z „Utylizacji…” – zdefragmentowani w nowe, zutylizowani, po awangardowemu rozpisani na przestrzeń miasta. Przecinające niemalże wszystkie wiersze z pierwszej części „Utylizacji…” motywy-przedmioty na czele z tramwajem nie stanowią już tła czy rekwizytu dla przeżywającego „ja”, lecz stapiają się z nim. Tytułowe „pęta miast” zaczynają więc oznaczać nie tyle zewnętrzne wobec żyjących w mieście podmiotu/podmiotki ograniczenia, ile wszystko to, co go/ją współtworzy:

Moja twarz to kontrolowana strefa zgniotu.
Twoja twarz to plama wątrobowa blokowiska.
(…)
Jestem dźwigiem spadającym na miasto,
tramwajem odjeżdżającym bez motorniczego
(…)
Jestem tramwajem, torowiskiem, megafonem i piątkiem,
(CHCIAŁBYŚ!)
placem Niepodległości, Polską, Grupą Wyszehradzką i Marsem.
(WOLAŁBYŚ NIE!) (…)

Długie, narracyjnie poprowadzone otwieranie podmiotu na rzeczywistość, które – co warto dodać – w „[beep]…” zostało załatwione właściwie jednym wierszem („Yes, I’m a long way…”), doprowadza do pojawienia się w „Utylizacji…” tematyki politycznej oraz zmiany formy wypowiedzi. Miejscem, w którym Bąk przechodzi od „ja” rozpamiętującego rozstanie do nieokreślonego „my” oraz innego, poszerzonego „ja”, jest wiersz o znamiennym tytule „Schizofrenia synchroniczna”:

Połączyłem kropki, których nie powinienem
i dostałem za to receptę na zolaxę,
(…)
Jeżeli coś się z tego urodziło,
nazywam to kolektywem schizofrenicznym
i właśnie o to mi w tym chodzi.
Czy byłaś kiedyś częścią kolektywu schizofrenicznego?

Synchroniczność, czyli uznawana m.in. za objaw schizofrenii wiara we wszechzwiązek zdarzeń i rzeczy, staje się osobliwym łącznikiem między „prywatnością” a „politycznością”, między „ja” liryki miłosnej a „ja” tworzącym kolektyw (ze mną, z tobą), między pierwszą a drugą częścią książki. Żeby było jasne, w wywiadachwypowiedziach Bąk nie ukrywał, że choruje na schizofrenię. Nie jest to również temat nowy dla jego poezji (w końcu „[beep]…” zaczynało się zaproszeniem „na sound ostateczny,/ zapis moich złudzeń na stadionach świata:// gdzie zmienia się optyka po neuroleptykach”). Jednak dopiero w „Utylizacji…” schizofrenia zostaje „zdefragmentowana w nowe”: pojawia jako stan psychofizyczny konkretnego podmiotu, będący (w mniejszej lub większej mierze) produktem określonego kontekstu ekonomiczno-polityczno-kulturowego:

Produkt postmodernizmu to schizofrenia.
Produkt kapitalizmu to depresja.
Produkt socjalizmu to insomnia.
Produkt trzeciej drogi to zespół paranoidalny.

W powyższym fragmencie nie jest jednak jasne, czy „schizofrenia” lub „zespół paranoidalny” to jednostki chorobowe, czy może także ogólne struktury różnych rzeczywistości produkowanych przez dany porządek (kulturowy, polityczny). Tym samym Bąk rzeczywiście łączy ze sobą kropki – przeciąga linię między podmiotowym zaburzeniem a zaburzonym charakterem świata, w którym podmiot funkcjonuje. Bohater „Utylizacji…” jest jeden, ale na pewno nie jest jednolity („Jeśli ten poemat ma głos, to jest to głos osobny/ i swoją osobność podkreśla hybrydowo”).

Spleceniu pierwszej i drugiej części „Utylizacji…” na poziomie relacji między nową książką Bąka a jego wcześniejszym dorobkiem poetyckim odpowiada recykling fraz czy motywów z poprzednich wierszy autora. Jak zauważyła już Chorzewska, poeta w „Utylizacji…” „zapętla swoje własne kawałki częściej niż poprzednio, rewidując ich znaczenie”. Pozostając w sugerowanej przez tytuł książki tematyce gospodarowania odpadami, powiedziałbym, że „Utylizacją…” rządzi poetyka zero waste: to, co nie zostało przez Bąka dostatecznie przerobione wcześniej, powraca jako składowa lub ośrodek nowego wiersza. Przykładów jest mnóstwo, np. przedstawienie szyn tramwajowych (?) w „Astrologowie ogłaszają koniec miesiąca…” to cytat z wiersza „Dykta” z debiutu Bąka, wszystkie motywy przecinające niemal całą książkę (gruzy, recykling, miasto, miłość, tramwaj) pochodzą z wiersza zamykającego „[beep]…”, zaś przeróbka „Wichita Vortex Sutra” Allena Ginsberga, czyli „Tomaszów Vortex Sutra”, to rozwinięcie Ginsbergowskich tropów rozsianych w różnych miejscach poprzedniej książki.

Być może ta świadoma wtórność jest jednym z powodów krytycznoliterackiego milczenia na temat „Utylizacji…” („Bąk się powtarza”, szepcą kuluary). Zasadniczo jednak recykling poetyckich resztek służy podobnemu celowi, co wzajemne powiązanie „prywatnej” i „politycznej” części książki. Chodzi o zatarcie granicy między mówieniem od siebie i o sobie a mówieniem np. o uwikłaniu codziennego języka w neoliberalizm („Their Helicopters Sing”) czy cierpieniu Syryjczyków („Aleppo”). Okazuje się, że sarkastycznie przetwarzany w „[beep]…” Ginsberg swoim antywojennym poematem pomaga Bąkowi w „Utylizacji…” zuniwersalizować prowincjonalną perspektywę, stworzyć „manifest wypluty przez chłopaka z Tomaszowa”. Zaś „język gruzów, ukryty bohater tych wierszy” pojawiający się w poemacie „Do utylizacji” to zarazem „język tej Polski”, jej medialno-politycznego szumu, jak i język gruzów po związku, po wcześniejszych książkach oraz wierszach z samej „Utylizacji…”. Niekiedy wewnątrz- i międzyksiążkowe nawiązania sprowadzają także krytyczny potencjał danego wiersza do jego podmiotowej podstawy, np. parafrazę biblijnego „Hymnu do miłości”, w której triada „wiara, nadzieja, miłość” zostaje zastąpiona przez „ziemię, pracę, kapitał”, czyta się zupełnie inaczej, mając z tyłu głowy pierwszą, miłosno-rozstaniową część „Utylizacji…”.

W języku potocznym „utylizacja” oznacza jednak nie wykorzystanie odpadów, lecz ich zniszczenie. Niewykluczone, że trzecia książka Bąka to właśnie ciężarówka wioząca wszystkie elementy jego idiomu poetyckiego po to, żeby raz na zawsze się ich pozbyć. Co zrobi dalej autor „[beep] Generation”, skoro w „Utylizacji…” – książce wyczerpania, jechania na resztkach – zutylizował swoją dotychczasową poezję? Niewykluczone, że nic.

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Festiwalem Literackim im. Czesława Miłosza w Krakowie.
Festiwal Miłosza