Zapracować w Rosji na nieśmiertelność
By Kremlin.ru, CC BY 4.0

15 minut czytania

/ Obyczaje

Zapracować w Rosji na nieśmiertelność

Łukasz Smolarow/ Jakub Socha

Moglibyśmy być jej wdzięczni, że to piłka nożna, a już nie wódka, pozwala nam wyrzucić z siebie to, co w nas siedzi. Dobrze by było w kolejnym meczu wygrać, choćby po to, by zobaczyć jak  poradzimy sobie ze zwycięstwem

Jeszcze 4 minuty czytania

1. Spośród wszystkich książek o piłce, które pojawiły się w księgarniach przy okazji tegorocznego mundialu, chyba najciekawsze są „Mistrzowskie rozmowy” Nikodema Chinowskiego – zbiór rozmów z piłkarzami wielu generacji, którzy grali dla Polski na kolejnych mistrzostwach. Są tu sportowcy spełnieni i niespełnieni, tacy, którzy zagrali w kadrze mnóstwo meczów i tacy, którzy zagrali w nich zaledwie kilka, zdobywcy medali i ci, którzy nic nie zdobyli. Jerzy Gorgoń, Henryk Kasperczak, Stefan Majewski, Kazimierz Przybyś, Paweł Sibik, Piotr Świerczewski, Bartosz Bosacki, a także Bohdan Mastaler – grający w reprezentacji Jacka Gmocha na mundialu w Argentynie w 1978 roku. Mastaler mówi w pewnym momencie Chinowskiemu: „Uważam, że my w ogóle nie powinniśmy na te mistrzostwa jechać. Dla mnie, po latach, to niewytłumaczalne, karygodne, że w kraju z taką sytuacją polityczną te mistrzostwa w ogóle się odbyły”. I dalej dodaje: „Czasem trzeba mówić o moralności. Za moralność nie dostaje się pieniędzy, ale jeśli jako kraj chcemy reprezentować pewne wartości, to czasami trzeba za tymi wartościami stanąć”. Tak to się plecie od lat: olimpiada w Berlinie, mundial w Argentynie, mundial w Meksyku, olimpiada w Pekinie, olimpiada w Soczi. Wszędzie tam nie powinno nas być, a byliśmy; trzeba było stanąć, a się jakoś nie stanęło.

Nie inaczej jest tym razem, chór obrońców moralności już grzmi, że, co jak co, ale mundialu w Rosji to oglądać nie wypada. Jedni lubią pouczać innych i obrażają się na piłkarzy, że nie są forpocztą duchowej odnowy, inni w ramach buntu ogłaszają na fejsie, że nie będą włączać telewizora i przy okazji nazywają tych, którzy telewizor włączają, pożytecznymi idiotami Putina. Żeby było jasne: Putin jest zły (piłka jest okrągła i bramki są dwie). A i tak na mundial czekaliśmy, jak na mało co. Miesiąc tylko z piłką, niech będzie, że miesiąc zidiocenia.

2. Ceremonia otwarcia była tym razem skromna i przede wszystkim krótka. Robbie Williams wyszedł na prowizoryczną scenę ustawioną na płycie boiska stadionu Spartaka i zaśpiewał cztery utwory, w tym „Let Me Entertain You”. Wokół niego uwijała się grupa dzieci z piłkami, kolorowy ptak, wystrzelono też sztuczne ognie. Po skończonym występie piosenkarz pokazał środkowy palec w kierunku kamery. Do dzisiaj nie milkną echa, co też to mogło oznaczać. Jedni uważają, że palec skierowany był w kierunku tych, którzy krytykowali go za przyjęcie propozycji od Rosji. Drudzy – że to gest wobec Rosji, jednak raczej nie za łamanie praw człowieka, tylko za to, że nie pozwolono Williamsowi zaśpiewać piosenki „Party Like A Russian”, traktującej o bogatych Rosjanach, pretensjonalnych i bezczelnych, którzy rozkradli pieniądze swojego narodu – piosenkarz wieszczy, że właśnie nadchodzi ich rewolucja. Gdzie leży prawda, nikt nie wie – Williams, jak to się mówi, nabrał wody w usta.

Mecze otwarcia to zazwyczaj nuda, ten jednak mógł się podobać (Rosjanie wygrali 5:0), trudno jednak do końca traktować go poważnie. Naprzeciwko siebie stanęła reprezentacja złożona z rozpieszczonych przez płynące szeroką rzeką ruble, wpompowywane do rosyjskiego futbolu przez oligarchów i sprawiające, że tamtejszym piłkarzom nigdzie nie chce się wyjeżdżać. I reprezentacja kraju, którego związek piłkarski siłą wypchnął kilkudziesięciu piłkarzy z kraju i wysłał ich na doszkalanie w Hiszpanii, co skończyło się tym, że zwyczajnie grzali ławę w słabych klubach. Trudno powiedzieć, czy pierwsi – już pochwaleni przez Putina, który domaga się więcej – byli tak dobrzy, czy może drudzy, których straszy się już poważnymi konsekwencjami po powrocie do domu – byli aż tak słabi?

Emocji było niewiele, może dlatego, że wynik meczu znano dużo wcześniej, choć głuchy kot z muzeum Ermitażu chwilę się wahał, zanim skosztował pożywienia z miski ustawionej przy rosyjskiej fladze. Achilles przewiduje wyniki meczów. Ciekawe, co by odpowiedział, gdyby go zapytać czy w muzeum nie brakuje żadnego obrazu Picassa. Sporo mówiło się w prasie o prezencie, który można było otrzymać za wparcie kandydatury Rosji jako gospodarza mistrzostw. Katar, gospodarz kolejnych mistrzostw, postawił na gotówkę, Rosja na malarstwo – można wyczytać w ciekawym „Najważniejszym meczu Kremla” Imielskiego i Leniarskiego, kolejnej polskiej książce o tym, że Rosja jest strasznie bogata i bardzo biedna. Niepowtarzalna, czasami straszna, czasami piękna.

Jeśli coś zostanie zapamiętane z czwartkowego wydarzenia, to nie serdeczny palec byłego członka Take That, ani nawet gładka wygrana Rosjan, tylko trzy pary rozłożonych rąk w reakcji na bramkę dla Sbornej, należące kolejno do: następcy tronu Arabii Saudyjskiej Muhammada ibn Salmana, prezydenta Rosji Władimira Putina i szefa FIFA Gianniego Infantino. Panowie siedzieli w loży na wielkich fotelach, trochę patrzyli na mecz, trochę dyskutowali, raczej o inwestycjach niż o demokracji. Pod koniec wszyscy trzej zgodnie podali sobie ręce: jeden z władców kraju, który ostatnio znowu uderzył w lokalne działaczki na rzecz praw kobiet; szef organizacji, która co chwila zmaga się ze skandalami korupcyjnymi; bliski przyjaciel byłego, skompromitowanego szefa tejże organizacji, co pewnie jest jednym z jego najmniejszych grzechów.

2. Pod czujnym okiem VAR-u (Video Assistant Referee) może okazać się, że to będą mistrzostwa rzutów karnych. Pod bramką tyle się dzieje, że opłaca się transportować tam piłkę. Popchnięcia, łokcie, podstawienia nogi, ręce. A nuż kamery coś wychwycą. Skorzystali już Francuzi, Szwedzi i Australijczycy. Peru nie skorzystało i jedzie do domu. Tak czy inaczej, jak już gwizdną, jeszcze trzeba strzelić. A najbardziej interesujące jest właśnie, kto tym razem nie strzeli. Kto nie wytrzyma? Kto nie będzie miał szczęścia? Na początek Messi, bramkarz Islandczyków obronił. Ronaldo po pewnym wykorzystaniu karnego wskazał na swoją brodę, co ponoć można interpretować jako przytyk w kierunku Messiego. Przekaz mniej lub bardziej tajnych wiadomości trwa. Po zdobytej bramce z rzutu karnego przeciwko Anglii zawodnik Tunezji najpierw padł na kolana, a potem wstał, złożył z dłoni serce i pokazał do kamery. Miła odmiana po ceremonii otwarcia.

Mundial to dziwny turniej. Grają tu i milionerzy z Anglii, i nieznani nikomu piłkarze z Panamy, jest jeszcze sporo pośrodku. Wodzireje i amatorzy. Pierwszego dnia mieliśmy starcie amatorów, wodzireje zagrali następnego dnia – mistrzowie Europy kontra dawni mistrzowie świata. Hiszpania kontra Portugalia, a raczej Hiszpania kontra Cristiano Ronaldo, na którego niektórzy Rosjanie ponoć trochę się obrazili, bo nie chciał zjeść chleba, którym przywitano go pierwszego dnia w hotelu. Nie jest to aż tak bardzo niezwykłe, jeśli już coś – to całkiem zwyczajna fryzura gwiazdora Realu. Na głowie zawsze ma dzieło sztuki, tym razem wyglądał jak rekrut. Rekrutami chyba jednak byli jego koledzy z drużyny, wszyscy pokornie podporządkowani Ronaldo, szeregowi w jego armii, co się wszystkim pięknie opłaciło, bo Ronaldo strzelił trzy bramki i uratował rodakom skórę. Tyle samo wbili Hiszpanie, którzy szczególnie od drugiej połowy wymieniali piłki aż miło było patrzeć. Tu się rodzą dwa pytania: czy da się wygrywać mecze drużyną, która w całości gra na swojego lidera? I drugie – czy da się wygrywać drużyną, która pozbawiona jest swojego trenera. Jak wiadomo, Hiszpanie pożegnali się ze swoim na chwilę przed mistrzostwami, karząc go niejako za to, że przyjął ofertę pracy w Realu Madryt i nie raczył nikogo z federacji o tym poinformować. Oprócz plotek transferowych, było to chyba najpoważniejsze wtargnięcie piłki klubowej, zarządzanej przez wielkie pieniądze, w świat piłki reprezentacyjnej, gdzie też są pieniądze, ale liczą się one jakby mniej.

Zawirowań w obrębie ławki trenerskiej było więcej. Obecny selekcjoner Arabii Saudyjskiej odpadł w eliminacjach do Mundialu, prowadząc reprezentację Chile. Trener, który awansował do turnieju w Rosji z Arabią, jest na mistrzostwach z Australią. Świetnie przewidujący Japończycy zmienili trenera dwa miesiące przed rozpoczęciem mistrzostw. Jedni liczą na efekt nowej miotły, drudzy są ofiarami efektu motyla. Czy to Lopetegui przygotował z Hiszpanami rozegranie rzutu wolnego dającego bramkę, czy jednak już Hierro? Rzuty wolne – można wszystko. Ronaldo po prostu przymierzył, a u Hiszpanów – Silva, Koke, Busquets, Costa i dopiero bramka. Akcja jak z NBA. Ładną kombinację po rzucie rożnym przygotowało Maroko (widać rękę trenera). Przeciwnik ściągnięty w boczny sektor, luka, i uderzający znalazł się na wprost bramki na czternastym metrze. No i właśnie w tym momencie, gdy niby wszystko perfekcyjnie zagrało, nie trafił w piłkę.

To nie Argentyna, nie Niemcy, nie Brazylia, lecz Maroko pierwsze ściągnęło na siebie niewytłumaczalne nieszczęście. Najpierw przez 15 minut meczu z Iranem trudno było ustalić podstawową rzecz: czy będą ustawieni tak jak na prezentowanej przed meczem grafice, gdzie znajdowało się trzech obrońców. Ta kwestia okazała się kluczowa dla wyniku spotkania. Maroko grało ładnie: duża wymienność pozycji; szybka gra kombinacyjna. Sytuacje do zdobycia bramki pojawiały się co kilka minut. Grali jednak czterema obrońcami. Iran ograniczał się do szybkich kontrataków i skupiał się na defensywie. W 75. minucie trener Maroka wzmocnił jeszcze, i tak dużą, siłę ataku i posłał na boisko drugiego napastnika. Być może widział, że to rezerwowi strzelili dzień wcześniej 3 bramki dla Rosji, albo słyszał z trybun skandowanie marokańskich kibiców, na wzór tego sprzed kilku lat na naszym Stadionie Narodowym – „da-waj zmia-ny, da-waj zmia-ny!”. Dopiero po zmianach Marokańczycy przeszli na trójkę obrońców! I faktycznie ta roszada miała wpływ na końcowy wynik spotkania. Rzut wolny dla Iranu i rezerwowy Maroka pakuje piłę do własnej bramki. Pierwsza bramka samobójcza tego mundialu. Kolejnych było zaskakująco dużo. Krótki wypis z katechizmu dobrego piłkarza: jeśli czegoś bardzo pragniesz, często wychodzi inaczej.

3. W klubach zarabia się pieniądze, a na mundialu przechodzi się do nieśmiertelności – to chyba Boniek. Po ćwierćfinale Euro nadzieje w narodzie zostały rozpalone, że wreszcie się uda. Że Lewandowski i spółka zapracują na nieśmiertelność.

Dwa poprzednie mundiale z Polakami się nie udały. Dlaczego? Na te pytania odpowiada po części książka Chinowskiego. W wielu rozmowach powtarzają się te same opowieści o atmosferze. Młodzi kontra starzy. Zespół kontra trener. Durne oczepiny, skitrane piwko, krzyczenie do dziennikarzy zza zasłoniętych firanek w autobusie: „pedały”. Nuda, zabijanie czasu, walka z presją, walka o kasę. Wielodniowe odcięcie od bliskich. Ale równocześnie widać, jak wielkim wydarzeniem w życiu każdego z nich był mundial. Minęło wiele lat, a ciągle rozpamiętując stracone szanse, celebrując chwile szczęścia, większość z nich mówi, że tego, co przeżyli podczas mundialu nie da się z niczym porównać. I zgodnie powtarza, że dzisiejszej kadrze zazdrości warunków i dobrej atmosfery.

Polscy reprezentanci uczestniczący w mundialu zamieszkali w hotelu w Soczi na trzech piętrach – 11, 12 i 14. Z 13 zrezygnowano. Selekcjoner chce nawet kontrolować szczęście – zdradza w „Tajemnicach kadry” Sebastian Staszewski; na przykład autobus z kadrowiczami na pokładzie ma zakaz cofania się. Hotel jest duży i z widokiem na morze. W dole widać uroki codzienności, plażę.

Kadrę Nawałki można podpatrywać dzięki dziennikarzom portalu „Łączy nas piłka”, którzy chodzą za piłkarzami krok w krok. A że chodzą już za nimi od dobrych kilku lat, ci przyzwyczaili się do nich i nie odganiają się przed ludźmi z kamerą jak przed muchami, tylko starają się współpracować. Kolejne odcinki zatytułowane chociażby: „Wazelina, specjalność żonglerka i radość z upadków”, „Szkoła wiązania krawatów, powitanie w Soczi i oliwienie łopaty”, pokazują szeroką gamę barw i tematów poruszanych w tym jedynym w swoim rodzaju serialu. Są tu i nieśmieszne żarty, zwykłe rozmowy o niczym, gabinet fizjoterapeuty, wizyty w delfinarium (lew morski stojący na bramce i broniący strzały oddawane przez delfiny!), ale przede wszystkim ciężka orka na treningach. Czasem coś się komuś wymsknie – gdy jeden z piłkarzy widzi drugiego na stole do masażu, od razu wypala: ciekawe, czy będzie happy ending. Szybko jednak reflektuje się, że zaraz będzie to w necie i już nigdy stamtąd nie zniknie.

Choć to może czasem umknąć kamerze, obsesyjna dbałość o każdy szczegół jest codziennością życia kadry. Faktycznie, dobrze jest, gdy pewność siebie ma oparcie w pracy. Perfekcjonizm nie jest jednak gwarancją zwycięstwa. Jesteśmy już po pierwszym meczu Polaków. Można sporo powiedzieć. Pracownicy kolei powiedzą, że bramkarz się spóźnił. Kierowcy jeżdżący lewym pasem, że obrońca był źle ustawiony. Ateiści, że zabrakło wiary. Wierzący, że zaangażowania. Intelektualiści powiedzą, że jakby była to gra szklanych paciorków, to mieliby jakieś zdanie. Jedni napiętnują, drudzy napiętnują tych, co napiętnują. Delfinarium, basen, morze – zaczęły przeszkadzać. „Łączy nas piłka” kilka razy przemyśli, zanim wypuści kolejny materiał.

Oddalamy się od meczu, ale może właśnie o to chodziło. Jak długo tak można gadać, wiemy doskonale, bo właśnie mija 45 lat od meczu na Wembley. Można z ironią, z pogardą, pod wpływem, w zasadzie wszystko uchodzi na sucho. Ładnie wpisał piłkę między głupotę a inteligencję, bezużyteczność i wartość, filozof Simon Critchley w książce „O czym myślimy, gdy myślimy o piłce nożnej?”. Możemy się zastanowić, czy fakt, że Polacy przebiegli podczas meczu więcej kilometrów niż Senegalczycy, działa na naszą korzyść?

Polska jest podzielona, 47% Polaków zadeklarowało, że będzie oglądało mecze Naszych. Ale nie jest tak, że jedni ostentacyjnie nie oglądają, drudzy nie oglądają nic innego. Ciągle uczymy się umiaru i prowadzenia dyskusji, choć w sprawach narodowych przychodzi to nam najtrudniej. Kategorie są tylko dwie: albo sukces, albo porażka. Dopiero z upływem czasu okazuje się, że jednak sukces był porażką, a porażka sukcesem. Dostaje się i samej piłce nożnej; że bezsensowna, że pieniądze, korporacje i ksenofobia. A przecież można sobie wyobrazić, że moglibyśmy być jej wdzięczni, że to piłka nożna, a już nie wódka, pozwala nam wyrzucić z siebie to, co w nas siedzi. Pewnie tylko czasem trudniej pogodzić się z tym, że jednak siedzi. Dobrze by było w kolejnym meczu wygrać, choćby po to, by zobaczyć jak – w skali światowej – poradzimy sobie ze zwycięstwem.