DOLNY ŚLĄSK: Dobre miejsca
Felix CC BY-NC-SA 2.0

DOLNY ŚLĄSK: Dobre miejsca

Karol Maliszewski

O  kilku wyjątkowo dobrych miejscach zaledwie tu wspomniałem. Jest ich więcej. Przyzwyczajają i przywiązują ludzi do literatury. Oddalają od kłopotliwej rzeczywistości i przybliżają do niej na nowo, inaczej

Jeszcze 5 minut czytania

Od jakiegoś czasu we Wrocławskim Domu Literatury organizuję zloty literackich lokalsów. Wyrzut sumienia na wstępie: nie zdążyłem na czas z „Brzegiem, Strzelinem i okolicą”. To spotkanie miało być po „Wałbrzychu” albo „Kłodzku”. Wcześniej prezentowały się „Świdnica” i „Jelenia Góra”. Potem „Dzierżoniów, Bielawa, Niemcza”. I nie zdążyłem przed śmiercią Julka Gabryela. Myślałem sobie, że ten blisko spowinowacony z brzeskim Stowarzyszeniem Żywych Poetów twórca wreszcie wyjdzie z domu, na chwilę wygra z chorobą, po kilku latach pokaże nowe wiersze. W Światowym Dniu Poezji (21 marca) w Kluczborku odbył się jego pogrzeb. Zdążył wydać trzy zbiory wierszy („Hemoglobinę”, „Laboratoria”, „Płyn Lugola”), czwartym, leżącym od kilku lat w wydawnictwach, zajął się Radek Wiśniewski, zdobył pieniądze i niebawem go wyda. Ale najpierw na Facebooku opisywał chwile spędzone na kluczborskim cmentarzu, nawiązując do tytułu jednego z  wierszy Julka („Pochowany w słońcu, między babcią i dziadkiem”): „Brałem to za jedną z wizji, przeskoków transgalaktycznych w twoich wierszach, a to okazało się być konkretne miejsce i dzień. Między babcią i dziadkiem i to słońce, jasne, chociaż zimne. Twoja Mama pokazywała nawet ławkę, na której napisałeś ten wiersz. Ksiądz był w porządku, pozwolił znajomym i przyjaciołom powiedzieć po kilka zdań nad urną w trakcie porządku nabożeństwa”.

Brzeg to miasto wyjątkowe pod tym względem. Nie mam na myśli ilości poetów przypadających na metr kwadratowy. Chodzi o chęć bycia razem, o poczucie sensu wspólnego działania. Model poety odludka nie ma wzięcia w tych okolicach, chociaż przykład Juliusza Gabryela pokazuje, że niektórzy potrafią rozwijać się tylko w samotności. Brzeg w literackim światku kojarzy się ze Stowarzyszeniem Żywych Poetów, ze wspomnianym już Radosławem Wiśniewskim, poetą, redaktorem, krytykiem literackim. Dzięki energii jego i sporej grupy zapaleńców wychodziło tu czasopismo „Breg-art”, a potem „Red”, odbywają się imprezy literackie (np. legendarny „Syfon”) i konkursy o ogólnopolskim znaczeniu, wydawane są tomiki poetyckie i książki prozatorskie. Ale w cieniu tego lokalnego giganta trwa i rozwija się przy współpracy ze Związkiem Nauczycielstwa Polskiego klub literacki „Brzeg”, kierowany przez poetkę Romanę Więczaszek. Według danych ze strony internetowej klubu liczy on 66 członków i sympatyków. Wreszcie Brzeg to „Najazdy Poetów na Zamek” od wielu lat organizowane przez poetę i działacza samorządowego, Janusza Wójcika. Ta kameralna niegdyś impreza przeistoczyła się w wielodniowy, międzynarodowy festiwal literacki.

Bardzo dużo dzieje się w Jeleniej Górze, chociaż może brak tu wydarzeń na miarę ogólnopolską. Za to odbywa się rzetelna praca u podstaw. Ludzie garnący się do literatury szukają podobnych do siebie. I znajdują. A mają do wyboru, podobnie jak w Brzegu, dwa kluby. Istniejącym od kilkudziesięciu lat Jeleniogórskim Klubem Literackim kieruje obecnie Elżbieta Kotlarska. W 2006 roku literacką ofertę Jeleniej Góry wzbogaciło Stowarzyszenie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej, prezentując utwory i aktualności na portalu internetowym Strumienie.eu (w rubryce „Dekalog początkującego poety” Marcin Świetlicki radzi: „Nie prosić o nic wydawców, niech oni proszą. A co do samych wierszy – powinny być o czymś, to bardzo ważne. Wiersze o niczym nie są nikomu potrzebne”). Nie byłoby tego, gdyby nie pomysłowość i energia poetki Zofii Prysłopskiej. Popularna w środowisku Zosia tak odpowiedziała na niektóre z moich pytań.

„Pisałam coś zawsze, na Giełdzie Papierów Wartościowych napisałam książkę o emitentach. W szkole pisałam na zamówienie wiersze okolicznościowe. W Świeradowie pisałam katalogi. Prowadziłam kółko literackie dla młodzieży, a potem fundację na rzecz sztuki współczesnej i muzeum sztuki reduktywnej. Po wyjeździe do Wrocławia założyłam z Marią Suchecką stowarzyszenie. Wykreowałyśmy wiele pisaniny, najczęściej banalnej, ale wolnej od elitarności, od tyranii autorytetów. Każdy ma prawo pisać, ale nie ma prawa wciskać swojego pisania innym, czyż nie? A teraz dalej opracowuję książki, różne. To mnie bawi. Choć od niektórych tekstów bolą zęby”.

W jej wypowiedzi zastanowiły mnie dwie dygresje. Pierwsza: „Nigdzie tak, jak w Jeleniej Górze, nie znają się na Hölderlinie”. Idąc jej tropem, dotarłem do Józefa Zapruckiego, poety, germanisty, tłumacza, członka i klubu, i stowarzyszenia. Zapytany o tę kwestię, odpowiedział: „Stowarzyszenie od samego początku swego istnienia prowadziło niezwykle intensywną działalność: mnogość spotkań literackich, po kilka tomików poetyckich rocznie, ciekawe studyjne wyjazdy zagraniczne – np. śladami Hölderlina!”. Na   Hölderlinie się nie skończyło. Zaprucki kontynuował dzieło rozbudzania literackich pasji, podsuwając lokalnym poetom kolejne zadania. „Zacząłem namawiać poetów, by spróbowali, naśladując naszych niemieckich poprzedników, zachwycić się Karkonoszami i Kotliną. W 2007 roku ukazał się piękny tomik Elżbiety Śnieżkowskiej-Bielak z bardzo dobrymi fotografiami Cezarego Wiklika pod tytułem «Miniatury karkonoskie», który przetłumaczyłem na niemiecki. Sprzedaje się nieźle do dziś! Poeci ze stowarzyszenia również zaczęli kochać Karkonosze i pisać, pojawiły się niezłe tomiki poetyckie”.

Zaprucki opowiada o dalszych działaniach: „Kiedy nadszedł rok 2011, u naszych brandenburskich sąsiadów Rok Henryka Kleista, który, jak wiadomo, bawił niegdyś w Karkonoszach i napisał o nich przepiękny wiersz, zainicjowałem ten temat w naszym gronie. Wszyscy zaczęli czytać Kleista, dali się zainspirować i napisali wiersze. Najlepsze z nich przetłumaczyłem i wysłałem na konkurs do Frankfurtu nad Odrą. Dwie poetki otrzymały nagrodę. To samo zdarzyło się rok później, był to rok Gerharta Hauptmanna. Nasi poeci, mówię tu o obydwu stowarzyszeniach, znowu przeczytali mnóstwo książek Hauptmanna i napisali dobre utwory: piękna to była rozmowa kultur”.

Druga nie dająca spokoju dygresja w wypowiedzi Zofii Prysłopskiej dotyczyła znanego malarza, mieszkającego w Pławnej niedaleko Lwówka, Dariusza Milińskiego. Prysłopska wspominała o nim jako o pisarzu: „On coś podobno także gryzmoli, oprócz obrazów. Jak mieszkałam w Świeradowie, ciągle się do niego wybierałam i nie dotarłam przez 10 lat”. Ale dotarła wreszcie do jego książki pt. „Urodzony na cmentarzu”. I poleca:  „Opowieść o życiu artysty – menela, który wychodzi na prostą. Urodzony w biednej rodzinie robotniczej w niewielkim miasteczku Miliński nie miał ani łatwego dzieciństwa‚ ani przed sobą prostej i łatwej drogi artystycznej. W dramatycznych wyznaniach nie oszczędza nikogo. Z bolesną szczerością opisuje krajobraz i realia czasów dzieciństwa, wyliczając błędy, które popełnił zanim przekroczył cmentarną bramę. Więcej w jego otoczeniu było takich, którym się nie udało i pozostali do dziś na cmentarzu”. Zosia cytuje niektóre jej fragmenty: „Mówmy do siebie nienormalnie miłe rzeczy i nie wstydźmy się tego. Tulmy się jak dzieci do swoich żon. (...) Mimo bólu‚ nieprzyjemnej pracy‚ budowy domu i pieczenia ciasta‚ dzieciom będzie piękniej. Takich domów nam trzeba‚ głębokich rozmów i widzenia siebie nawzajem”.

W mailach i rozmowach przewija się często nazwisko Marii Sucheckiej. Udaje mi się zamienić z nią kilka słów. Związana z Jelenią Górą od blisko sześćdziesięciu lat. Zaczynała jeszcze w czasach Korespondencyjnych Klubów Młodych Pisarzy. Potem współtworzyła koło literackie przy Jeleniogórskim Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym. Kiedy w stanie wojennym wstrzymano działalność wszystkich stowarzyszeń, zaprosiła ludzi pióra do redakcji „Nowin Jeleniogórskich” (w dziennikarstwie przepracowała 34 lata), gdzie – jak mówi – „spokojnie dalej pisaliśmy, czytaliśmy i dyskutowaliśmy”. Ludzi piszących przybywało, więc z Zofią Prysłopską, wówczas prezydentem Fundacji Gerarda na rzecz Sztuki Współczesnej, powołała Stowarzyszenie W Cieniu Lipy Czarnoleskiej. Wspomina: „Zofia pisała, redagowała, zapewniała oprawę graficzną kolejnych pozycji wydawniczych, przygotowywała konkursowe oferty, pozyskiwała fundusze na konferencje, warsztaty i wyjazdy studyjne. Tym sposobem osoby, niewierzące w swoje możliwości przebicia, wątpiące w wartość tego, co piszą, świętowały swoje debiuty. Kiedy nie udało się zdobyć pieniędzy, robiliśmy składkę wydawniczą na almanachy lub autorzy sami pozyskiwali pieniądze na druk własnych tomików. Dla mnie niesamowitą radością było patrzeć na bohaterów wieczorów autorskich, na składane autografy, słuchać zwierzeń o następnych twórczych planach”. Jednak Suchecka nie kończy na wspomnieniach. Już są plany jakiegoś dalszego działania: „Jest nowy, pełen zapału zarząd, a przewodniczy mu Danuta Mysłek, zaangażowaniem i pasją dorównująca Zofii Pysłopskiej. Właśnie mamy w przygotowaniu pierwszy w tej strukturze almanach, a kilkoro członków i członkiń stowarzyszenia przygotowuje własne tomiki, pierwsze w życiu lub kolejne”.

Maria Suchecka dużo mówiła o duchowym klimacie miejsca, które „inspiruje, uwrażliwia, wręcz zmusza, by wyrazić swoje wnętrze”. Podobnie opisywał ten stan Józef Zaprucki. Nie używał słowa „magia”, ujął to inaczej: „W naszej ślicznej kotlinie jeleniogórskiej występuje najpewniej jakieś tajemnicze promieniowanie, które mocno sprzyja wszelkiej maści artystom, ale przede wszystkim poetom. Można by to twierdzenie podać w wątpliwość, gdyby nie fakt, że i za niemieckich czasów pisarstwem i poezją Jelenia Góra stała”. Szukając kolejnych antenatów duchowego wymiaru tej lokalności, Zaprucki dotarł do postaci Fedora Sommera, pedagoga, poety, pisarza z przedwojennej Jeleniej Góry. Zorganizował dużą międzynarodową konferencję na kampusie Karkonoskiej Państwowej Szkoły Wyższej, a do współpracy zaprosił lokalnych poetów. Mówi: „Było to teraz czytanie Sommera, z którego coś nie coś zdążyłem już wtedy przetłumaczyć na polski. I znowu odbyła się piękna rozmowa kultur, nie tylko niemieckiej z polską. Wzięli w niej udział również potomkowie schwenkfeldystów z USA, o których Fedor Sommer napisał piękną powieść. Moją rolę widzę zatem niekoniecznie w pisaniu wierszy, choć i to się zdarza, lecz w pośredniczeniu między kulturami, w odgrzebywaniu dzieł dawno zapomnianych pisarzy i poetów, którzy też kochali ten region”.

Kochać region i animować jego życie kulturalne, szukając ludzi o podobnej wrażliwości i zainteresowaniach. „Właśnie tego nauczyłam się od Zofii Prysłopskiej i przeniosłam jej doświadczenia do Lubania” – mówi Krystyna Sławińska, aktywnie udzielająca się w Dolnośląskiej Grupie Literackiej „Nurt”, zrzeszającej kilkadziesiąt osób piszących i ich kibiców. Sławińska odważyła się wyjąć wiersze z szuflady na konkurs poetycki organizowany przez lubańską bibliotekę w 2005 roku. „A w styczniu 2006 powstał NURT i już w lutym byłam jego członkinią. W 2007 wydałam sobie tomik wierszy, zorganizowałam festiwal i zaczęłam na dobre zabawę w poetkę, co daje mi wielką frajdę, chociaż wierszy się pisze jakoś mniej. Przyznam, że spełniam się jako animatorka i organizatorka, no i korzystam z imprez organizowanych przez inne środowiska”.

Krystynę Sławińską spotkałem we Wrocławskim Domu Literatury. Zwróciła uwagę swoimi wierszami na spotkaniu „Jelenia Góra i okolice”. Obecny na wieczorze przedstawiciel wydawnictwa „Warstwy” zainteresował się utworami Tomasza Ważnego z Jeleniej Góry. Zaproponowano mu wydanie tomiku. Byłem recenzentem wewnętrznym tej książki. Znakomite wiersze. Wysublimowana lokalność, wyprowadzona z grajdołka, z „tutejszości” medytacja o wymiarze uniwersalnym, metafizycznym. Jak dla mnie, wręcz wzorcowa realizacja twórczego połączenia dwóch wielkich pojęć – „poezji” i „okolicy”.

Z kolei na spotkaniu z Kłodzkiem w roli głównej obok wielu ciekawych wierszy pojawiły się teksty Justyny Koronkiewicz. Dowiedziałem się, że teraz mieszka w Górach Stołowych (Studzienno), a kiedyś w okolicach Dzierżoniowa, gdzie ukształtowało ją to, co działo się w klubie „Pozytywka” w Bielawie. A tam zawsze działo się dużo. Głównie za sprawą niezmordowanej Barbary Pachury, która, zanim trafiła pod gościnny dach miejscowej biblioteki, już dużo wcześniej działała w zakładowym domu kultury przy fabryce tekstylnej „Bielbaw”, prowadząc „Piwniczną Izbę”, Klub Miłośników Poezji Śpiewanej. Potem kontynuowała tę pracę, tworząc razem z bratem Adamem klub „Poetycka Stajnia”. Wreszcie w 2001 roku przy Miejskiej Bibliotece Publicznej w Bielawie z jej inicjatywy powstaje „Pozytywka”, klub przyciągający niezwykłą atmosferą duchowej poufałości, poetyckiej liryczności: „Wpadnijcie choć na pół papierosa, uśmiech, słowo, brzęknięcie, szept” – pisano w zaproszeniach. Ta „kraina łagodności” po bielawsku dzięki energii Barbary Pachury rozrasta się, zapraszając do współpracy twórców z coraz dalszych okolic. „Zawsze łączyło się u nas muzykę z przeżywaniem samego słowa” – mówi Basia, laureatka wielu konkursów poezji śpiewanej. Skomponowała muzykę m.in. do wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, który swego czasu odwiedził „Pozytywkę”. Basia zaczynała jako pracująca na trzy zmiany prządka w miejscowym „Bielbawie”. Potem była praca w żłobku, tam stworzyła kinoteatrzyk, sama szyła stroje, lalki, dekoracje. Kilkanaście lat przepracowała w bibliotece. Gdy nie było już tam dla niej miejsca, założyła własną firmę. I gorączkowo myśli, gdzie by tu zorganizować kolejną (bodaj piętnastą) „Noc Poetów”. Podobno znalazła jakiś przyjazny i przytulny lokal nad zalewem. Z kronik, które przechowuje w domu, wybieram opis jednego – z kilkuset – zdarzenia: „Kolejny wieczór odbył się 21 kwietnia 2006 roku. Spotkanie z dwoma młodymi poetami z Niemczy, Miłoszem Wrzesińskim i Michałem Kukułą, przebiegało pod hasłem P.I.N.G.-PONG, tak jak tytuł ich wspólnej książki; P.I.N.G. to Poetycka Inicjatywa Nowej Generacji. Artyści zaprezentowali swoje utwory w bardzo nietypowy sposób. Grali w ping-ponga piłeczkami, w które włożone były kartki z wierszami. A następnie do zabawy zaprosili publiczność, która również mogła odczytywać wiersze”.    

Justyna Koronkiewicz przyjechała na wrocławski wieczór jednym autem z innymi koleżankami z klubu „Helikon” w Polanicy Zdroju. Ten klub powstał w sierpniu 2016 roku przy Towarzystwie Miłośników Polanicy. „Nazwa nawiązuje do pasma górskiego, legendarnej siedziby Muz i Apollina”, mówi mi założycielka klubu, od niedawna mieszkanka uzdrowiska, Walentyna Anna Kubik. Wcześniej mieszkała w wielu miejscach Polski, prowadząc tam działalność kulturalną. W Zduńskiej Woli zakładała klub literacki „Topola”. Szczególnie dobrze wspomina sposób organizacji życia literackiego w Sieradzu, naprowadzając mnie tym samym na trop Marii Duszki, poetki, która 16 lat temu w malej bibliotece przy szpitalu założyła Koło Literackie „Anima”. To początkowo skromne przedsięwzięcie stało się z biegiem lat znakiem firmowym sieradzkiej kultury. Maria Duszka rozwijając własną twórczość i zbierając dobre recenzje z kolejnych tomików, nie zapomniała o działaniu na rzecz innych. Była pomysłodawczynią i współorganizatorką Nocy Poezji i Muzyki w Sieradzu (w tym roku VIII edycja) i Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „Mój list do świata”. Lokalny klub przyciągnął wielu autorów z okolic (z Łodzią włącznie), dopingując ich do prezentowania się i wysyłania na konkursy. Wśród nich sporo teraz laureatów rozmaitych ogólnopolskich zmagań poetyckich. A piszą wszystko, wiersze liryczne i satyryczne, piosenki, utwory dla dzieci. Mają za sobą publikacje w antologiach i czasopismach regionalnych, ogólnopolskich i zagranicznych. Wydają własne antologie. W recenzji jednej z nich (zatytułowanej „Optymistyka”) Arkadiusz Frania pisał: „Smażyć się będzie w piekle zapomnienia miasto, które nie dba o swoich poetów. Sieradz będzie w niebie. Sieradz to wyjątkowo dobre miejsce dla literatury”.

O  kilku wyjątkowo dobrych miejscach zaledwie tu wspomniałem. Jest ich więcej. Przyzwyczajają i przywiązują ludzi do literatury. Oddalają od kłopotliwej rzeczywistości („o Boże, bez klubu i pisania, bez tych spotkań i dyskusji byłaby już tylko goła ziemia, polityka i plotki”, mówi jedna z pań) i przybliżają do niej na nowo, inaczej. Pogłębiają spojrzenie na to, co wydało się już dawno wypatrzone, opisane: „bo wie pan, zawsze jakieś jedno zdanie jest do dodania, tak p o  m o j e m u, nawet gdyby było to tylko złudzenie”. Oby tych „złudzeń” było jak najwięcej. Posiadanie „własnego zdania” – a więc jakiegoś „swojego języka” – i związane z tym oddolne, partyzanckie działanie wydają się w obecnych czasach bezcenne.