Stalingrad w Moskwie
valeriy osipov CC BY 2.0

14 minut czytania

/ Obyczaje

Stalingrad w Moskwie

Łukasz Najder

„Oni grali dla Polski, a ci – dla pieniędzy”, orzeka facet, któremu udaje się dzierżyć w jednej dłoni zapalonego papierosa, komórkę i małpkę lubelskiej wiśniówki (otwartą) – relacja spod zgierskiego telebimu

Jeszcze 4 minuty czytania

Moja obecność w strefie kibica w Parku Miejskim im. Tadeusza Kościuszki w Zgierzu podczas meczu Polska–Senegal zaskoczyła nawet mnie samego.

Bywałem tu oczywiście już wcześniej, tyle że w innym charakterze – sentymentalnego męża, ojca z wózkiem, poszukującego azylu strapionego redaktora, którego w domu nęka dedlajn i mizofonia, niedzielnego atlety na maszynie treningowej typu BIEGACZ. Miejsce to bowiem sprzyja najróżnorodniejszym aktywnościom.

Jest spowity cieniem wysokich drzew park linowy, deptak, na którym do wtóru muzyki uniwersalnej wirują seniorzy w ciepłe popołudnia weekendu, siłka, ogródek piwny, niewielka zadaszona scena, plac zabaw pod czujną strażą trzech syntetycznych dinozaurów – triceratops, eotyrannus, stegosaurus – tyrolka, krąg mgiełek wodnych, pole do minigolfa i staw z wyspą pośrodku, której spore zalesienie jeszcze wzmaga romantyczną aurę. Po stawie kursują rowery wodne i kaczki, wokół flanerują zakochani, na ławkach spoczywają emeryci i nastolatki z telefonami zionącymi Lil Peepem bądź Popkiem, a brzeg należy do stoickich wędkarzy. Nie wiadomo za co ich bardziej szanować – za pogardę dla obowiązującego naszą epokę pośpiechu czy też kulinarną odwagę, bo nic sobie nie robią z tego, że o kilka metrów od naelektryzowanych przynęt zbija się w kleksy tajemnicza, seledynowa zawiesina. Są nawet i mewy – jakby brały udział w promocji Bałtyku. Starczy zamknąć oczy i posłuchać tego zapętlonego skrzeku, by wyświetlić sobie w głowie rojny nadmorski kurort, maliny z bitą śmietaną, intensywne, a w rezultacie zaskakująco kruche letnie znajomości. 

A dzisiaj, 19 czerwca roku 2018, część parku zmieni się w terytorium wyjęte spod jurysdykcji Rady Języka Polskiego i doradców stylu. Łączkę między polem do minigolfa a ulicą Piątkowską zaanektuje dziki, niewybredny doping, gastro-kompulsja, stres, doraźny nacjonalizm, czteropak apokalipsy, koszmar poczciwych, kulturalnych mieszczan. To ukoronowanie oczekiwań na ten mundial.

Który nie wiadomo, kiedy tak naprawdę się zaczął, bo żyjemy przecież nie w czasie, jak nasi solenni pradziadowie, dysponujący zegarami i cyklem natury, ale w ponowoczesnym kapitalizmie. Przyszłość więc staje się minionym w rytm kampanii reklamowych, soszialowych gównoburz, fizjologii celebrytów, NAJBARDZIEJ OCZEKIWANYCH PREMIER ROKU czy politycznych skandali. Może zatem Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej ROSJA 2018 wystartowały nie wraz z ceremonią otwarcia czy pierwszym meczem polskiej reprezentacji, ale wtedy, gdy ujrzeliśmy w telewizji selekcjonera Nawałkę zachwalającego śpiewające parówki albo Grosickiego jako ambasadora marki Manta, albo Lewandowskiego z Gal Gadot w spotach Huawei? A może jesteśmy w mundialu od konkursu „Przebój na Mundial” w Opolu, kiedy okazało się, że czyste zło niekoniecznie wygląda jak Adolf Hitler? Albo od kontuzji Glika, którą uhonorowano czerwonym paskiem? Od zdjęcia Mariny w koszulce Szczęsnego? Od „mistrzowskiego składu” produktów Zakładu Przetwórstwa Mięsnego GROT – bez azotynu sodu! – niezbędników kibica, szamponów w narodowe lampasy, stoisk rybnych w supermarketach uformowanych w miniatury boisk futbolowych, drobiazgowych relacji ze zgrupowania w Arłamowie, niekończących się dywagacji i prognoz na temat szans Polaków, którymi od tygodni dzielą się z nami dziennikarze sportowi, blogerzy, ekspiłkarze, osoby prywatne, aktorzy serialowi i Jan Tomaszewski, CZŁOWIEK-KTÓRY-ZATRZYMAŁ-ANGLIĘ, zwany Jankiem bądź Tomkiem?

Nie wszyscy mogą to znieść. I nic dziwnego – wyobraźcie sobie ateistę, który przez miesiąc, dzień w dzień, zmuszony jest oglądać procesję Bożego Ciała, wyobraźcie sobie wegan w rzeźni czy, powiedzmy, Marcina Kydryńskiego na Drugim Tyskim Festiwalu Disco Polo & Dance. Przykre, prawda? Trudne do zniesienia. A oni, zarówno ci ledwie niezainteresowani futbolem, jak i gorliwi wrogowie piłki, muszą egzystować w przestrzeni nasyconej ponad normę Lewym, flagą i wuwuzelą od kwietnia czy maja aż do połowy lipca.

Sam jestem kibicem przypadkowym, niezaangażowanym, który nad Ligę Mistrzów, piłkę krajową i boje eliminacyjne Orłów Nawałki przedkłada tubki z akcjami LeBrona i bonusowe mapy w Borderlands 2. Ale to, co sport wyprawia z ludźmi, w jaki sposób kształtuje ich emocje, scala i umożliwia przeżycie czegoś szczególnego – do czego wracają po latach, co lśni z oddali na mapie ich przeszłości – wydaje mi się interesujące. Dlatego w ten chmurny, duszny wtorek ruszyłem ku parkowi miejskiemu, dorabiając się po drodze eskorty w postaci boginek, madonn i husarzy w barwach narodowych, wszyscy uśmiechnięci, być może na stymulującym drobnym promilu, z pieśnią na ustach i sercami wypełnionymi po brzegi wiarą, miłością i nadzieją.   

Kiedy dotarłem, opadły mnie wątpliwości. Co ja tu robię? Zjawiłem się, by czynić bekę czy bezstronną obserwację? Jest to etyczne i słuszne podglądać kogoś, komu uczucia wychodzą na wierzch – organizować sobie z obcych ludzi zoo? Więcej – uczestniczyć w imprezie sportowej zorganizowanej przez tyrana, który morduje, kłamie i najeżdża? Czy skacząc z radości po zdobyciu przez Polskę bramki, nie będziemy aby skakali na grobach otrutych polonem, zagazowanych w Syrii, usmażonych żywcem w ukraińskich transporterach opancerzonych, strąconych rakietą BUK, zastrzelonych na ulicy? Jeśli ów horror uzupełnić jeszcze o korumpowanie przez Rosję dostojników FIFA i skandal dopingowy – w ostatnich latach przyłapano tak wielu rosyjskich sportowców, że z powodzeniem mogliby utworzyć autonomiczną republikę o nazwie Koksania – to okaże się, że nie ma takiej zbrodni Putina, w imię której odpuścimy sobie choćby jeden mecz.  

Wstąpiłem.

Górą ścieli się zapach grillowanych kiełbas i jazgot dzieci dokazujących z tyłu na ogromnym, dmuchanym zamku-zjeżdżalni, trampolinach, poletku do gry w piłkę. Wokół mnie gęstnieje, szemrząc, biało-czerwony tłum. Biało-czerwone bluzy, tiszerty, szaliki, flagi, wianki i chusty. Pseudowikińskie biało-czerwone hełmy, biało-czerwone korony, cylindry, biało-czerwone kapelusze hutnicze, kaszkiety, afro, biało-czerwone błazeńskie czapy, irokezy. Młodzi, starzy, pary, rodziny, kolektywy sąsiedzkie. Skromni i obwieszeni silikonem i złotem, cisi i dominujący, wytatuowani, biorący sto na klatę, po wyrokach i tacy, co od razu mogą iść do nieba, i nijacy, zwykli. Różni, wszyscy. Niektórzy zalegli wprost pod telebimem – na prawo od niego obozuje straż miejska i pożarna – inni siedzą na długich biesiadnych ławach, większość stoi.

Wystąpienie prezydenta Zgierza, nerwowe deklaracje wodzireja. W końcu – są.

Barwy w górę! Do hymnu.

Po odśpiewaniu i wysłuchaniu hymnu senegalskiego – „zagrajcie na wszystkich korach, uderzcie w balafony/ lew zaryczał/ pogromca stepu” – Dariusz Szpakowski, od ćwierćwiecza guślarz narodowych, piłkarskich „Dziadów”, może w spokoju odczytać składy, wspomnieć o fenomenalnej drużynie sprzed 40 lat, ustawieniu – „klasyczne 4–4–2”, ponad 4 tysiącach dni, jakie dzielą nas od poprzedniego meczu Polaków na mistrzostwach świata i wezwać do walki,  „zjednoczmy polskie serca, dawaj, Polsko, do przodu, Polsko, do boju, Polsko!”.

5 minut za nami.

10.

Koło 12. zaczynają się nerwowe chrząknięcia, nieśmiałe, zduszone bluzgi, grymasy rozczarowania, siąknięcia, posapy, czyli typowo polskie preludia wściekłości.

15. Nic.

17. Nic.

18. Nic.

20. Ospała, nieskładna gra.

21. Czujemy taki niedosyt błyskotliwych akcji Polaków, że gdy w końcu udaje się Lewandowskiemu coś w rodzaju strzału na bramkę Senegalczyków, w dodatku – niecelnego, to gość przede mną z namaszczeniem składa na zgierskiej glebie piwo i trąbkę, i szczerze, tubalnie klaszcze, jakby dzięki podróży w czasie przeniósł się właśnie na hiszpański mundial w roku 1982 i zobaczył hat-trick Bońka z Belgią.

27. Wodzirej, POMAGAMY! MY CHCEMY GOLA, POLACY, MY CHCEMY GOLA!

30. Szpakowski deeskaluje. Uważna, mądra gra okazuje się być grą, niestety, asekuracyjną. I w ogóle jest to mecz na jedną bramkę.

31–36. Nuda. Miejscowe piękności paradują wzdłuż rzędów, obnosząc się z ironią i zniecierpliwieniem, do głosu dochodzą męczący kawalarze i niezbyt uzdolnieni wokalnie mężczyźni w bluzach KIBICOWSKA BRAĆ, stoisko z piwem bije rekordy sprzedaży, dzieciak obok szarpie za rękę ojca i zgłasza reklamację, „dlaczego Polska nie wygrywa, dlaczego, dlaczego, dlaczego?!”.

37. Gol dla Senegalu. Samobój Cionka. Wodzirej, ŻYJEMY?!

38–45. Pojawiają się pierwsze uargumentowane zarzuty. Na przykład metroseksualizm. Jak żywe stają przed nami szlachetne asymetryczne twarze kadry Górskiego czy Piechniczka, te nieintencjonalne fryzury, rezygnacja z kosmetyków o widocznym działaniu, dumny zarost, prywacje wynikające tak z charakteru, jak i specyfiki tamtych spartańskich, niełatwych czasów. Nie mieli indywidualnego spa i wspaniałych klimatyzowanych autokarów, a jakie były wyniki? „Oni grali dla Polski, a ci – dla pieniędzy”, orzeka facet, któremu udaje się dzierżyć w jednej dłoni zapalonego papierosa, komórkę i małpkę lubelskiej wiśniówki (otwartą). Wydajemy z siebie pomruk aprobaty, jakby właśnie ktoś nas upewnił, że woda jest mokra, a po nocy przychodzi dzień.

PRZERWA

W pierwszej połowie Polacy grali tak źle – wolno, bez pomysłu, z mnóstwem najprostszych błędów – że wyglądało to na jakąś narrację. Znaczy – nie grają tak, bo chcą lub inaczej nie potrafią, ale ktoś im kazał. Wypełniają odgórne założenia, materializują scenariusz. Pewnie dlatego czułem się nierealnie, niczym widz w kinie, a nie kibic oglądający transmitowany w czasie rzeczywistym mecz. Więc może to film? Wiecie, któraś z tych budujących produkcji o drużynie fajnych, zadziornych chłopaków z niezamożnych domów – alkoholizm ojczymów, syzyfowy los matek, obskurne, mroczne kamienice – która to drużyna w finale najbardziej prestiżowego turnieju kaszani do przerwy totalnie wszystko, ale na szczęście ma trenera będącego połączeniem instruktora marines i bioenergoterapeuty, i ten charyzmatyczny autorytet wali im w szatni taką wzruszająco-motywacyjną gadkę, że na murawę wybiegają nie strwożone, omdlewające lamusy, ale berserkowie i pewni zwycięzcy – pół tuzina bramek przewrotką w slow-mo, spłakane konkubiny na trybunach, muzyka Hansa Zimmera w tle.

Nie, to jednak nie ten film.

50 minuta. Pierwszy celny strzał Polaków. Z. rzutu. wolnego.

51–59. Atmosfera wyraźnie oklapła i teraz to już nie żadne piłkarsko-kibicowskie święto, ale kolorowa stypa w plenerze. Wodzirej z rozpaczy wdziera się na wóz strażacki i stamtąd próbuje zagrzewać publiczność do boju. 

60. Druga bramka dla Senegalu.

61. Tragedia. Stoimy niczym po ściemnionej megawyprzedaży w Media Markt, gdy wyszło na jaw, że co lepsze okazje przetrzepała załoga i całe to nasze żmudne czekanie było po małe agd, zeszłoroczne gry, trymery, najtańsze tablety.

62–75. Beznadzieja, marazm, zabójcze stężenie „kurew” i „japierdolę” na metr kwadratowy, tyskie w plastiku, ciepława wódka zapijana porzeczkowym tymbarkiem, zgorzkniałe od fajek oddechy, chóralny doping już dawno przeszedł w kakofonię, parno. Sztama między nami a reprą – zerwana. To już inna opowieść. Nie ma Turbogrosika, Kuby i Lewego, są „oni” i „ci”. Lewandowski zasuwa na maksa tylko u Niemców – w FC Bauer oczywiście. Nawałka – nadmiernie pasywny. Niewidoczny Zieliński. Arkadiusz Weź-Mi-Nie-Mów Milik. Szczęsny Pajac. Wypominany jest im udział w licznych reklamach, żony instagramerki, kiepski ostatni sezon, dbanie o nogi, by te służyły jak najdłużej klubom zagranicznym, z powodzeniem biegały po Zachodzie, a omijały służbę rodzinnej Słowiańszczyźnie. Pomału interpretacja ciąży ku zdradzie. Klasyka – znowu daliśmy się okantować. Jak 12 lat temu z Ekwadorem, jak z Koreą i Portugalią. Na próżno – dla was, gnoje! – wbiliśmy się do starych koszulek, niekiedy jeszcze tych z Euro 2012 Poland, pomalowaliśmy czoła i policzki, zerwaliśmy się wcześniej z roboty, cieszyliśmy w duchu na myśl o konkretnym 3:0 dla naszych, Turbogrosik i dwie Lewy, z czego ta druga – piękny, soczysty wolej.

80. Wodzirej rzęzi, „ktoooooooo wyyyyygra meeeeecz?”. „Umrzyj!” – odpowiada mu zniechęcony głos z biało-czerwonej ciżby. I ten chyba zbyt dosłownie traktuje ową radę, bo milknie, a po kilku sekundach odzywa się ktoś inny. Dziwna sprawa. Kimkolwiek jest, nie zależy mu przesadnie na wskrzeszeniu dopingu, bo z namysłem rozpoczyna osobistą konfesję – „pamiętacie?... pamiętacie?” – skupioną dokoła wspomnienia, że kiedyś wołaliśmy, a dzisiaj nie wołamy, wtedy – wołaliśmy, nie wołamy – dziś, „dlaczeeeeego?”.

85. Łaska kibica to roller coaster. Takiego Krychowiaka po żółtej kartce na początku meczu – i generalnie słabej postawie – dość szybko zdegradowano jako „Krychę”. A on strzela właśnie bramkę i powraca w glorii jako Tylko Krychowiak Coś Gra. Ogłuszający wrzask, rytmiczny podskok, gorąca zbiorowa modlitwa o łaskę kolejnego gola. Najlepiej – dwóch.

86–90. Liczyliśmy na huraganowe ataki Polaków, szarże rodem z Somosierry, a dostajemy nieudolne pływanie synchroniczne i Stalingrad.

90+4. Wodzirej, tym razem to starszy człowiek z pretensjami do talentu operowego, intonuje „Pieśń o małym rycerzu”. Ciężkie, ważkie słowa płyną ze Zgierza do Warszawy, z Warszawy do Białegostoku, z Białegostoku do Grodna, z Grodna do Mińska, z Mińska do Smoleńska, ze Smoleńska do Wiaźmy, z Wiaźmy do nich, do Moskwy. I z powrotem. Koniec.

Polacy, stało się wszystko.