GÓRZNO: Żywa baza
alpuerto CC BY-SA 2.0

23 minuty czytania

/ Obyczaje

GÓRZNO: Żywa baza

Rozmowa z Agnieszką Drelich-Magdziak i Krzysztofem Magdziakiem

Ja zawsze przeżywam, kiedy dziecko, które wcześniej milczało albo mówiło ogólnikami, wreszcie mówi, co myśli, tak prosto z trzewi. Dbanie o relacje i nauka wchodzenia w rozmowę to moja wielka zdobycz z podróży

Jeszcze 6 minut czytania

Siedzę z Krzysztofem w ich przydomowej altance z widokiem na górzystą, rozległą łąkę, na której pasie się stadko kóz. Za plecami mam dom, za domem drogę, a za nią kolejne wzgórza. Wieś Zdroje nieopodal miasteczka Górzno. Jesteśmy niecałe dwieście kilometrów na północny zachód od Warszawy, a czuję się, jakbym wylądował w Bieszczadach.

MICHAŁ DANIELEWICZ: Oboje jesteście z Torunia, jak tu trafiliście?
KRZYSZTOF MAGDZIAK:
Wersja krótsza czy dłuższa?

Poproszę o dłuższą.
K:
Poznaliśmy się z Agnieszką w połowie lat 90. w toruńskiej Szkole Pracowników Służb Społecznych, z której po roku zrezygnowaliśmy. Czuliśmy, że to nie dla nas, my chcieliśmy pracować z ludźmi. Agnieszka poszła na socjologię, ja do studium informatycznego. Zarabiałem wtedy kopaniem piłki w małych klubach pod Toruniem, piękny epizod. Zbudował mnie jako człowieka, nauczył współpracy. I pozwolił zarobić też trochę pieniędzy, które stanowiły żelazną rezerwę podczas naszych późniejszych podróży. Razem z Agnieszką chodziłem na lekcje esperanta, od tego się to wszystko zaczęło.

O? Nigdy nie słyszałem esperanckiego...
K: Mi nomiĝas Krzysztof kaj mi laboras kiel direktoro de Komunuma Kulturdomo en Górzno. Mia edzino nomiĝas Agnieszka, subtenas min en mia laboro, ŝi laboras kiel vigligistino en Sociprizorgdomo por maljunuloj. De 13 jarojn ni loĝas en Zdroje, ni havas tri filinojn. Krome du hundojn, du katojn, kaprinaron kaj kokinoj.


[Na imię mam Krzysztof i pracuję jako dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Górznie. Moja żona ma na imię Agnieszka, wspiera mnie w prowadzeniu GOK-u i pracuje jako animatorka w Domu Opieki Społecznej z seniorami. Od 13 lat mieszkamy w Zdrojach, mamy trzy córki. Prócz tego dwa psy, dwa koty, stadko kóz i kur].

 

 Agnieszka Drelich-Magdziak i Krzysztof Magdziak

 

 

Agnieszka Drelich-Magdziak – pracownik Dziennego Domu Pobytu „WIGOR” w Grążawach (gmina Bartniczka), animatorka społeczno-kulturalna, pedagożka, pracownik socjalny, streetworkerka, ceramiczka. Przez wiele lat związana z Międzynarodowym Ruchem ATD Quart Monde, pracowała z dziećmi na ulicach Brazylii, Peru, we Francji oraz w Polsce. Realizowała projekty społeczno-kulturalne w dzielnicach biedy i wykluczenia: wystawy, spektakle, biblioteki podwórkowe czy konferencje. Od kilku lat związana z Górznem, współtworzy program Gminnego Ośrodka Kultury, inicjatorka i realizatorka wielu projektów (m.in. „Lato w teatrze” i „wJANki w Górznie”). Ukończyła kurs „Teatru ze społecznością”.

Krzysztof Magdziak – dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Górznie, z wykształcenia pracownik socjalny, absolwent Wyższej Szkoły Bankowej w Toruniu, kierunek Psychologia w biznesie, animator kultury, streetworker, sportowiec. Przez wiele lat pracował (będąc wolontariuszem Międzynarodowego Ruchu ATD Quart Monde) z dziećmi na ulicach we Francji, w Peru, w Brazylii i w Polsce. Ponadto absolwent IX edycji Programu Liderzy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności.

Oboje esperantyści, prowadzący gospodarstwo ekologiczne, serowarzy.

Esperanto to był pomysł Agnieszki. Byłem w niej zakochany, więc zgodziłem się uczestniczyć w domowych lekcjach. Wciągnąłem się z czasem. Spodobała mi się idea, która za tym stoi: jeśli dwoje ludzi chce się skomunikować, to każdy powinien wykonać tę samą robotę.

Spotkanie powinno przebiegać na równym gruncie?
K:
Tak. To genialne. Mniej więcej wtedy wymyśliliśmy, że polecimy do Brazylii. Do ośrodka dla dzieci prowadzonego w interiorze przez Włocha i Niemkę – esperantystów, którzy przyjmowali innych esperantystów jako wolontariuszy do pracy. 

Polecieliście?
K:
Nie tak od razu, najpierw musieliśmy zarobić na bilet. Agnieszka rzuciła socjologię, ja swoje studium zdążyłem skończyć. Ruszyliśmy do Europy Zachodniej na stopa z kserówką „Pasporta Servo” pod pachą. To był spis adresów esperantystów z całego świata gotowych przyjmować gości wraz z opisem, na jakich warunkach, na jak długo, ile osób… taki couchsurfing sprzed internetu. W ten sposób trafiliśmy do wielu ciekawych ludzi. Bardzo różnych, od aktywistów, profesorów, po rolników i spawaczy. Łączyła ich ciekawość świata i drugiego człowieka. Z niektórymi wciąż jeszcze utrzymujemy kontakt – w zeszłym roku była u nas grupa esperantystów, którym zorganizowaliśmy dwutygodniowy rajd po Polsce na dwa busy. 

[Pod dom zajeżdża Agnieszka]

AGNIESZKA DRELICH-MAGDZIAK: Przepraszam, ale córa ma dziś bal gimnazjalisty, musiałam ją zawieźć.

Bal w czwartek?
A:
Większości zależało, żeby bal się odbył w lokalu, a weekendy zajęte są przez wesela. Gdzie jesteśmy?

Właśnie ruszyliście na Zachód, żeby zarobić na bilet do Brazylii.
A:
To jeszcze długa droga przed nami.

K: Pojechaliśmy do Francji, żeby pracować przy winobraniu. Niestety, tego roku było dużo nalotów.

A: Dosłownie. Kontrolerzy potrafili przylecieć helikopterem na pole, żeby skontrolować pozwolenia o pracę, wlepiali wysokie kary. My nie mieliśmy pozwoleń, nikt nas nie chciał zatrudnić. W końcu wylądowaliśmy w Bordeaux. Liczyliśmy, że może załapiemy się tutaj na jakiś statek – przecież z Bordeaux musi do Brazylii coś płynąć [śmiech]. W kapitanacie okazało się, że owszem, statek będzie, ale za trzy miesiące i do Urugwaju. To był moment, kiedy musieliśmy się zdecydować: albo wracamy do Polski i wpisujemy się na listę bezrobotnych, albo korzystamy z zaproszenia od ludzi, którzy już wcześniej gościli nas w Pirenejach.

K: Będąc już pod ich domem, zadzwoniliśmy z automatu, żeby się upewnić, czy naprawdę są gotowi nas przyjąć. Zapewnili, że tak. Pięć minut później pukaliśmy do drzwi [śmiech]. Ich dom stał się naszą bazą wypadową na kilka lat. To było miejsce, gdzie żyliśmy, pracowaliśmy, dojrzewaliśmy...

A: ...intelektualnie.

K: Też.

A: W tym rejonie Pirenejów osiedliło się wielu hipisów po ’68. Ludzie, którzy nie chcieli poddawać się kieratowi życia, kupowali tu opuszczone gospodarstwa. Miejsce, do którego trafiliśmy, to była komuna, ale nie jakoś przesadnie kolektywna i ideologiczna. Ci ludzie mieli wspólne wartości, ale robili też wspólny biznes: produkowali kozie sery i organizowali wiejskie kolonie dla dzieci. Dla nas to było odkrycie, bo wyjechaliśmy z kraju, w którym wieś była sporym obciachem. Odkrywczy był też dla nas styl pracy z dziećmi: budowanie relacji w oparciu o wzajemny szacunek, wspólne podejmowanie decyzji. Nieraz było to męczące i żmudne, ale widzieliśmy, że ma to sens. Tamto doświadczenie nas zbudowało, podobnie zresztą jak te dzieciaki. I one, i my wracaliśmy tam potem w kolejnych latach. To było to, co wciąż próbujemy przełożyć na nasze działania kulturalne tutaj. Jakość relacji jest podstawą wszystkiego.

K: Pracowaliśmy z dziećmi z różnych środowisk. Część była wysyłana tam przez rodziców, część przez ośrodki opieki społecznej. Te dzieciaki miały sobie nawzajem sporo do zaoferowania. Wśród nich były też dzieci emigrantów z dawnych kolonii francuskich.

Doświadczenie pracy z przedstawicielami różnych kultur jest w Górznie jakoś przydatne?
K:
Tak. Przez gminę przebiega granica zaborów, te historyczne podziały są żywe do dziś. Samo Górzno leżało po stronie pruskiej, gdzie edukacja była wspierana, a aktualna południowa część gminy była w rosyjskim. Na terenie tego zaboru dzieci nie chodziły do szkoły, dopiero po wojnie, w czynie społecznym, wybudowano szkołę w Gołkowie. Ludzie tam wciąż pamiętają, że jak rodziło się dziecko, to jego główkę trzeba było skierować w stronę pruskiej Brodnicy – „żeby bogate było i dobrze mu się wiodło”. Kiedy się tu sprowadzaliśmy, to na dzieciaki z Gołkowa wołano „bose Antki”, a na te z Górzna – „Krzyżoki” lub „śledzie”. One się za bardzo nie znały, ale i tak panowała wzajemna niechęć. Gminny Ośrodek Kultury jest w Górznie i na zajęcia zgłaszają się głównie dzieci stąd, ale my staramy się robić projekty pomiędzy.

A: Wciąż jeszcze spotykam się z przejawami myślenia, że Gołkowo jest gorsze. My tego nie akceptujemy. Nas to nakręca, żeby zabiegać o dzieci z całego terenu, organizować im dojazd. W pierwszych latach mieliśmy w tej kwestii silnego sojusznika w postaci dyrektorki szkoły w Gołkowie, ona też chciała te podziały rozbrajać. Teraz współpracujemy z różnymi osobami z całej gminy.

Wracając do waszej odysei, która doprowadziła was tutaj. Po Pirenejach była Brazylia?
K:
Tak, a potem znów Toruń – wróciliśmy do Szkoły Pracowników Służb Społecznych. Wreszcie czuliśmy, że ta szkoła jest dla nas. Później, już w Górznie odczuliśmy, że nasze opowieści brzmiały jak z innego świata. Twierdzono, że to, co opowiadamy, jest bardzo ciekawe, ale u nas to się nie sprawdzi. Że tutaj trzeba człowieka batem. To był kubeł zimnej wody.

A: Tłumaczono to tym, że komunizm wypaczył nam społeczeństwo i inaczej się nie da. Mnie takie myślenie nie przekonuje. Nasz problem to nie historyczne dziedzictwo, tylko to, że ludzie tu i teraz nie dają sobie prawa, żeby próbować inaczej.

K: Jak tylko zrobiliśmy dyplomy pracowników socjalnych, postanowiliśmy znowu wyjechać. Mieliśmy już pierwsze dziecko, więc taki zupełny spontan jak wcześniej nie wchodził w grę. Chcieliśmy spróbować pracy w trzecim sektorze, u nas dopiero to raczkowało. Wzięliśmy spis francuskich NGO-sów i wysłaliśmy im list o sobie i o tym, co nas interesuje. Najpierw do tych na A – trochę ich było. Zanim wysłaliśmy do tych na B, dostaliśmy już zaproszenie. Pojechaliśmy do Francji pracować z dzieciakami na ulicach.

Jak wyglądała ta praca?
K:
Na przykład robiliśmy podwórkową bibliotekę. Rozkładasz się z kocykiem i książkami na skwerku i czytasz dzieciakom na głos.

A: Moja ulubiona książka to „Kupa” Nicoli Davies i Neala Laytona, wyszła już także po polsku. To jest wspaniała książka naukowa dla dzieci, która opowiada o odchodach zwierząt. Dzieciaki, które mają trudności z czytaniem i kłopoty w szkole, chętnie w to wchodzą. Na początku jest chichot, bo śmieszny temat i śmieszne rysunki. A później dziecko zatrzymuje się przy królikach, bo okazuje się, że ono też ma króliki. I zaczyna opowiadać o swoich. Ja potem mogłam iść do szkoły, porozmawiać z nauczycielem i przedstawić dzieciaka w nieco innym świetle. Że ten malec może ma problemy z czytaniem, że może nie zna się na amebach i pantofelkach, ale za to dużo wie o królikach. Chodziło o to, żeby wiedzę, którą zdobyłam na ulicy o dziecku, przełożyć na relacje w szkole, żeby zastanowić się razem z nauczycielem, co można z tym zrobić. Pokazać, że ten chłopak na czymś się zna, że jest w czymś dobry. Czasem rozmawiałam też z rodzicem, który nierzadko w swym dziecku widzi ostatniego osła. Chodzi o to, żeby w zaniedbanych dzieciakach rozbudzić poczucie godności. Wtedy łatwiej im walczyć o siebie. Zaniedbane dzieci mają duży problem z mówieniem, czego im trzeba i wielki problem z mówieniem „nie”.

A tutaj? Czy dzieci, które przychodzą do domu kultury, potrafią wchodzić w otwarte, partnerskie relacje?
A:
Teraz już tak. Potrafią powiedzieć dorosłemu prowadzącemu, że coś im się nie podoba i zaproponować coś od siebie. Już nie musimy o to tak mocno zabiegać, bo jak przychodzą młodszaki i widzą, że starsze tak robią, to same to podłapują. Ja zawsze przeżywam, kiedy dziecko, które wcześniej milczało albo mówiło ogólnikami, wreszcie mówi, co myśli, tak prosto z trzewi. Dbanie o relacje i nauka wchodzenia w rozmowę to moja wielka zdobycz z naszych podróży. Tylko na to potrzeba czasu, dzieciaki muszą się z tym trybem oswoić. Czasem słyszę zarzuty dorosłych, że za wolno pracuję, że się nie wyrabiam z programem...

K: Ktoś mi kiedyś powiedział, że my je tymi pytaniami niepotrzebnie dręczymy [śmiech].

A: Jak pracuję z osobami starszymi w domu opieki społecznej, to nieraz słyszę „niech się już nas pani nie pyta, tylko powie co mamy zrobić, to my to zrobimy”.

K: Doświadczenie pracy ulicznej nauczyło nas też wychodzenia do ludzi. Prowadzenie domu kultury w małej miejscowości pozwala zapukać do drzwi i osobiście namawiać dzieciaki i rodziców, żeby nas odwiedzili.

Podobno zdarza ci się w godzinach służbowych siadać na ławeczce na rynku. Jak o tym usłyszałem, to pomyślałem sobie, że przy wszechobecnym kulcie zabiegania i zarobienia coś takiego wymaga sporej odwagi.
K:
Siedzenie za biurkiem na dłuższą metę nie służy ani mi, ani kulturze. A tak ludzie mają okazję do niezobowiązującej rozmowy. Staram się, żeby ludzie postrzegali dom kultury jako miejsce otwarte, które należy też do nich. Ale i tak nie każdy wdrapie się do mojego biura po schodkach.

A: Nie każdy ma odwagę, żeby wejść do instytucji. Rozmowy na ławeczce mają inny charakter. Bez tych ceregieli – otwierania drzwi i „proszę usiąść”.

Wracając na szlak: po Toruniu znów była Francja.
K:
A potem pojechaliśmy do Peru. Tam też pracowaliśmy z dzieciakami na ulicach, tyle że na wsi i wśród naprawdę, naprawdę ubogich. We Francji mówiło się o tym nie trzeci, a „czwarty świat”. Tam, w Peru, doszliśmy do wniosku, że jeśli mamy wrócić do Polski, to tylko na wieś.

Dlaczego?
A:
Ze względu na nasze dzieci.

K: Rozesłaliśmy wici po znajomych w kraju, że szukamy domu na wsi. Taniego, bo nasz budżet był niewielki, ale żebyśmy pomieścili się z trójką dzieci. W 2005 roku wracaliśmy do Polski z dwiema córkami i trzecią w drodze. Znajomi mieli w Zdrojach dom do sprzedania.

To w Peru, w tym czwartym świecie, byliście z dwójką małych dzieci?
K:
Tak, mieszkaliśmy przez rok w Cusco.

A: To była jazda bez trzymanki, ale też świetne przeżycie. Dla nas i dla nich. Po tym doświadczeniu wiedzieliśmy, że nie chcemy żyć w mieście. A już na pewno nie z trójką dzieci. Życie w bloku to dramat. To nie miejsce do życia, tylko do popadania w depresję.

K: Bez przesady. Co kto lubi.

A: Dobra. Mnie bloki pogrążają w depresji.

A co ciebie tak w tych blokach dołuje?
A:
Jest ciasno i nie masz nic do roboty.

K: Tutaj zawsze coś jest, to fakt. Jak wychodzę na dwór, żeby coś zrobić, od razu znajdą się trzy inne rzeczy. Fajne jest to, że można w to włączać dzieci. Niezależnie od tego, że pochłania nas praca w domu kultury i w domu opieki, to maksymalnie dużo staramy się robić razem z córkami.

A: Tutaj jest na to przestrzeń. Chcę dać swoim dzieciom pewne przeżycia i doświadczenia.

Na przykład?
A:
Średnia córka jest w stanie odebrać poród kozy. Najstarsza mocno się tego brzydzi, ale też wie, jak to działa. Nasze dzieci są wyczulone na przyrodę, mają z nią bliski, praktyczny kontakt. Najstarsza uczy się teraz w liceum w Toruniu i mieszka w internacie. Jest tam taką babką zielarką, koleżanki i koledzy przychodzą do niej po ziółka na uspokojenie i bóle brzucha.

K: Nasze lokalne działania kulturalne też się zaczęły od córek. Urządziliśmy w Górznie podwórkową bibliotekę, żeby mogły poznać inne dzieci, żeby coś się tu działo. Z przyczyn finansowych nie byliśmy w stanie wozić je na zajęcia w Brodnicy.

Ta podwórkowa biblioteka to już w ramach ośrodka kultury w Górznie?
K:
Nie, to była nasza indywidualna inicjatywa, z ośrodkiem kultury nic wtedy jeszcze nas nie łączyło. Jak poszliśmy do burmistrza poprosić o wsparcie finansowe, żeby trochę urozmaicić zajęcia, to usłyszeliśmy, że skoro lubimy to robić, to możemy to robić dalej. On nam kibicuje, ale pieniędzy niestety nie da.

A: A wójt naszej gminy – my mieszkamy w gminie Bartniczka, a Krzysztof pracuje w gminie Górzno – kiedy mu zaproponowaliśmy dodatkowe zajęcia dla miejscowych dzieci, powiedział z kolei, że on w ogóle nie widzi potrzeby robienia dodatkowych zajęć, bo od tego jest przecież szkoła.

A jak reagowali na was mieszkańcy?
K:
Z ostrożnym dystansem.

A: Jeden z sąsiadów powiedział mi potem, że jak nas pierwszy raz zobaczył, to od razu wiedział, że jesteśmy inni. 

K: Ja mam ciemną karnację, więc krążyły też opowieści, że w Zdrojach osiedlił się Arab. 

A: Ponadto wkrótce po tym, jak tu osiedliśmy, przyjechało do nas dwóch Afrykańczyków, esperantystów, ludzie patrzyli na nich jak na kosmitów. Co było na swój sposób urocze. Jeden z sąsiadów zwierzył mi się potem w zachwycie: „Mój ojciec to zawsze marzył, żeby zobaczyć Murzyna w Zdrojach, a ja go naprawdę widziałem!” [śmiech]

Dla tutejszych byliście jacyś dziwni i inni. Doświadczaliście z tego powodu przykrości?
A:
Nie. To było zaciekawienie, nie wrogość.

Po co właściwie ośrodek kultury w takim małym miasteczku jak Górzno?
K: Ja chciałbym, żeby ośrodek kultury robił to, co kiedyś robili tutaj nauczyciele. Starsi ludzie do dziś wspominają takich nauczycieli z etosem. Organizowali wycieczki, święto latawców, harcerstwo, koncerty. Wnosili powiew innego, pokazywali różne sposoby patrzenia na świat, oswajali z kulturą. To także dzięki nim starsi mieszkańcy mają dużo wspomnień związanych z tym miejscem i tym, co kiedyś się tutaj działo. A jak pytam miejscowych trzydziestolatków, to młodość upływała im w poczuciu, że tutaj niewiele się dzieje, że tutaj właściwie nic nie ma... Nasze działania są po to, żeby nadawać wartość temu miejscu. Żeby to była taka baza dla dzieciaków, które teraz tu rosną. Żeby miały poczucie, że dorastały w miejscu, które było żywe i wyjątkowe. Żeby miały poczucie zakorzenienia – a nie, że stąd trzeba tylko uciekać, bo nie ma pracy. Jasne, niech wyjeżdżają, niech się rozwijają. Ktoś może wróci, ktoś nie – też dobrze.

A: Dom kultury jest po to, żeby ludzie mogli się tu spotykać i realizować najróżniejsze pomysły. Od koncertów i spektakli z dzieciakami po wspólne gotowanie wnuczków i dziadków i gry RPG.

K: Dostałem ostatnio wiadomość od chłopaka, który w zeszłym roku robił u nas spotkania grupy RPG. My mieliśmy bardzo luźny kontakt, oni siadali przy stolikach na scenie, zaciągali kurtynę i rozgrywali tam swoje światy. Teraz napisał, że tamto doświadczenie pozwoliło mu się przełamać. Chodzi do liceum w Brodnicy i prowadzi grupę fanów fantastyki liczącą ponad trzysta osób. To jest właśnie to. Dom kultury powinien być miejscem towarzyskim. Takim, gdzie możesz też przyjść i coś zaproponować samemu. Nie musi to być nic wielkiego. Może chcesz pograć ze znajomymi w ping-ponga? A może w planszówkę? My nie mamy za wiele zajęć cyklicznych, bo nas po prostu nie stać. Te, które mamy, prowadzą emerytowani muzycy, którzy się osiedlili w pobliżu i mają czas oraz chęć, żeby to robić za naprawdę niewielkie pieniądze.

A: Dom kultury to takie miejsce, gdzie możesz się poczuć bezpiecznie, masz szansę spróbować czegoś innego. Na przykład jeśli jesteś wiejskim chłopakiem i miałbyś ochotę zagrać w teatrze. Bo normalny chłopak na wsi to może grać na komputerze i w piłkę, może jeździć na skuterze i naprawić traktor. Ale teatr? To nie jest do końca normalne...

No tak. Teatr. Trochę to nie wypada...
A:
Właśnie. A w domu kultury jest to możliwe. I jeszcze znajdą się inni, którzy przejawiają podobne „dewiacje” i może poczujesz, że to nie obciach. Takie doświadczenie potrafi dać kopa do zajmowania się tym, co dla innych tutaj może uchodzić za dziwne. Na zajęcia do domu kultury trafiła dziewczynka, która zachwyciła się tym, że są inne dzieci, które czytają książki. Ona dotąd żyła w poczuciu, że przez to jest jakaś dziwna. Tu zobaczyła, że są tacy, którzy to lubią i czasem nawet sami coś piszą, dla niej było to objawienie.

K: Jeden z uczestników „Lata w teatrze” [dwutygodniowe warsztaty teatralne organizowane przez Instytut Teatralny we współpracy z lokalnymi ośrodkami kultury – przyp. MD] zastanawia się nad zdawaniem teraz do szkoły teatralnej. Lubię myśleć, że mieliśmy w tym udział. Rozmawialiśmy z jego mamą, która jest nadal sceptyczna wobec pomysłu.

A: Jak robiliśmy pierwsze „wJANki w Górznie” [coroczny rodzinny festiwal wymyślony przez Gminny Ośrodek Kultury wspólnie z mieszkańcami, odbywa się w okolicach św. Jana – przyp. MD] i namawialiśmy ludzi, żeby zaprezentowali się z różnymi swoimi wytworami, to wciąż słyszeliśmy „ale co ludzie powiedzą?”, „pomyślą, że się przechwalam, że próbuję zabłysnąć”. Takie nastawienie było powszechne, w większości udało nam się ich w końcu przełamać. Potem to poszło już falą, teraz ludzie już sami do nas przychodzą.

(1) Spektakl finalny „Lato w teatrze” 2015 pt. „Tysiące nocy i jeden dzień”, (2) Spektakl finalny „Lato w teatrze” 2017  pt.: „O losie!”, (3) Festiwal „wJANki w Górznie” 2018

K: Ostatnio zagadnęła mnie starsza pani, która robi stroiki: ozdoby na stół z okazji różnych rodzinnych wydarzeń typu pierwsza komunia, 50-lecie ślubu, wesele. To są konstrukcje robione z przeróżnych materiałów, dość specyficzne. Na przykład stroik z okazji czterdziestych urodzin to butelka po wódce na całej długości obklejona pinezkami, kolcami na zewnątrz.

Brzmi to jak rzeźba w stylu Hasiora.
K:
I zapytała mnie, czy może się z czymś takim zaprezentować na „wJANkach”. Oczywiście, że może! Potem okazało się jeszcze, że robi haft krzyżykowy. Dla mnie bomba.

Macie poczucie, że dzięki waszej pracy ludziom żyje się tutaj lepiej?
K:
Chyba tak. Choć z drugiej strony są też rzeczy, które zmieniają się na gorsze, a my czujemy, że nie mamy na to żadnego wpływu.

A: Ludzie zaczynają głośno mówić rzeczy, których wcześniej by nie mówili. O Arabach, Żydach i gejach. Postawy dorosłych ośmielają też dzieci, niektóre przestały nam mówić „dzień dobry”. Ja takie rzeczy mocno przeżywam. My często mamy gości z zagranicy, także z odmiennych kultur...

Doświadczyli tu jakichś przejawów wrogości?
A:
Nie. W bezpośrednich kontaktach ludzie są kulturalni, uprzejmi. Tylko pojawia się coraz więcej takich nieśmiesznych żartów. Nasza córka, która ma ciemną karnację podobnie jak Krzysztof, usłyszała od kierowcy gimbusa, że ciemny nie powinien jeździć z plecakiem, bo wzbudza to podejrzenia... Poszliśmy z tym do burmistrza, zrobiliśmy aferę, kierowca przeprosił. Jeszcze niedawno nikt tak tu nie żartował, publicznie przynajmniej. Klimat się zmienia, dla mnie to groźne.

K: My wciąż staramy się robić swoje, ale nagle to zaczyna nabierać trochę innego znaczenia. Pani Mirka, która pracuje ze mną w domu kultury, wpadała na pomysł, że w ramach scenografii przeglądu piosenki dziecięcej zrobi ogromną tęczę. A potem do sali zagląda pan Darek, który wznosi pięść do góry i skanduje „Precz z tą tęczą! Precz z tą tęczą!”. Ja wiem, że on się wygłupiał, że to był żart. Ale wiem też, jakie pan Darek ma poglądy i że to taki żart, a trochę nie żart. Pani Mirka się zmartwiła i na wszelki wypadek dorobiła słoneczko i chmurkę. Żeby podkreślić, że to nie jest ta tęcza, tylko taka zwykła, bajkowa.