W poszukiwaniu arabfuturyzmu
Rozzma, fot. Crammed Discs

13 minut czytania

/ Muzyka

W poszukiwaniu arabfuturyzmu

Rafał Księżyk

W patriarchalnym świecie islamu to kobiety stworzyły prawdziwie nowoczesną, wielkomiejską muzykę. Czy to nie jest najlepszy dowód na nieodkryty jeszcze futurystyczny potencjał muzyki arabskiej?

Jeszcze 3 minuty czytania

Słowo „arabfuturyzm” wpadło mi w oko podczas lektury muzycznego portalu Quietus. Wbrew pozorom, kuszący takim tytułem tekst nie odnosi się do muzyki. A przecież to muzyczne symptomy, jak ulał przystające do tak określonego zjawiska, sprawiły, że z miejsca kliknąłem w ten artykuł. Nad wyraz owocne odkrycia i różnorakie przyjemności, których dostarcza pochylenie się nad tym wszystkim, co przynosi ruch nazwany afrofuturyzmem, wyostrzają uwagę na tak podobnie brzmiący arabfuturyzm. Czego zatem można się spodziewać pod tym szyldem? Nasze próby odpowiedzi koncentrować się będą na muzyce.

W opublikowanym przez Quietus tekście „Arabfuturism: Science-Fiction & Alternate Realities in the Arab World” autorka, Perwana Nazif, za punkt wyjścia obiera film z 2009 roku, „A Space Exodus”. Palestyńska artystka Larissa Sansour odtwarza w nim historyczny moment lądowania człowieka na Księżycu, nawiązując równocześnie do „Odysei kosmicznej”, z tym, że flaga, którą wbija astronauta na Srebrnym Globie należy do Palestyny. „Uciskani muszą znaleźć inny sposób opowiedzenia swej historii”, komentuje reżyserka. Przepisywanie historii na nowo, wywodzenie z jej epizodów alternatywnych scenariuszy, które wyzbyte są traumatycznych uwarunkowań i przywracają zmarginalizowanym grupom sprawczość – to taktyki wspólne dla afrofuturyzmu i arabfuturyzmu. W obu ruchach można dostrzec wspólny front sprzeciwu wobec dominującego modelu historii dyktowanego przez Zachód.

Koncerty arabfuturystów

28.06.2018 Ammar 808, Ifriqiyya Electrique Inne Brzmienia, Lublin
5.07.2018 Acid Arab Open'er Festival, Gdynia
24.09.2018 Nadah El Shazzy Avant Art Festiwal, Wrocław
12.10.2018 Rozzmy Unsound Festival, Kraków

Podstawy arabfuturystycznej teorii pojawiają się niejako na marginesie afrofuturyzmu. Świadczy o tym jeden z jej założycielskich tekstów, recenzja książki „Afrofuturism 2.0: The Rise of Astro-Blackness ” napisana w 2016 roku dla „Tohu Magazine” (wydawanego w Tel-Awiwie w trzech językach, hebrajskim, arabskim i angielskim) przez palestyńską antropolożkę Lamę Suleiman. „(Afro)Futuryzm może zaoferować kulturom diaspory sposób na dekonstrukcję i rekonstrukcję historii w sposób przenikający granice terytorialne i mentalne”, pisze Suleiman. Odwołuje się przy tym do tekstu, w którym po raz pierwszy padło hasło „arabfuturyzm”. „Towards Arabfuturism/s Manifesto” opublikował w 2015 na łamach internetowego magazynu „Novelty” pochodzący z Syrii artysta Sulaiman Majali. Jego manifest pojawił się na fali protestów przeciwko uwięzieniu Bassela Khartabila, syryjskiego hakera działającego na rzecz wolności informacji i społeczeństwa obywatelskiego, który w 2012 roku został uprowadzony przez siepaczy reżimu Baszszara al-Asada i potajemnie zamordowany.  To Majali zaproponował wykładnię futuryzmu uwolnioną z konotacji z artystycznym ruchem, pojętą jako wyjście w przyszłość będące zerwaniem z eurocentrycznymi, hegemonicznymi narracjami. „Nie ma jednorodnych kultur ani tożsamości”, stwierdza Majali i prezentuje arabfuturyzm jako ruch kontrkulturowy skierowany przeciw ustalonym raz na zawsze przynależnościom.

Iście arabfuturystyczną  praktykę na gruncie muzyki wciela tunezyjski producent i didżej Sofyann Ben Youssef, który tego lata, pod szyldem Ammar 808, zagra w Polsce na festiwalu Inne Brzmienia w Lublinie. Artysta ów dał się poznać światu dzięki albumom opublikowanym przez niemiecką wytwórnię Glitterbeat. Najpierw wyprodukował  i oprawił partiami syntezatora akustyczną, ludową muzykę zespołu Bargou 08. Bargou to odizolowana od świata dolina w górach na pograniczu Algierii i Tunezji, wydany w 2017 album „Targ” był pierwszym artystycznym dokumentem kulturowej odrębności tego regionu. Zaraz potem Ben Youssef powołał autorski projekt Ammar 808, który właśnie zadebiutował albumem pod groźnie brzmiącym tytułem „Maghreb United” (Zjednoczony Maghreb). Tytuł brzmi groźnie poprzez fakt, jak wiele ogniskuje burzliwych politycznych dyskursów. Pierwotnie nazwę Maghreb nadali Arabowie podbitym przez siebie regionom północno-zachodniej Afryki, z czasem termin ten przejęli, dla określenia własnych zdobyczy, europejscy kolonizatorzy. W wieku XX Wielki Maghreb stał się natomiast hasłem arabskich nacjonalistów.

Amar 808 z premedytacją prowokuje tak najeżonym znaczeniami terminem, by przydać mu własną, futurystyczną interpretację: „W przeszłości Maghreb był jednym wielkim, lecz bardzo zróżnicowanym regionem. Dziś świat odseparowuje od siebie ludzi. Ten album dotyczy nie tyle zjednoczonego Maghrebu, ile tego, jak możemy się łączyć, obserwując nasze różnice – nasze różnice również nas łączą”. W myśl tej idei, na płycie pojawiają się wokaliści z Algierii, Maroka i Tunezji, każdy z nich wnosi pieśni zakorzenione we własnych tradycjach – targ, gnawa, raï, a cały ten kulturowy miszmasz cementują kultowe brzmienia electro-basów automatu TR-808, skrzyżowane z akustycznymi instrumentami ludowymi. Efekt, zacierający granicę między taneczną elektroniką a archaiczną tradycją, jest ekstatyczny.

Jeszcze więcej ognia ma w sobie kolejny zespół nagrywający dla Glitterbeat, który wystąpi na lubelskich Innych Brzmieniach obok Ammar 808, francusko-tunezyjski Ifriqiyya Electrique. Nagrania z ich ubiegłorocznej płyty „Rûwâhîne” bazują na rytmach rytuałów Banga, które na tunezyjskiej pustyni Djerid odprawiają potomkowie czarnych niewolników z ludu Hausa. Rytualny trans, będący wypadkową sufizmu i afrykańskich religii opętania, zostaje tu spotęgowany poprzez miks z postindustrialną, drapieżną elektroniką. Gdy słuchałem ich płyty, miałem wrażenie, że Ifriqiyya Electrique robią z pustynną muzyką, to co robił z gospel na swej debiutanckiej płycie zespół Algiers; w nowoczesnej obróbce rozcierają tradycję na drobne, by z jej ziaren krzesać największy żar.

Hipnotyczne pasaże fletu i instrumentów perkusyjnych, które są akustycznym rdzeniem nagrań Bargou 08 i Ammar 808 przywodzą z kolei na myśl pierwotną muzykę raï, która, zrodzona na ulicach portowego Oranu, w wieku XX rozpowszechniła się w całym regionie Maghrebu. Moment kluczowy dla narodzin raï jawi się aktem iście transgresyjnym i zaświadcza o tym, iż futurystyczny potencjał nowoczesnej muzyki arabskiej tkwi u samych jej korzeni.  W latach 20. minionego wieku w Oranie jęły zyskiwać popularność pieśniarki nazywane cheikhas, które występowały w podrzędnych kabaretach i burdelach, wykonując piosenki o seksie, używkach i szorstkim życiu najniższych klas. Były też wynajmowane na prywatne imprezy, gdzie dla bogatych dekadentów, za nic sobie mających nakazy Allaha, wyśpiewywały hymn dla Bachusa. W sztywnym, patriarchalnym arabskim społeczeństwie były to wyzwania łamiące wszelkie konwenanse, równocześnie jednak, za cenę potępienia i zepchnięcia na margines, w podejrzanym półświatku cheikhas znajdowały krąg wolności, który czynił je pierwszymi silnymi, wyzwolonymi kobietami w świecie islamu. W opowieściach z narodzin raï mowa jest o dziewczętach uciekających przed niechcianym małżeństwem bądź kryjących nieślubną ciążę, które zyskiwały nową tożsamość jako cheikhas.

Przełom, jaki cheikhas wywołały w muzyce arabskiej polegał na tym, iż odrzuciły poetyckie teksty o uduchowionej miłości i wielkich bohaterach na rzecz wyśpiewanych ulicznym slangiem szorstkich, zmysłowych, a niekiedy wulgarnych piosenek o tym, co tu i teraz. Stworzyły w ten sposób nowoczesną muzykę arabską. Słowo „cheikha” można przetłumaczyć, jako „ta, która wie”, „mądra kobieta”, ale też „wiedźma”; tę ostatnią interpretację podsuwa dzika ekspresja najsłynniejszych śpiewaczek raï. Cheikha RimittiCheikha Djenia operują mocnym głosem w piekielnie niskim rejestrze, z artykulacją, jakby rzucały zaklęcia. W socjalistycznym państwie, do jakiego aspirowała niepodległa Algieria w latach 60. XX wieku, znikło hedonistyczne zaplecze działalności cheikhas, a raï zyskał nowe oblicze flirtujące z muzyką pop, jego ikonami stali się amanci z wąsem. Cheikhas znalazły publiczność we Francji i to nie tylko w arabskiej diasporze; już w latach 90. Cheikha Rimitti nagrywała w asyście swych fanów, Roberta Frippa i Flea'i z RHCP.

O rebelianckim potencjale raï w epoce popkultury przypomniał Rachid Taha. W 1986 roku ten algierski imigrant pracujący w jednej z fabryk Lyonu wywołał jeden z największych skandali w dziejach muzyki francuskiej. Wraz z zespołem arabskich imigrantów, nazwanym prowokacyjnie Carte De Sejour (chodzi o kartę pobytu przyznawaną imigrantom przez francuską administrację) nagrał własną wersję „Douce France”, sentymentalnej pieśni patriotycznej znad Sekwany. Utwór objęto zakazem prezentacji w publicznym radiu, słusznie wietrząc w nim jadowitą ironię. Lewicowi politycy wręczyli wówczas płytę z tym nagraniem wszystkim członkom parlamentu. Był to początek błyskotliwej kariery Tahy, który już jako solista powtórzył ten numer w skali światowej. Gdy podczas wojny w Zatoce Perskiej amerykańscy marines uczynili swym hymnem „Rock The Casbah”,  opacznie przez nich pojęty stary przebój The Clash, Taha nagrał arabską wersję utworu, wskrzeszając jego rebelianckiego ducha. Również  w wymiarze stricte muzycznym zadawał szyku, który odmieniał arabską tożsamość. Mieszał raï z punkiem, klubową elektroniką, afrobeatem, rhythm&bluesem, albo też, na przekór plastikowym brzmieniom współczesnego raï, wskrzeszał klasyczne brzmienie gatunku z lat 60. Jest też jedynym artystą, który na jednej płycie („The Zoom” z 2013 roku) zgromadził obok siebie takich gości, jak Brian Eno i Mick Jones z The Clash.

„Przyszłość należy do muzyki arabskiej”, twierdzi Hanna Gorjaczkowska prowadząca wytwórnię Crammed Discs. Warto jej słuchać, bo w ostatnich dekadach ta belgijska wytwórnia wyprzedziła już kilka najmodniejszych trendów muzyki świata. Płyty Crammed Discs przepowiadały renesans muzyki z Brazylii, od elektronicznej bossa novy po baile funk, fenomen cygańskich orkiestr z Rumunii, a ostatnio wykreowały afrykański nurt Congotronics. Teraz Crammed współtworzy nowy label, Acid Arab Records, dedykowany muzyce arabskiej, a prowadzony przez francuski duet Acid Arab, który od lat zaraża bliskowschodnimi brzmieniami klubowych hedonistów.

Pierwsze wydawnictwo, wyprodukowana w Kairze epka „Donya Fakka”, zasadza się na iście futurystycznym koncepcie. Firmuje ją Rozzma, przedstawiony jako postać fikcyjna, która egzystuje tylko w klipach i na scenie. Na zdjęciach twarz Rozzmy zastępuje złota głowa faraona, połyskliwy mariaż wielkiej historii i turystycznego kiczu, pomiędzy którymi szukać trzeba nowych tożsamości świata arabskiego. Enigmatyczny status Rozzmy stawia znak zapytania, ale w miejsce konkretnej odpowiedzi proponuje zapomnienie w tańcu. Nasycona ciężkim basem i kwaśnymi brzmieniami syntezatorów, jego muzyka przypomina o najlepszych czasach ekstatycznej muzyki rave. Będzie można przekonać się o tym podczas jego występu na krakowskim Unsoundzie. Crammed jest też wydawcą płyt pierwszej damy muzyki alternatywnej świata arabskiego, Yasmine Hamdan. Libańska wokalistka zasłynęła w końcu lat 90. jako współtwórczyni Soapkills, duetu okrzykniętego pierwszym zespołem triphopowym na Bliskim Wschodzie, rozpoznawalność przyniósł jej występ w „Tylko kochankowie przetrwają” Jarmusha, w Crammed wydaje nie tylko ballady, ale też futurystyczne remiksy spod ręki takich tuzów, jak choćby Mark Ernestus.  Właśnie ukazał się już drugi album z remiksami muzyki Hamdan, „Jamilat Reprise”.

Jeśli nowa muzyka ma nadjeść z Egiptu, szukać jej trzeba w dokonaniach Nadah El Shazly, wokalistki i kompozytorki, wokół której skupia się kairska mikroscena poszukujących muzyków. „Poszukujących”, znaczy w tym kontekście odrzucających łatwe rozwiązania muzyki tanecznej, czy folku, na rzecz improwizacji i awangardowych konceptów, które wciągają odkrycia zachodniej muzyki w orbitę arabskich tradycji. Najlepszą wizytówką tej sceny jest debiutancki album El Shazly, „Ahwar”, który w końcu minionego roku wzbudził zasłużony entuzjazm pośród co bardziej dociekliwych zachodnich recenzentów. Entuzjazm ów odbił się echem również w Polsce, co owocuje faktem, iż 24 września El Shazly pojawi się w Polsce, by dać koncert podczas wrocławskiego festiwalu Avant Art. Zawarte na „Ahwar” pieśni najprościej byłoby określić wysmakowaną psychodelią, tyle że odrealniony nastrój płyty jest efektem misternych niuansów, do których należą wielowymiarowe elektroakustyczne preparacje, instrumentalne artykulacje rodem z muzyki improwizowanej, mariaż orientalnych skal, kameralistyki i elektroniki. „To opowieść o miejscu, w którym jesteś totalnie zagubiony, nie wiesz, co jest przeszłością, co jest przyszłością, straciłeś też pamięć”, opowiadała El Shazly o otwierającej płycie pieśni w wywiadzie dla „The Wire”. Te słowa, choć wyrastają z doświadczeń wstrząsanego rewolucjami i zamachami stanu Egiptu, mogłyby być uniwersalnym podsumowaniem stanu ducha wielu współczesnych artystów świata arabskiego. Brzmią jak wyzwanie, któremu, na przekór burzliwym czasom, najlepiej stawić czoła w akcie kreacji, futurystycznej, rzecz jasna.