Jędrne ciało autoironii
Aimee Fleck / CC BY-NC-SA 2.0

10 minut czytania

/ Literatura

Jędrne ciało autoironii

Inez Okulska

Przygoda Nosowskiej z tworzeniem alter ego zaczęła się w sieci, ale skończyła – szczęśliwie – na papierze. Po raz kolejny widzimy, że papier ma się dobrze i cierpliwie przyjmuje uchodźców z internetu

Jeszcze 3 minuty czytania

Aga i Kasia na jednej stały scenie. Pamiętacie ten słynny koncert Hey Unplugged, gdzie Nosowska śpiewa z Chylińską? Katarzyna niezmiennie czarna, posągowa, cały ruch koncentruje w krtani, czasem skubnie grzywkę. Agnieszka dynamiczna, pełna emocji, niemal zgrzyta zębem w artystycznej ekstazie, szaleje głosem, po prostu daje czadu. Obie pewnego dnia zapragnęły dłuższej formy i wydały książki. Chylińska już parę lat temu, dla dzieci, najpierw jedną, potem kolejne – język prosty, mało szalony, choć czasem nieco zgrzyta. Nosowska przed chwilą, dla dorosłych – piękną, kolorową, stylistycznie barwną, z rozmachem i swadą.

Może ten nieśpieszny ruch ręki, czasem dwóch, z grzywki przeniesiony na klawiaturę, wyczerpuje motoryczną kreatywność Nosowskiej, ale na szczęście niesie coś więcej niż walor wizualny, i zostawia ślad, który przyjemnie towarzyszy czytelnikom w tramwaju, pociągu, na kanapie, w kolejce, nocą, bladym świtem. Sprawia, że zamiast scrollować Instagram, aż chce się przeczytać książkę, prawdziwą, papierową. Chociaż od Instagramu się to wszystko zaczęło. Ponad rok temu Nosowska zaczęła umieszczać na Instagramie krótkie prześmiewcze filmiki w konwencji „gadającej głowy”. Oglądalność rosła z godziny na godzinę, fanów przybywało, również pośród tych, którzy byli przedmiotem satyry. Profil nosowska.official zdecydowanie wyróżniał się na tle pozostałych.

Lev Manovich, ojciec chrzestny teorii mediów, w swojej ostatniej publikacji poświęca sporo uwagi estetyce instagramizmu, na który ma się składać szereg rozpoznawalnych cech umieszczanych zdjęć i filmów wideo. Chodzi głównie o minimalistyczne formy, intensyfikację światła, ostrości, kontrastu – lub przeciwnie: intencjonalne „wypranie” obrazu, a także niemal kubistyczne kadrowanie. Instagramowicze publikują zdjęcia, które przede wszystkim dostarczają wrażeń estetycznych, ale uniemożliwiają stworzenie opowieści. Instagram to przede wszystkim no story, twierdzi Manovich. Twórcy aplikacji próbują wprawdzie nakierować uwagę użytkowników na potencjał narracji, umożliwiając tworzenie „Instagram stories”, ale to wizualne doświadczenie wciąż wiedzie prym. Mowa tu oczywiście o profilach autorów, którzy to medium wykorzystują zgodnie z jego przeznaczeniem. Zdarzają się jednostki krnąbrne, które wbrew ramie przemycają swoje treści, np. wykorzystując narracyjny potencjał hashtagów, zamieszczając zdjęcia tekstu (wierszy, cytatów itp.), czy w opis atrakcyjnego, estetycznie „instagramistycznego” zdjęcia wklejają ważne teksty, recenzje czy nawet minieseje. Nosowska łamie chyba wszystkie zasady – zamieszcza świadomie nieestetyczne, nieinstagramistyczne materiały, które opowiadają większe historie, a wizualny przekaz jest tylko dodatkiem. Miesza style i konwencje – między innymi używając filtrów ze Snapchata, czyli konkurencyjnego medium, i nagrywa filmy dłuższe niż dozwolone, dzieląc je na odcinki.

Katarzyna Nosowska, „A ja żem jej powiedziała…”. Wielka Litera, 208 stron, w księgarniach od maja 2018Katarzyna Nosowska, „A ja żem jej powiedziała…”. Wielka Litera, 208 stron, w księgarniach od maja 2018„A ja żem jej…” to zbiór krótkich tekstów, trochę felietonów, trochę miniatur, przeplatany aforyzmami z tytułową frazą, który miał być, jak można wyczytać spomiędzy wierszy, czymś w rodzaju autoterapii dla umęczonej duszy artystki. Umęczonej tym bardziej, że zaklętej w ciele niespełniającym raczej standardów celebryckiej atrakcyjności, co jak się można domyślić, generuje kompleksy, dół i mrok. Na szczęście z tego dołu Nosowska wyszła – nie tylko obronną ręką, ale też zestawem kapitalnych myśli. Wobec tak ustawionej autoterapeutycznej ramy naturalnym środkiem ciężkości tego zbioru są kwestie akceptacji, tolerancji, relacji damsko-męskich oraz damsko-nijakich, czyli kobiet i ich ciał. Ale nie brakuje też satyry na celebryckie problemy (ordinarofobia – czyli lęk przed byciem zwyczajnym) czy aktualne zrywy polskich dusz z tendencją do pikiety („kiedy polska flaga krzyżuje się z flagą polską”), hejtu („wejdź na profil Słońca i nawrzucaj gnojowi, że jest nudne z tym swoim wschodzeniem i zachodzeniem”) oraz bezsensownego stawiania oporu („możesz stać z transparentem, bronią i grozić jesieni, że jeśli się zbliży do drzewa, to gorzko tego pożałuje”).

Gatunkowych purystów może taki rozrzut drażnić, bo to kolejna odsłona książki-worka, w której mieszczą się dobrze zapisane myśli na różne tematy, w różnej formie i różnego rejestru. Chyba trzeba się powoli godzić z taką blogizacją literatury, gdzie obok narracji równolegle pisze się statusopodobne wypowiedzi, współczesne miniatury, które łączą obserwację, angedotę i język, nie zawsze na tym samym poziomie. Rejestry u Nosowskiej też skaczą, czasem niebezpiecznie wysoko, kiedy od drwiny z lajków autorka przechodzi do paraboli. „Może już zasilam grono zgredów”, asekuruje się sprytnie. Owszem, moralizatorstwo niepotrzebnie trąci zgredem, ale na szczęście na przestrzeni całej książki zostaje mocno w tyle za ważniejszymi i bardziej błyskotliwymi myślami.

Masłowska w wywiadzie dla Magazynu „Książki” powiedziała niedawno o mediach społecznościowych, że to one używają nas, formatują, sprawiają, że zaczynamy wytwarzać i wyrażać myśli w taki sposób, który się będzie najbardziej podobał. U Nosowskiej chyba na próżno szukać wykalkulowanego uczestnictwa w tej „giełdzie aprobaty”. Całkiem słusznie postawiła na parodię, i to taki jej rodzaj, której osią jest sama autorka – nieudaczniczka należąca do grupy czy kategorii aktualnie wyśmiewanej. Tak przedstawiały się na przykład parodystyczne treningi jogi czy hodowania sadła, które Nosowska umieszczała na profilu w odpowiedzi na treningi Chodakowskiej. Ten trend ma się dobrze już od dłuższego czasu: bystre oko prześmiewców i dużą dozę dystansu pokazali niegdyś Make Life Harder; już w samej nazwie autoironiczną grę podejmuje Chujowa Pani Domu, a z wieczną nadwagą i miłością do jedzenia i lenistwa walczy bohaterka memów Buka.

Literackie alter ego Nosowskiej, momentami do złudzenia zresztą przypominające Bukę, również nieustannie walczy z nadwagą i bywa na wielu dietach, o których skuteczności rzadko ma okazję się przekonać, bo porzuca je zaraz po rozpoczęciu. Głód ogarnia myśli, podbija podświadomość, nie pomagają żadne tricki:

Spróbuję uciec w serial, ale prędko uświadomię sobie, że mam w głowie lektora, który czyta niewłaściwy tekst, gdyż Daenerys Targaryen z „Gry o tron” mówi do Jona Snowa: „Chleb z masłem, chrupiący, ciepły chleb. Albo pizza cztery sery”, a ten odpowiada, przyklękając na jedno kolano: „Zjadłbym schabowego. Albo cokolwiek”.

Przygoda z tworzeniem alter ego zaczęła się w sieci, ale skończyła na papierze. Po raz kolejny widzimy, że papier ma się dobrze – i po raz kolejny cierpliwie przyjmuje uchodźców z internetu. „A ja żem…” jest nie tylko pięknie zaprojektowana, kolorowa, stymulująca oko i umysł, ale też wydana na mocnym, przyjemnym papierze. Co najważniejsze, forma nie wzięła tu rozwodu z treścią, nie poszła za modą, lecz została w staromodnym monogamicznym związku i podejmuje czytelnika z należytą elegancją.

Trudno stawiać wokalistkę Hey w jednym szeregu ze zwykłym debiutantem, ale znane nazwisko pomaga jej o tyle, że możemy skrócić sobie drogę do odkrycia, że Nosowska umie pisać. Są celebryci, którzy wydają książki, i są tacy, którzy potrafią pisać. Maciej Stuhr na przykład, choć to zupełnie inne pisanie, i teraz Nosowska.

Co ciekawe, Nosowska nie sięga po jeden dobrze wypracowany schemat, ale przedstawia ich pełen zestaw, jak w kabarecie, gdzie różnicuje się tempo i humor, gdzie mimo że zabawa, pojawi się też bardziej nostalgiczna pieśń. Dlatego bywa tu bardziej na poważnie: „Ciało jest pojazdem, w którym przemieszczamy się po osi czasu. Pewnego dnia stanie. Chodzi o to, by wysiąść z niego bez żalu. Podziękować za wygodną przejażdżkę i pójść dalej o własnych siłach”. Czasem przewrotnie, bo niby pytanie jest z rodzaju fundamentalnych i świetnie nadających się na temat dyskusji o cielesności, futurystycznej wizji świata i roli kobiety, ale ubrane w nieco bardziej fikuśny kostium słowny: „Czy gdyby nagle ogłoszono, że za każdą zmarszczkę płacą wieloma banknotami, że faceci szaleją za plisowaną skórą – zaakceptowałybyśmy starość?”. (Plisowaną skórę nominuję hasłem marketingowym roku).

Czasem kwestię damsko-męską autorka wykłada metaforą i rytmem w stylu Joanny Chmielewskiej („Jak wytrzymać z kobietą/mężczyzną”): „Jeśli odmładzasz się dla mężczyzny, pamiętaj, że rodzynek nie stanie się na powrót winogronem. Jeśli chłop woli winogrona, to wybierze świeże. Zawsze”. Gdzie indziej znów mowa o poszukiwaniach idealnego faceta, który musi umieć i to, i tamto, i jeszcze to, ale przy okazji owamto, i tu nie sposób nie pomyśleć o analogicznym „Portrecie kobiety” Szymborskiej. Mamy też w menu oko puszczone do modnego, szczególnie w mediach społecznościowych, trendu DIY, czyli zrób to sam. Autorka podaje oczywiście przepis na interesujący ją efekt, czyli hodowanie sadła: „Wlej do wanny wrzątku, wsyp dwa kilo żelatyny i zastygnij w powstałej galarecie, do czasu osiągnięcia wymarzonej wagi”.

Niemal każdy z tekstów składających się na tę książkę mieni się nieco innym stylem, nastrojem, czasem inne jest zabarwienie, czasem tylko odcień, ale w efekcie otrzymujemy naprawdę barwny obraz retorycznych możliwości Nosowskiej. A całość wsparta na solidnym fundamencie jędrnej i soczystej polszczyzny. Patrząc na popularność profilu Nosowskiej, można mieć nadzieję, że z tak powabnym ciałem autoironii zostanie prawdziwą Instatrenerką.

 

Tekst powstał we współpracy z Krakowskim Biurem Festiwalowym, organizatorem Nagrody Conrada za debiut literacki, przyznawanej w ramach programu Kraków Miasto Literatury UNESCO.

Nagroda Conrada