Czuję ulgę
Tomasz Konieczny jako Alberyk w „Złocie Renu“ R. Wagnera w Operze Wiedeńskiej (Staatsoper Wien)

16 minut czytania

/ Muzyka

Czuję ulgę

Rozmowa z Tomaszem Koniecznym

Zrobiłem wszystko, żeby nie śpiewać, a zostałem śpiewakiem. Więc tak chyba musiało być. Nie wierzę w przypadki – rozmowa z pierwszym Polakiem, który wystąpi na festiwalu wagnerowskim w Bayreuth

Jeszcze 4 minuty czytania

AGATA KWIECIŃSKA: Spotykamy się w Warszawie, przed chwilą przechodziliśmy obok plakatu, na którym widnieje twoje zdjęcie i powiedziałeś, że bas-baryton to nie jest głos, który znajduje się na plakatach. Co w takim razie jest miarą sukcesu w twoim gatunku głosu? Teraz debiut w Bayreuth, w przyszłym roku Metropolitan Opera. Jest coś jeszcze wyżej?
TOMASZ KONIECZNY:
Wszyscy reklamują Bayreuth i Metropolitan Opera, a ja mam swoje konkretne zdanie na temat teatrów operowych na świecie i dla mnie numerem jeden jest Wiedeń. Mam to przekonanie od paru lat i za każdym razem, gdy wracam do Wiednia z innego teatru, utwierdzam się w tym jeszcze bardziej. Szczerze mówiąc, mógłbym się z Wiednia nie ruszać. Tamtejsza publiczność mnie można powiedzieć...

Kocha?
Tak. To wynikałoby z aplauzu, jaki otrzymuję, Wiedeńscy Filharmonicy mnie szanują i lubią. Ja też kocham tę publiczność i scenę, śpiewam tam partie, które najbardziej lubię i chcę śpiewać, czy wręcz kocham – jak Wotana. Ale w naszym życiu artystycznym niestety tak to jest, że trzeba też pojechać gdzie indziej i tam zaśpiewać.

Nie wierzę, że debiut w Bayreuth, do którego teraz się przygotowujesz, dla śpiewaka, który specjalizuje się w wagnerowskich rolach, nie jest nęcącą propozycją.                                     
Bayreuth przeżywa teraz trudny okres. Problemem jest na przykład typ spektakli, jakie się tam wystawia. W większości wypadków są to to tak zwane „inscenizacje śmieciowe”.

Eksperymentalny teatr niemiecki.
On już w ogóle nie jest eksperymentalny. Jest ramotą, można powiedzieć, ale Bayreuth się właśnie na niego nawraca. I z przerażeniem słyszę, że nowy dyrektor Staatsoper w Wiedniu, który obejmie stanowisko w 2020 roku, też chce eksperymentować z tego typu inscenizacjami. Dla Opery Wiedeńskiej może to być bardzo niedobre doświadczenie.

Gdy byłeś młodym człowiekiem, jeszcze bardziej aktorem niż śpiewakiem, to czułeś się zawstydzony estetyką ówczesnej opery w Polsce, tym jak się śpiewacy nadymają, jak się zachowują na scenie. A teraz jesteś orędownikiem tradycyjnego teatru?
Nie, broń Boże. Jestem orędownikiem dobrego teatru. To, z czym mamy do czynienia w śmieciowych inscenizacjach...

A możesz zdefiniować, na czym owa śmieciowość polega?

Tomasz Konieczny

Polski śpiewak (bas-baryton), aktor filmowy i teatralny. Absolwent łódzkiej Filmówki i Akademii Muzycznej w Warszawie. Śpiewać zaczął przypadkiem, planował karierę aktorską i jako aktor rozpoczynał swoją artystyczną drogę. Debiutował u Andrzeja Wajdy („Pierścionek z orłem w koronie”). Od 10 lat śpiewa w wiedeńskiej Staatsoper (m.in. swoją ukochaną partię Wotana w „Pierścieniu Nibelunga” Wagnera), w lipcu 2018 jako pierwszy Polak wystąpi na festiwalu wagnerowskim w Bayreuth (w związku z rezygnacją Roberto Alagni w partii „Lohengrina” wystąpi też Piotr Beczała), a w marcu 2019 roku zadebiutuje w Metropolitan Opera w Nowym Jorku. Specjalizuje się w repertuarze niemieckim – dziełach Wagnera i Ryszarda Straussa. Niebawem ukaże się jego płyta z „Podróżą zimową” („Winterreise”) Franza Schuberta w wersji z tekstami Stanisława Barańczaka.

Kostiumy i scenografia są brzydkie, na scenie często mamy resztki czegoś, śmieci, papiery, butelki, puszki. Stąd to określenie. Ale – żebyśmy się dobrze zrozumieli – zawsze jestem za dobrym teatrem.  Jeśli inscenizacja z taką scenografią jest dobra, nie mam nic przeciwko niej. Ale zrobienie reguły z tego, że opery mają być tak wystawiane, to błędne podejście.

Oczywiście dla mnie, śpiewaka, który specjalizuje się w muzyce niemieckiej i jest w tym repertuarze uznanym wykonawcą, Bayreuth jest miejscem bardzo ważnym. Zawsze było dla mnie ważne. Czekałem na moment, kiedy wszystkie okoliczności będą po mojej myśli, by tam zadebiutować. Telramund to partia, można powiedzieć, popisowa. Nie jest to Wotan, który ma w swoim charakterze wszystkie aspekty człowieczeństwa. Telramund to partia dramatyczna, mroczna, ale nie idąca w stronę charakterystyczności. To bardzo dobrze. I zgadza się też nazwisko dyrygenta – czyli Christiana Thielemanna. To chyba najważniejsza sprawa.

Jak wyglądają przygotowania do debiutu w Bayreuth?
Moim przygotowaniem do Bayreuth było zaśpiewanie partii Telramunda w innych miejscach. Debiutowałem nią dwa lata temu w Dreźnie, pod Christianem Thielemannem, czyli tym samym dyrygentem, który będzie prowadził spektakle w Bayreuth w tym roku. Tam śpiewałem z Anną Netrebko i Piotrem Beczałą – to był nasz potrójny debiut, oni też po raz pierwszy śpiewali w Lohengrinie. Swoją drogą ze strony Thielemanna była to bardzo odważna decyzja. W Bayreuth prób jest bardzo dużo, organizatorzy z dużą wspaniałomyślnością rezerwują nasze terminy.

Ile trwają próby?
Półtora miesiąca. Od połowy czerwca jestem w Bayreuth. Partia Telramunda to nie jest rola, o której należy dużo myśleć, jest dość prosto skonstruowana. Gdybym myślał o niej za dużo, będąc wykształconym aktorem i człowiekiem bardzo angażującym się w postać, mogłoby to mieć wręcz negatywne skutki. Traktuję ją bardzo technicznie, to właściwie jedyna możliwość, żeby dobrze zaśpiewać. Jest napisana przez Wagnera bardzo wysoko, bardzo trudno i wyraz emocjonalny tej partii jest mocny, nawet jeśli śpiewa się ją z pewnym dystansem. I ja tak właśnie do Telramunda podchodzę. Śpiewam tę partię technicznie i to się sprawdziło w Dreźnie, a także w Paryżu i Wiedniu, gdzie występowałem w Lohengrinie. Ale pod kątem aktorskim nie wiem, co mnie czeka w Bayreuth, bo to nowa realizacja.

Nie chciałeś wcześniej debiutować w Bayreuth i wchodzić w już gotowy spektakl.
Dokonywałem pewnych wyborów lub życie robiło to za mnie. Faktycznie Bayreuth próbowało mnie zaangażować od ponad 10 lat, ale zawsze coś się nie zgadzało, nie pasowało. Były to moje decyzje albo mojego rodzimego teatru w Düsseldorfie, gdzie byłem na stałe zaangażowany.

Teatr nie dawał zwolnienia z lekcji?
Dokładnie.

Bywałeś w Bayreuth jako słuchacz?
Byłem dwa razy, ale dawno temu. Problem polega na tym, że nie mam czasu. Przez wiele lat byłem zaangażowany na festiwalu w Salzburgu, który odbywa się w tym samym terminie, więc oczywiście nie było szans dotrzeć do Bayreuth. Zresztą Salzburg to był jeden z tych wyborów, które mnie odsunęły od Bayreuth na jakiś czas. Wybrałem śpiewanie „Miłości Danae” Straussa, w nowej inscenizacji, a w tym czasie proponowano mi Wotana w gotowej produkcji w Bayreuth. Wtedy zdecydowanie wybrałem „Miłość Danae”, była dla mnie ważniejsza.

To co jest miarą sukcesu? Ta kochająca, wiedeńska publiczność? Poczucie, że jesteś tam rozumiany, akceptowany?
Dla mnie jako artysty-rzemieślnika najważniejsze jest uznanie innych artystów-rzemieślników. Uznanie w środowisku. A trudno o lepsze muzyczne środowisko niż Wiedeń.

W Wiedeńskiej Operze Państwowej śpiewasz od 10 lat. Ale wszystko zaczęło się znacznie wcześniej, w Mannheim? Jak się trafia do Wiednia?
Do tej pory zaśpiewałem w Wiedniu 150 spektakli w głównych rolach, nie zaśpiewałem tam żadnej roli pobocznej. To dość nietypowe na tej scenie. Do Wiednia angażował mnie ówczesny dyrektor Ioan Holender, wielki znawca głosów, wraz z moim mentorem dyrygentem Franzem Welser-Möstem. Dyrektor Holender prawdopodobnie po raz pierwszy słyszał mnie w Mannheim.

Tego nie wiesz do dziś?
Nie. W czasach swojej dyrekcji Ioan Holender bardzo dużo jeździł po świecie i słuchał różnych ludzi, miał nosa. Szukał śpiewaków, którzy za 3–5 lat będą gotowi do tej sceny. Opera jest jego pasją. To nie jest łatwy człowiek, ale jego wybory były związane wprost proporcjonalnie z jakością tego, co chciał przedstawić.

Jak to się stało w twoim wypadku?
Zadzwonili do mojego agenta i zapytali, czy nie chciałbym przyjechać do Wiednia na przesłuchanie informacyjne. To taki rodzaj przesłuchania, po którym wiadomo, że na pewno nie dostanie się angażu. Był to czas, gdy z Mannheim przechodziłem na etat do Düsseldorfu. Oczywiście każdy śpiewak pojedzie na takie przesłuchanie do opery w Wiedniu, więc pojechałem. I muszę powiedzieć, że od pierwszej chwili, gdy stanąłem na tej scenie i zaśpiewałem ostatni monolog Wotana ze „Złota Renu”, byłem zakochany w tamtej akustyce. Po tym monologu dyrektor Holender sprytnie czy wręcz perfidnie zażyczył sobie arię Osmina z „Uprowadzenia z Seraju” Mozarta, dużo niższą od Wotana. Poszło mi śpiewająco. Nie wiem, czy w ogóle kiedyś lepiej zaśpiewałem tę arię. I potem dyrektor Holender, który nie spotkał się ze mną osobiście, tam nie było takich sytuacji, przysłał pianistę-korepetytora z pytaniem, czy nie miałbym ochoty przygotować innej partii z wagnerowskiej tetralogii – Alberyka na próbę roboczą. Czy potrafiłbym sobie wyobrazić coś takiego. Oczywiście zgodziłem się natychmiast.

A pamiętasz swoje pierwsze zetknięcie z Wagnerem – jeszcze nie jako wykonawca, tylko słuchacz?
Pierwsza płyta, którą kupiłem, to był album z monologami wagnerowskimi w wykonaniu słynnych, nieżyjących już basów. Wtedy uczyłem się śpiewać, ale byłem przede wszystkim aktorem. Kupiłem ją z obowiązków, żeby się tym trochę... masakrować. Chciałem być profesjonalny i znać to. Nie dosłuchałem tej płyty nigdy do końca. Nie mówiłem wtedy po niemiecku, było to dla mnie coś całkiem niezrozumiałego. Czarna magia.

Czyli wejście w świat Wagnera stało się możliwe dopiero po wyjeździe do Niemiec?
Tak. Najpierw byłem w Lipsku, potem uciekłem stamtąd do Lubeki, do mniejszego teatru po to, żeby śpiewać duże partie. W Lubece niemiecki nie był mi już taki obcy. I wtedy od jednego z reżyserów, z którym pracowałem, dostałem propozycję wzięcia udziału w koncertowym wykonaniu „Pierścienia Nibelunga” w Irlandii z National Youth Orchestra of Ireland. Dyrygował Alexander Anisimov. Porwali się na karkołomne przedsięwzięcie wystawienia całej tetralogii, w dodatku z młodą orkiestrą, która nie miała nigdy nic wspólnego z Wagnerem. Ale dzięki temu było bardzo dużo prób, nawet trzy razy dziennie. I ja siedziałem na sali cały czas, słuchałem starszych kolegów. Nie chodziłem po pięknych irlandzkich łąkach, tylko cały czas słuchałem z wyciągiem fortepianowym na kolanach. I Wagner mnie pochłonął. Już wtedy rozumiałem niemiecki i nagle zdałem sobie sprawę z relacji między muzyką a słowem w tym, co Wagner napisał. To był początek fascynacji. I od tamtej pory już byłem kupiony. Wiedziałem, że to chcę właśnie robić. Już wtedy marzyłem o partii Wotana.

I dwa lata później, po przeniesieniu do Mannheim, jeden z moich wielkich mentorów Ádám Fischer pozwolił mi śpiewać Amfortasa i w końcu Wotana.

Tomasz Konieczny w audycji „Five o'clock” Agaty Kwiecińskiej w Dwójce

Niemcy to specyficzny kraj, jeśli chodzi o teatry operowe. Jest ich bardzo dużo. Można w mniejszym ośrodku od razu śpiewać główne partie. Z perspektywy czasu uważasz, że to była najlepsza droga dla ciebie?
Są dwie drogi. Można śpiewać małe role w dużych teatrach, być w studiu operowym i od tego zaczynać, ale w moim wypadku to się w ogóle nie sprawdziło. To kwestia temperamentu. Byłbym nieszczęśliwy i w depresji. Bycie w dużym teatrze ma niewątpliwe plusy, można słuchać znakomitych solistów, od nich się uczyć. Ja wybrałem małe teatry i główne role. 

W Niemczech funkcjonują dwa rodzaje teatrów. Państwowe opery działające niezależnie w osobnym budynku. I jest też cała masa teatrów operowych, które mają swoje zespoły operowe, ale funkcjonują w jednym budynku z teatrem dramatycznym. To teatry miejskie. Jest ich około setki. I w nich co dwa lata angażuje się nowych artystów. W związku z tym jest rotacja śpiewaków i są miejsca pracy, całkiem nieźle płatnej.

A tak życiowo to nie było trudne? Przeprowadzki z całą rodziną, z trójką dzieci?
Na początku przeprowadzaliśmy się co dwa lata, raz nawet to było tylko półtora roku, i w końcu z rodziną osiedliśmy w Düsseldorfie – tam byłem zaangażowany 9 lat i tam rodzina do dziś funkcjonuje.

A ty gdzie funkcjonujesz?
Ja głównie w samochodzie albo na lotnisku i w rozmaitych mieszkaniach, bo nie znoszę hoteli. Ale nawet nie mam czasu, żeby cokolwiek w tych mieszkaniach zrobić. Czasami udaje się kilka dni spędzić na nartach przy okazji świąt. No i na festiwalu w Salzburgu, gdzie przez kilka lat spędzałem sporo czasu, są świetne ścieżki rowerowe i można chodzić po górach. Więc niemal orgia, jeśli chodzi o te sprawy.

Gdy kalendarz jest tak wypełniony, to pewnie dużym stresem jest kwestia tak zwanej dyspozycji głosowej?
Tak. Ale tu bywają niespodzianki. Każdy nas dąży do perfekcjonizmu i tego, by wszystko było przewidywalne, ale nie da się tego zrobić. Głos płata nam różne... figle. Czasami ciekawe, czasami straszne. W tym zawodzie jest wiele tajemnic. Czasami człowiek myśli, że jest już kompletne dno, że nie dam rady. A z głosem dzieje się coś takiego, że zaczyna błyszczeć i otwierają się w nim całkiem nowe rejony. Nie z tej ziemi.

Jest to też zawód wymagający pewnych predyspozycji osobowościowych, a może wręcz psychologicznych. Trzeba umieć się dostosować do wielu osób – reżysera, dyrygenta, orkiestry, innych śpiewaków...
Zdecydowanie. Predyspozycje psychiczne są jednym z najważniejszych elementów. Mówi się czasem: o, ten miał szczęście, zrobił karierę. Temu się poszczęściło, a tamtemu nie. Ja w coś takiego nie wierzę. Uważam, że aby znaleźć się w lidze mistrzów, trzeba spełnić szereg warunków.

Tomasz Konieczny jako Wotan w „Walkirii“ Ryszarda Wagnera podczas Tournee Opery Wiedenskiej do Tokyo, listopad 2016Tomasz Konieczny jako Wotan w „Walkirii“ Ryszarda Wagnera podczas Tournee Opery Wiedenskiej do Tokyo, listopad 2016

Jakich?
Trzeba podejmować odpowiednie decyzje w odpowiednim momencie. Trzeba mieć pewien rodzaj inteligencji, by je podejmować. To też zawód dla osób, na które stres działa mobilizująco. To bardzo ważne. Co nie znaczy, że ktoś, kogo stres paraliżuje, jest gorszy. Ale nie nadaje się do tej pracy.

Jest to też zawód bardzo intymny. Wystarczy, że słyszę kogoś na scenie i już widzę go na wylot. Już dawno zdałem sobie sprawę z tego, że nie chcę się prywatnie spotykać z kolegami ze sceny, wiem o nich tak dużo po samym słuchaniu, jak śpiewają, że cokolwiek więcej to dla mnie już ekshibicjonizm. Możemy oczywiście rozmawiać o swoim prywatnym życiu po pracy, ale wchodzimy w sferę prywatną, którą ja chcę chronić, bo i tak mam już za wiele informacji.

A komunikacja niewerbalna? W kontakcie z orkiestrą na przykład?
To jest właśnie magia teatru. Albo ten kontakt jest, albo go nie ma. Tak samo z publicznością. Teatr to praca zespołowa. I trzeba umieć pracować w zespole. Trzeba też mieć określony rodzaj ambicji. Nie może być za duża, bo człowiek spali się za szybko. A przesłuchania w teatrach, to w osiemdziesięciu procentach jest loteria. Zazwyczaj nie ma optymalnych warunków. Ja swoje znalazłem w Wiedniu. Ale śpiewałem masę przesłuchań, które nic nie przyniosły.

Czyli na początku nie byłeś nadmiernie ambitny?
Byłem strasznie ambitny.

A jak patrzysz na swoją karierę teraz, to co myślisz?
Myślę, że tyle rzeczy zrobiłem wbrew śpiewaniu, że jednak chyba to moje przeznaczenie. I tak musiało się skończyć.

A jeśli kiedyś tam dawno nie chciałbyś zdawać do filmówki i nie musiałbyś zdawać egzaminu z piosenki, i nie zacząłbyś uczyć się śpiewu, to może nic by z tego nie było...
Zrobiłem wszystko, żeby nie śpiewać, a zostałem śpiewakiem. Więc tak chyba musiało być. Nie wierzę w przypadki. Myślę, że na scenę trafiają ci, którzy mają to robić.

Fajnie być gwiazdą?
Nie czuję się gwiazdą. Nawet w Wiedniu, gdy publiczność wiwatuje. Gdy wychodzę do oklasków, czuję... ulgę.