Konstelacja z piegów
Naomi CC BY-NC 2.0

13 minut czytania

/ Literatura

Konstelacja z piegów

Agnieszka Słodownik

Niby robi się coraz ładniej, coraz smaczniej i coraz ciekawiej. Ale gdzieś z tyłu czai się przykre poczucie, że wpadliśmy po uszy w bolesny i smutny mieszczański scenariusz. Na takie kłopoty... Miranda July

Jeszcze 3 minuty czytania

Fantazja jest od tego, aby bawić się na całego. Bez niej robi się w życiu mrocznie, Fasolki o tym wiedziały. Kiedy zabraknie fantazji i poczucia humoru, konwencje dyszą do ucha i czają się za rogiem, gotowe w każdej chwili przyatakować. Relacje towarzyskie zaczynają niebezpiecznie krążyć wokół kilku powtarzających się kwestii: co, gdzie, za ile. Byłaś? Widziałaś? Próbowałaś? Czy warto? Niby robi się coraz ładniej, coraz smaczniej i coraz ciekawiej. Ale gdzieś z tyłu czai się przykre poczucie, że wpadliśmy po uszy w jakiś bolesny i smutny mieszczański scenariusz. Jak na rower, to w kasku. Jak seks, to w nocy. Jakby się umarło trochę. Jakby prawdziwe życie miało się toczyć już tylko gdzie indziej.
A może nie? Może tylko skrywa się odrobinę pod spodem?

Na takie kłopoty... Miranda July. Amerykańska reżyserka, aktorka, artystka, pisarka, lubi grzebać w konwencjonalnej codzienności, nie po to jednak, żeby demaskować jej fałsz. Autorka wydanej w tym roku po polsku książki „Pierwszy bandzior” znana jest głównie jako autorka filmu „Ty i ja, i wszyscy, których znamy”. A przede wszystkim July to hakerka zwyczajności, którą jednocześnie docenia i rozbraja. Jak to robi?

W projekcie „We think alone” July przez 20 tygodni rozsyłała co tydzień mejle z folderów Wysłane należących m.in. do Etgara Kereta, Leny Dunhan, Kirsten Dunst. Mejl o pieniądzach. Mejl z poradą. Mejl do mamy. Mejl o ciele. Mejl o smutku, strachu, zezłoszczony mejl. Mejl o kłopotach z komputerem. Latem i jesienią 2013 roku dostawałam co tydzień zwyczajne mejle obcych ludzi. July wrzucała mi do skrzynki skrawki ich codzienności. Dunham przeprasza mamę, że była wobec niej wredna. Keret cieszy się, że K go lubi. Bałby się mieć wroga z tak długimi paznokciami. Dunst pisze do Sandy, że sprzedaje Jessice swój samochód za 7000 dolarów. Kompletnie nie wie, jak ogarnąć papierologię, ale Warren coś wie. Mejle nie musiały wiele zdradzać, by być intymną i znaczącą cząstką osobnych kosmosów, do których July mnie wpuściła. Wprawdzie były to skrzynki wipowskie, ale nie potrzebowały kontekstu innego niż zbiór własnych doświadczeń, banalnych i powtarzalnych. Taka wstydliwa myśl: najłatwiej zbliżamy się do siebie na gruncie banału.

July przywraca uważne spojrzenie na koleiny codzienności, których nie trzeba nienawidzić, ale czasem warto z nich na moment wypaść. Jak w projekcie „Learning to Love You More”, który zainicjowała wraz z artystą Harrellem Fletcherem. Na stronie internetowej publikowali zadania do wykonania. Zrób komuś warkocz, zrób baner dodający otuchy („Nie bój się”, „Masz kręgosłup”, „Pozwól sobie na miłość”, „Odpuść”). Spędź godzinę z umierającą osobą. Zdobędziesz się na to, żeby powiedzieć jej coś od siebie? Narysuj konstelację z czyichś piegów. Kiedy ostatnio rysowałaś po skórze? Zrób ulotkę o swoim dniu. Sfotografuj bliznę i napisz jej historię. Przeczytaj ponownie swoją ulubioną książkę z V klasy. Stwórz najsmutniejszą piosenkę. Trochę wstyd tak nagle zagrać i zaśpiewać? Zrób zdjęcie dwóm obcym osobom, które trzymają się za ręce. Musisz do nich najpierw podejść, zagadać. Zrób zdjęcie twoich rodziców, jak się całują. Nie będzie cię to krępowało? Zrób zdjęcie z fleszem pod swoim łóżkiem. Co lub kto tam zamieszkał?


Miranda July przyznaje, że potrzebuje robić projekty artystyczne o innych i dla innych – dla równowagi wobec projektów mocno wczepionych w jej własne doświadczenie – żeby pozostać zdrowa na umyśle. Przy okazji hakuje zastane konwenanse. Te dyszą szczególnie łapczywie do ucha kobiet, które stają się mamami. Kobieta, przyszła matka, musi poddać się ciału i normom zmedykalizowanej ciąży. Ciało wyznacza nowe możliwości i granice funkcjonowania naszych mięśni, myśli, uczuć i dusz. My, ciężarne, posłusznie oddajemy krew i mocz, dajemy się ultrasonografować, poddajemy ocenom w ramach wyznaczonych skal, które z pokorą przyjmujemy, racz nam panie i panowie dać zdrowe dziecko. Atakują nas linki z informacjami o tym, jak wybrać imię dla latorośli i czy musi być oryginalne. Czyhają na nas produkty. Osobność wobec innych ludzi ma zostać zachwiana przez zacieśnienie relacji z własnymi rodzicami i więzy krwi, które będą domagać się swego. Narrację o wolności wyboru kobiety zachwieje najpierw kwestia jej wieku – tik-tak, wiadomy zegar tyka. A potem nadejdzie nowy człowiek, który początkowo przyklei się do nas, by następnie emancypować się i sprawdzać, jak dalece mama i tata są zasadniczy. Będzie wymagał czasu, uwagi, elastyczności, przytemperowania własnego ego, no, miłości.

July urodziła syna w 2012 roku i z tym tematem zmierzyła się, jak zobaczymy, po swojemu. A jeszcze zanim stała się mamą, była „Przyszłość”. Film opowiada o parze 35-latków, która postanawia zaadaptować kota (jaka klisza!). Z jednej strony jest niezdecydowanie i lęk przed zobowiązaniem. Z drugiej – potrzeba wspięcia się na wyższy szczebel wspólnego życia i wzięcia odpowiedzialności. Jason i Sophie znajdują salomonowe rozwiązanie dla swych dylematów: przygarną kota, któremu zostało pół roku życia (już mniej klisza). Gdy okazuje się, że w dobrych warunkach kot może jednak pożyć lat kilka, Jasona i Sophie zdejmuje strach. Na miesiąc przed ustalonym terminem przyjęcia kota do domu postanawiają zrobić wszystko, na co pozwala im wolność. Nie robią za wiele. Wątpią w siebie i swój związek. Spotykają innych ludzi, dzięki którym mogą przyjrzeć się sobie na nowo. Głównie kręcą się w kółko, uzależnieni od internetu i zagubieni w resztkach wolności, która niczemu nie służy.

Miranda July, „Pierwszy bandzior”Miranda July, „Pierwszy bandzior”. Przeł. Łukasz Buchalski, Pauza, 336 stron, w księgarniach od marca 2018Wątek uzależnienia od ruchów pozorowanych dobrze ilustruje wideoinstruktaż „A Handy Tip for the Easily Distracted”. July oferuje w nim ironiczny przepis na wolność: pozbądź się rozpraszaczy (telefonu, komputera, pęsetki) – wszystkiego, co odciąga twoją uwagę od tego, co ważne (czyli czego?). July scenarzystka tworzy przemyślny rytuał z chowania przedmiotów rozpraszających, July aktorka odgrywa go z czułością wobec obiektów natręctw. Z jeszcze większą czułością potrafi malować ludzi. Delikatność postaci w „Przyszłości” czy w „Ty i ja, i wszyscy, których znamy” – to, że pozwala im mówić spokojnie i cicho, że nigdy nie każe podnosić głosu – daje widzowi po prostu odpocząć. July twórczyni filmowa potrafi dostarczać wytchnienie i spokój w podobnym stylu jak „Patterson” Jarmuscha. Po takich filmach można uwierzyć na nowo, że warto jeszcze próbować być subtelnym człowiekiem.

July potrafi także tchnąć czułość w cyfrowe technologie. Aplikacja „Somebody”, którą wymyśliła, pozwalała poczuć dotyk nadawcy wiadomości. Był to projekt artystyczny, ale aplikacja faktycznie przez jakiś czas służyła jako komunikator i miała użytkowników. Kiedy nadawca wysyłał wiadomość, była dostarczana nie bezpośrednio na telefon odbiorcy, ale do innego użytkownika z aplikacją „Somebody”, który znajdował się najbliżej adresata. Ktoś zupełnie obcy dostarczał mu wiadomość, odczytując ją na głos bądź go przytulając.


Cenię Mirandę July za jej wyobraźnię i czułość, za dawanie sobie do nich prawa. I chętnie sięgam do jej twórczości wszelakiej: filmów, peformansów, instalacji, a teraz też książki. W takiej sytuacji rodzą się czasem nadmierne oczekiwania. Może dlatego „Pierwszy bandzior”, jej powieściowy debiut, drażni mnie jak jazda na rowerze po nierównym chodniku. Czuję niemal każde pęknięcie.

Pierwsza długometrażowa książka July to zarazem rozbudowany scenariusz nigdy nienakręconego filmu. Opowieść o neurotycznej siwiejącej Cheryl i jej przygodnej współlokatorce – młodej seksownej Clee – jest czymś pomiędzy kobiecą trawestacją „Fight Clubu” a twórczym przetworzeniem doświadczenia ciąży i narodzin dziecka samej July. To emanacja stawania się matką. Kiedy Clee wprowadza się do Cheryl, poukładany świat bohaterki kruszy się jak stary makowiec. Brudne naczynia piętrzą się w zlewie. Kanapa kryje pomiędzy poduchami coraz więcej wrogich okruchów odgrzewanych mrożonek. Cheryl jest sfrustrowana i jednocześnie ekstremalnie wycofana: zero granic, zero godności. Clee robi, co chce. Cheryl w końcu postawi się Clee, w ruch pójdą pięści. Nie raz, nie dwa. Uwalniając kumulowaną agresję, Cheryl poczuje się lepiej, a wyzwolona z konwenansów Clee przyjmie to ze zrozumieniem. W domu wciąż będzie panować syf, ale pęczniejąca w gardle Cheryl gula wreszcie się powoli rozpłynie. Clee i Cheryl można potraktować jak dwa przegięte ucieleśnienia samej July: jedna neurotyczna i siwiejąca, druga drapieżna i bez zahamowań. Autorka przyznała w jednym z wywiadów, że w równoległej rzeczywistości mogłaby stać się kimś takim jak Cheryl. Ale nie staje się. Może dzięki wewnętrznej Clee.

Miranda July, rys. Tomasz MajewskiMiranda July, rys. Tomasz Majewski

Wprawienie w ruch damskich pięści może jest jakoś wyzwalające – wiadomo, kobietom bić się nie wypada. Ale wyzwalające dla bohaterek, nie dla mnie. Niby to jakoś logiczne, że Cheryl zaczyna się bić, w końcu pracuje w szkole samoobrony dla kobiet, która zbija pieniądze na wideo łączącym kurs samoobrony z fitnessem. Mnie to jednak zgrzytało, stworzony przez July świat stawiał mi opór, nie potrafiłam do niego wejść. Może to kwestia tłumaczenia? Nie brak tu zdań w stylu: „Twoja miłość, odwaga i chęć dyskutowania pomagają mi przebyć każdy dzień”. Przebyć dzień? To nie pomaga. A może to kwestia medium? Sposób pisania July naznaczony jest doświadczeniem performersko-filmowym. July nie myśli językiem, tylko obrazem w ruchu: „Gdybyśmy występowali w filmie, zrobiliby w tym miejscu montaż: ja naciągam nylony, on poleruje buty, ja czeszę włosy i tak dalej”.

Wolałabym „Bandziora” zobaczyć jako film, bo July ma oko do tworzenia ruchomych obrazów i, za przeproszeniem, projektowania postaci. W „Ty i ja, i wszyscy, których znamy” i „Przyszłości” główna bohaterka – odgrywana przez samą July – operuje na delikatnych półtonach. Uroda July ma potencjał instagramowy: duże usta i oczy, burza loków, smukłe nogi i szczupła sylwetka. Ale w swych ekranowych wcieleniach z lubością zdaje się ją przygaszać. Garbi się i nosi ciuchy, którym dano drugą i trzecią szansę. Identyfikuję się z takim kierunkiem działań wokółcielesnych. Zmniejszyć – nie eksponować. Wyciszyć. Tymczasem w książce postaci są rozbuchane, przerysowane, to czytelniczkę od nich oddala.

July pisała „Bandziora” w trakcie ciąży i po urodzeniu syna. Jak ujęła to w rozmowie z „Guardianem”, w ciąży była w swoim ciele bardziej niż kiedykolwiek przedtem i to ciało domagało się obecności w książce. Fabuła zdaje się podążać za trajektorią ciążowych napięć: najpierw bunt i agresja wobec ciała przejmującego wodze nad głową (wiadomo, bywa to mało sympatyczne: całodniowe mdłości, duszności, zapominanie o mejlach, które się wysłało, supeł na języku), potem zatopienie się w nowych stanach – fizyczne spowolnienie, duchowe otwieranie się na nadchodzącą powoli osobę.

Może dlatego relacja Cheryl i Clee z agresywnej staje się erotyczna. Seks, który zastępuje walkę kobiet, nie od razu przybiera formę fizyczną. Więcej w tym jest fantazji i wyobrażeń, rekonfigurowanych płciowo połączeń. Cheryl często wyobraża sobie, że jest mężczyzną, który uprawia seks z Clee (konkretnie Philipem – kolegą z pracy, obiektem westchnień). Dużo jest tych fantazji – zmysłowych, tłustych i mokrych. Może to również efekt pisania w ciąży, która potrafi rozjuszyć id do czerwoności. Bywały momenty, że przerywałam lekturę.

Tym, co zachwyca mnie u July filmowej, jest jej uważność wobec ludzkich małych spraw i umiejętność opowiadania o nich z subtelną fantazją. Fantazje July pisarki są znacznie bardziej dosadne: Patterson zapisuje się do Fight Clubu? Wracając jednak do rozwalania konwencji: „Pierwszy bandzior” na pewno jest dziki i nieujarzmiony. Wykluwanie się matki w kobiecie i powstawanie rodziny to tożsamościowy przełaz, a nie spełnienie misji płci, artykuł parentingowy i wyprawka z Allegro. Za to ukłony – że July sobie i nam na to pozwala.