Zmierzch nowych brzmień
Tiger Pixel CC BY-NC-ND 2.0

17 minut czytania

/ Muzyka

Zmierzch nowych brzmień

Bartosz Nowicki

Nowa muzyka, nowe brzmienia, muzyka przyszłości. Te niefortunne terminy do dziś służą jako synonimy muzyki elektronicznej. Tymczasem gatunek coraz chętniej celebruje swoją przeszłość. Rock’n’roll umarł. Punk umarł. A elektronika?

Jeszcze 4 minuty czytania

W dywagacje o starzeniu się elektroniki nie ma co wplątywać Luigiego Russolo (choć jego manifest „Sztuka hałasów” z 1913 roku do dziś pozostaje istotną inspiracją dla młodych twórców), eksperymentalnych laboratoriów radiowych, w których współcześni kompozytorzy kładli podwaliny muzyki elektronicznej. Pominąć można też zespół Kraftwerk, którzy pomimo ogromnego wpływu, jaki wywarł na popkulturę, nagrywał muzykę zbyt elitarną, aby pociągnąć za sobą rzeszę naśladowców zdolnych poczynić rewolucję na miarę punk rocka. Rewolucja przyszła w latach 90. wraz z powszechnym dostępem do samplerów, automatów perkusyjnych i muzycznego software'u. Wypełzła z sypialni, spod rąk domorosłych didżejów i producentów tworzących i miksujących techno, house, czy breakbeat. Drogą przez nielegalne rejwy i undergroundowe kluby, eksplodowała z takim impetem, że szybko stała się prężną gałęzią popkultury.

Napisana przed siedmioma laty „Retromania” Simona Reynoldsa, często dziś komentowana za sprawą polskiego przekładu Filipa Łobodzińskiego, w licznych przykładach przytacza patologiczny mechanizm pochłaniania przez przemysł nostalgii najbardziej rewolucyjnych gatunków z historii muzyki rozrywkowej. Jednym z chorobliwych objawów wszechobecnej dziś retromanii jest według autora „umuzealnienie” muzyki. Jak pokazuje historia, rock’n’roll, punk i inne wywrotowe manifestacje prędzej czy później kończą w rękach kolekcjonerów i w muzealnych gablotach. Nie ma co się łudzić, że podobny los nie dotknie muzyki elektronicznej.

UP TO DATE, Białystok 7–8 września 2018

Up To Date Festival to białostocki festiwal muzyki i sztuk wizualnych, zainicjowany przez środowisko działaczy kultury i artystów skupionych wokół Stowarzyszenia Pogotowie Kulturalno-Społeczne.

Festiwal Up To Date łączy muzykę z innymi dziedzinami sztuki – wszystko w duchu DIY („zrób to sam”). Na czterech festiwalowych scenach wystąpią m.in.: Goldie, Electric Indigo, Mumdance, Rrose, E.R.P. aka Convextion, Abul Mogard, FACE, Lorn live, Dolor live, Luxor live i Teste live.

Więcej informacji na stronie festiwalu

W tym roku swoje podwoje otworzyć ma Muzeum Współczesnej Muzyki Elektronicznej we Frankfurcie nad Menem (Museum of Modern Electronic Music). Odpowiedzialni za ten projekt Alex Azary i Talla 2XLC to didżeje związani z przaśną odmianą muzyki klubowej spod znaku Love Parade, festiwalu Mayday i niemieckiej telewizji muzycznej Viva. Choć plany na działalność muzeum wydają się ambitne i egalitarne („Celem MOMEM jest nie tylko pokazanie różnych stylów muzycznego spektrum muzyki elektronicznej w zakresie gatunków i stylów, ale także, a przede wszystkim pełnego spektrum dziedzin twórczych związanych z muzyką elektroniczną i kulturą klubową, takich jak projektowanie graficzne, wizualizacje, wideo, sztuka, fotografia, moda, technologia, a także aspekty historyczne uwzględniające sceny, miasta, kluby, etykiety, wydarzenia i artystów, którzy wnieśli ważne impulsy lub wyznaczają kamienie milowe gatunku” – czytamy na stronie muzeum), to jednak reputacja artystyczna pomysłodawców każe podchodzić do tej idei z rezerwą.

Podobnie jak do ekspozycji MOMEM, w skład której mają wejść m.in. artefakty z archiwum szwajcarskiej grupy Yello, czy Svena Vatha, weterana klubowej sceny i rezydenta mekki klubowiczów, klubu Pacha na Ibizie; także założyciela zasłużonej w latach 90. wytwórni Cocoon, w której pierwszą swoją płytę długogrającą wydał Jacek Sienkiewicz. Zapowiada się zatem wystawa skomponowana podług instrukcji Simona Reynoldsa, opisującego praktyki kolekcjonerskie rockowego Hall of Fame. Instrumenty, plakaty, flyersy, garderoba, wycinki z gazet, nośniki, wydawnictwa, publikacje w prasie, rejestracje wideo, z tą różnicą, że zamiast muzealnych kapci, widzowie będą mieć na rękach białe rękawiczki, a w ustach dodający animuszu gwizdek. Reynolds w swojej książce dostrzegł ów kiełkujący proceder mumifikacji kultury rave, poświęcając kilka akapitów opisom kuriozalnych prób spieniężenia pod postacią unikalnych obiektów kolekcjonerskich maszynowo kopiowanych ulotek rave parties.

Z udaną próbą zamknięcia kultury rave w wystawowych ramach mogliśmy spotkać się dwa lata temu na gdyńskim Open'erze. O fenomenie raczkującego nad Wisłą w połowie lat 90. undergroundu muzyki elektronicznej opowiadała wystawa „140 uderzeń na minutę” przygotowana w 2016 roku przez Muzeum Sztuki Nowoczesnej. W przypadku tej ekspozycji rave stanowi medium dla nowego, inkluzywnego otwarcia w sztukach wizualnych, zdominowanych dotąd przez nurt krytyczny. Jeden z najciekawszych momentów polskiej sztuki współczesnej wzgardził bowiem fermentem pierwszych owoców transformacji w postaci nielegalnych techno parties, swobodą obyczajową, czy kolektywną energią, pozostawiając szeroki obszar do zagospodarowania dla artystów, którzy zachłysnęli się nową elektroniczną ekspresją. Powodzenie wystawa zawdzięczała udanej ucieczce przed upupieniem, polegającej na rezygnacji z praktyk kolekcjonerskich i próby odtwarzania historii, na rzecz przywołania ducha czasu i miejsca. Anka Herbut na łamach „Dwutygodnika” opisywała wydarzenie jako wystawę, którą można oglądać lub odbierać czysto sensorycznie, a nawet tańczyć.

Innym, rodzimym przykładem na to, że muzyka elektroniczna nie jest impregnowana na aurę popkulturowej nostalgii, mogą być czynione w ostatnich latach karykaturalne próby reaktywacji łódzkiej Parady Wolności. Jawiące się dla wielu niczym niesmaczny seans spirytystyczny, mający na celu wyciągnięcie trupa z szafy i zmonetyzowanie niegdysiejszej jego sławy, na modłę powrotów rockandrollowych dinozaurów.

Symbolicznym rokiem, jeśli wziąć pod uwagę kierunek i dynamikę rozwoju muzyki elektronicznej, był 2013 Wtedy też zbiorowa nostalgia objawiła się na wszystkich poziomach popkultury od mainstreamu po głębokie nisze. Bodaj najbardziej brawurową woltą od teraźniejszości była premiera płyty „Random Access Memories“ (2013) francuskiego duetu Daft Punk. Potraktować ją można jak muzyczną ilustrację idei retromanii wyrażonej w książce Reynoldsa z 2011. Oto duet, który w 1997 roku odkrywa dla popkultury house, wzniecając rewolucję na parkietach płytą „Homework”, po 16 latach nagrywa materiał, którego repertuar, produkcja i wykonanie brzmią jak z lat 70. ubiegłego milenium. W 2013 z niebytu wraca także kultowy szkocki duet Boards Of Canada z płytą „Tomorrow's Harvest”. Zabiera ona słuchaczy w dźwiękową podróż po smakach, dźwiękach i kolorach dzieciństwa, kreując zbiorowy hauntologiczny spektakl. Do tego grona dołączył także Daniel Lopatin, nagrywając pod nazwą Oneohtrix Point Never jedną ze swoich najważniejszych płyt „R Plus Seven”, na której fetyszyzuje fabryczne dźwiękowe presety elektronicznych sprzętów z lat 80. i 90., hipnotyzując słuchaczy zamglonymi widmami zbiorowej pamięci.

Podczas gdy jedni kolekcjonują, inni zaś wywołują duchy, po drugiej stronie barykady pozostają ci, którzy przez kolejne dekady zmieniających się trendów i stylistyk nadal stanowią awangardę gatunku, opierając się pokusom retromanii. Tyczy się to choćby pionierów elektronicznego eksperymentu, duetu Autechre, którzy od debiutu w 1993 nieustannie rozwijają swą dźwiękową ideę. Ich tegoroczne, monumentalne (ośmiogodzinne) wydawnictwo „NTS Sessions 1–4” jest kolejnym epizodem konstruowania abstrakcyjnej dźwiękowej architektury, o której recenzent Pitchforka napisał, że „tak Karlheinz Stockhausen wyobrażał sobie muzykę przyszłości”. Próżno w historii muzyki elektronicznej po '90 roku szukać drugiej tak konsekwentnej kreacji. Ekspresji szalenie wymagającej, skomplikowanej i abstrakcyjnej, wymykającej się wszelkim próbom opisu oraz stale przesuwającej granice wyobraźni dźwiękowej.

Równie wierni swojej idée fix pozostają Niemcy z duetu Mouse on Mars. Warsztat duetu to od niemal 25 lat wypadkowa własnoręcznie zaprojektowanych instrumentów, software’u i aplikacji. Do komponowania swoich abstrakcyjnych, często tanecznych i przebojowych kompozycji używają najnowszych technologii z dziedziny programowania i robotyki. Jednak równie ważny w ich twórczości jest czynnik ludzki w postaci żywych (choć często sterowanych oprogramowaniem) instrumentów i wokali, nieobecnych zupełnie w twórczości Autechre. Andi Toma i Jan St. Werner uwielbiają piosenki. Duża część ich nawet najbardziej eksperymentalnych nagrań jest wzbogacona o wokalizy. W przypadku „Dimensional People” za wokale odpowiada cała plejada zaproszonych gości z Justinem Vernonem (Bon Iver) na czele. Mouse on Mars równie często podejmują flirt z aktualnie popularnymi w muzyce elektronicznej trendami. Przykładem może być wydana w tym roku płyta „Dimensional People”, która podług deklaracji miała kontynuować wątki z epki „Synaptics” (2017), reinterpretujące modny od kilku sezonów footwork. Mimo użycia zaawansowanych technologii album Niemców brzmi zaskakująco rustykalnie i folkowo; jest bodaj najbardziej przystępnym i popowym albumem w ich karierze.

Wśród klasyków muzyki elektronicznej forsujących granice gatunkowe częstym (bądź równoległym) etapem rozwinięcia dźwiękowej ekspresji staje się pole sztuki konceptualnej, filmowej, także nauka i filozofia. Na wszystkich wspomnianych frontach od kilku dekad z niewyczerpanym zasobem inspiracji i wyrazistą dźwiękową gramatyką tworzy Carsten Nicolai (Alva Noto). Jego wydawnictwo Noton (do niedawna Raster-Noton współtworzone z Olafem Benderem i Frankiem Bretschneiderem) wraz z frankfurcką oficyną Mille Plateaux pod koniec milenium transponowało filozoficzne tezy postmodernistów na język cyfrowej awangardy dźwiękowej i wizualnej, kładąc podwaliny pod cyfrową estetykę glitch i techniki mikrosamplingu. Jako Alva Noto pozostaje wierny swojemu rozpoznawalnemu minimalistycznemu stylowi i hi-endowej jakości dźwięku, przykładem jest jego nowa płyta „Unieqav”. Nicolai, z wykształcenia architekt i projektant krajobrazu, intrygująco łączy dźwięk z przestrzenią, znajdując dla tych połączeń konceptualne formy, wychodzące poza granice muzyczne i dźwiękowe. Jedna z jego ostatnich instalacji dźwiękowych została zainspirowana teorią kwantowego stanu splątanego. Nagrywając w duecie z japońskim kompozytorem Ryuichi Sakamoto, sprawdza się również w roli twórcy muzyki filmowej. Ich wspólne dokonania mogliśmy podziwiać ostatnio w „Zjawie” Alejandra Gonzáleza Iñárritu.

Nie wszyscy rewolucjoniści muzyki elektronicznej są tak wyrafinowani formalnie jak Autechre, Alva Noto czy Mouse on Mars. Uznani twórcy muzyki klubowej sięgają także po strategie rodem z muzyki rockowej, wzbogacając swoją dyskografię o wydawnictwa z orkiestrą symfoniczną, tak jakby ów anturaż na pewnym etapie kariery był niezbędny do potwierdzenia statusu. Carl Craig, luminarz techno z Detroit, zainaugurował tegoroczną edycję festiwalu Tauron Nowa Muzyka koncertem z Narodową Orkiestrą Symfoniczną Polskiego Radia, repertuarem pochodzącym z ubiegłorocznej płyty. „Versus”, jeśli chodzi o brzmienie, jest płytą spektakularną, formalnie sięga jednak do najprostszych wzorców łączenia muzyki klubowej z muzyką klasyczną, w której orkiestra odgrywa rolę samplera. Sekwencyjnie zakomponowane żywe instrumenty podporządkowane są tanecznej dramaturgii wyznaczanej kolejnymi kumulacjami.

Wspomniani artyści, rozpoczynając swoją artystyczną działalność w latach 90., mieli ogromny wkład w rozwój elektroniki, zarówno w odmianie eksperymentalnej, jak i klubowej. Swoimi niepodrabialnymi nagraniami wyżłobili w gatunku własne niepowtarzalne nisze, w których do dziś pozostają niedoścignieni i dzięki którym dorobili się statusu klasyków. Nadużyciem byłoby jednak stwierdzić, że ich twórczość w dalszym ciągu nadaje rozpędu gatunkowi. Takie ambicje ma natomiast Björk, która przy okazji każdej kolejnej premiery drenuje scenę, zapraszając do współpracy aktualnie najzdolniejszych i najciekawszych elektronicznych producentów (Arca). Niestety potencjał twórczy zaproszonych gości traktowany jest przez nią szalenie partykularnie do projektowania swojej od lat przewidywalnej hybrydy popu.

Każda rewolucja kończy kiedyś swój bieg, stając się konwencją, a tym samym gałęzią przemysłu popkultury. Nawet jeśli napędza ją bliska relacja z nowymi technologiami niwelująca bariery sprzętowe, granicą rozwoju staje się wyobraźnia twórców. Muzyka elektroniczna w nowym milenium stopniowo wytraca dynamikę rozwoju. Można odnieść wrażenie, że od lat drepcze w miejscu, w którym zmiany następują jedynie przez wewnętrzne mutacje mikroestetyk. W ciągu 30 lat od rejwowej rewolucji pokoleniowa pętla trendów i upodobań kolejny raz pozwoliła przeżyć fascynację techno czy grime. Coraz częściej też elektronika upomina się o status klasyka. Tym samym myśl o rejwowych dancingach, techno muzeach, elektronicznych recitalach, encyklopediach, almanachach, pamiątkach, kolekcjach i biografiach przestaje szokować, podobnie jak muzea punk rocka, o których pisze Reynolds.

W kontekście starzenia się muzyki elektronicznej warto jeszcze wspomnieć o jej słuchaczach. Niespełna miesiąc temu natrafiłem w sieci na transmisję didżejskiego pojedynku Laurenta Garniera (legendy francuskiej muzyki klubowej) z Sethem Troxlerem (uznawanym w ostatnich latach za jednego z najlepszych didżejów na świecie). Tym, co w szczególności przykuło moją uwagę, był szeroki przedział wiekowy roztańczonych imprezowiczów zgromadzonych w przestronnej hali goszczącej jedną ze scen francuskiego festiwal Nuits Sonores 2018. Obok siebie bawiły się co najmniej dwa pokolenia wielbicieli muzyki elektronicznej. Widok ten wydał mi się o tyle zaskakujący, że w czasach kiedy osobiście przecierałem łódzkie parkiety, najpierw przy drum’n’bassowych synkopach, potem w electroclashowej gorączce, obecność osób „zaawansowanych wiekowo” była jedynie przypadkowa i zwiastowała najczęściej nalot policji lub zatroskanych rodziców poszukujących swoich pociech. Nawet na imprezach odbywających się w przestrzeni publicznej, jak Parady Wolności, o których na łamach „Dwutygodnika” zajmująco pisał Kuba Bożek, trudno było dostrzec osoby w „dostojnym” wieku, które świadomie czerpałyby radość z uczestnictwa w mechanicznych bachanaliach. Od czasu kiedy kolorowy tłum w białych rękawiczkach i fluoro fryzurach przedefilował ulicami Łodzi, elektroniczna muzyka klubowa i eksperymentalna zanotowała pokoleniowy interwał. Niegdysiejsi uczestnicy rejwów, dziś właściciele odkurzaczy i przeciwpyłowych masek, realizują się często w branżach kreatywnych i aspirują do reprezentantów klasy średniej. Są zatem znakomitym kąskiem dla handlarzy nostalgią. To dla nich otwiera się muzea muzyki elektronicznej, organizuje wystawy, wydaje bogate reedycje kultowych płyt, zaprasza klasyków gatunku

Rodzice i dziadkowie na UP TO DATE

Akcja 50+ to jeden z projektów społecznych w ramach festiwalu UP TO DATE, mający na celu integrację fanów muzyki techno z pokoleniem ich rodziców i dziadków. Każda osoba mająca powyżej pięćdziesięciu lat może uczestniczyć w  festiwalu za darmo. Wystarczy dowód osobisty. Więcej informacji na stronie UP TO DATE.

To, co dobrego wynika ze starzenia się gatunku, to fakt, że kiedy muzyka traci swój wywrotowy charakter, przestając być manifestacją młodzieżowego buntu, paradoksalnie staje się bardziej demokratyczna i wspólnotowa. Jako dyscyplina dojrzała i samoświadoma zatraca stereotypy, które dotąd tak wyraźnie wytyczały granice wtajemniczenia. Doskonale zdają sobie sprawę z tego faktu kuratorzy i organizatorzy, planując festiwalowe line-upy tak, aby trafiły do jak najszerszej grupy odbiorców. Na rodzimym gruncie przykładem tak wszechstronnego myślenia o muzyce i jej promocji są twórcy białostockiego Up To Date Festival. Kolejne edycje promowane są spotami wideo, w których na festiwal zapraszają m.in. reprezentanci pokolenia rodziców i dziadków organizatorów. Uczestnicy Up To Date powyżej pięćdziesiątego roku życia mają zagwarantowany bezpłatny wstęp na wydarzenia. W tegorocznym line-upie również postawiono na szeroką rozpiętość metrykalną zaproszonych wykonawców. Obok młokosów (OTSOCHODZI, Żabson, LSDXOXO, Phase Fatale) zaproszeni zostali weterani sceny, którzy rozkręcali zjawisko klubowej rewolucji jeszcze w latach 90. ubiegłego stulecia (m.in. Goldie, Electric Indigo, bvdub).

W jednym ze spotów zapowiadających edycję festiwalu Up To Date w 2011 plejadę elektronicznych wykonawców (m.in. Aux 88, Robert Hood, czy Biosphere) zapowiadają białostoccy seniorzy, którym metrykalnie bliżej raczej do repertuaru Mieczysława Fogga. Można uznać to za udany viralowy żart, ale również potraktować jako projekcję wcale nie tak dalekiej przyszłości. Techno dancing na turnusie w Ciechocinku? Wchodzę w to!

Cykl tekstów o muzyce elektronicznej powstaje we współpracy ze Stowarzyszeniem Pogotowie Kulturalno-Społeczne, organizatorem festiwalu UP TO DATE, który odbywa się w dniach 7 września – 8 września 2018 w Białymstoku.