Opowiem ci swoją historię
Gerd Leonhard CC BY-SA 2.0

14 minut czytania

/ Literatura

Opowiem ci swoją historię

Anna Marchewka

Czy antologia „znowu pragnę ciemnej miłości” to polska odpowiedź na instapoezję? Nie trzeba się nagłowić, żeby odpowiedzieć zdecydowanie: nie

Jeszcze 4 minuty czytania

„Poezja to jest nowy pop, człowieku” – powiedział ostatnio Jimmy Fallon, witając Rupi Kaur promującą „Słońce i jej kwiaty”, swoją drugą, po „Mleku i miodzie”, przebojową książkę. Najsłynniejsza chyba autorka wpisywana w nurt tak zwanej poezji instagramowej podzieliła się przekonaniem, że trzeba zostać gwiazdą pop lub aktorką, by trafić do „The Tonight Show Starring Jimmy Fallon”. Bo nie z powodu wartości artystycznych wierszy albo szczególnego zainteresowania gospodarza poezją Kaur zasiadła w tym samym fotelu, co Armie Hammer, Shaquille O’Neal czy Whoopi Goldberg. Status autorki „Mleka i miodu” lepiej porównać z gwiazdami show-biznesu. Mocna obecność w nowych mediach, a przez to zasięg i wpływ na szerokie rzesze odbiorców jest tutaj decydujący. Poezja to nowy pop tylko wtedy, gdy nie o tekst chodzi, ale o popularność. Może zatem należałoby powiedzieć: poezja to nowy produkt, który można reklamować i sprzedawać jak każdy inny?  A jeśli tak, to czy na pewno się to opłaca?

Jeśli potraktować nowe media i przemysł rozrywkowy jak platformę umożliwiającą docieranie z przekazem do jak największej grupy odbiorców oraz jako szansę na poszerzenie definicji literatury, to świetnie dla poetek i poetów oraz ich wierszy. Rzecz w tym, oczywiście, by wykorzystując tę przestrzeń, nie dać się sformatować i nie wytracić mocy twórczej. Ale przecież to nic nowego, bo tradycyjny obieg literacki od kłopotów rynkowych i niebezpieczeństw związanymi z modnymi ramami też nie uciekł. Wiadomo już, że książka jest produktem, wiadomo też, że nie tylko. Poezja instagramowa mogła zaistnieć dzięki nowemu, wirtualnemu obiegowi kultury i za tę nowość nadal zbiera cięgi. W wymierzaniu ciosów przodują krytyczni puryści, którzy nie mają wątpliwości, co poezją jest, a co na pewno nie. A co, jeśli nie mają racji? A co, jeśli nie o pewność tu chodzi?

Humory i lekarstwa, czyli poczuj się lepiej

Instapoezja to nie tylko, jak chcieliby jedni, pokaz możliwości grafomanów i grafomanek, których twórczość nie przeszłaby przez sito zawodowych krytyków i recenzentów. W tym sposobie myślenia kryje się założenie, że pracujący w wydawnictwach nie popełniają błędów, wyławiają wszystko, co jest tego warte. Wiara w nieomylnych zawodowców jest jednak podejrzana i raczej podszyta hierarchicznymi uprzedzeniami. Samizdaty – a przecież tak zaczynała Kaur, od rysowania, pisania i samodzielnego publikowania, jej prace odrzucane były przez zawodowców po wielokroć – mają swoje dobre tradycje, nie tyle jako przyklaskiwanie obowiązującym normom i wartościom, ale jako narzędzie niezgody,  oporu czy nawet twórczej rozróby wymierzonej w system. Takie prywatne przedsięwzięcie może mieć dodatkowo wymiar terapeutyczny.

To przypadek nie tylko autorki „Mleka i miodu”, ale także innej gwiazdy wywodzącej się z nowych mediów: również córki imigrantów z Pendżabu, również wychowanej w tradycji sikhijskiej, ale urodzonej już w Kanadzie (Kaur przyjechała tam jako czterolatka) – czyli aktorki i gwiazdy YouTube’a Lilly Singh. Nie tylko na macierzystym kanale jutubowym (dobrym przykładem może być „Draw My Life”), ale i w pełnometrażowym „A Trip tu Unicorn Island” (2016) Singh opowiada swoją historię: rodziny, dorastania i załamania. Pokazuje, jak obracać napiętnowanie w coś pozytywnie wyróżniającego; jak to, co postrzegane jako ułomność czy słabość, przerobić na źródło energii; jak filmy wstawiane na YouTube’a pomogły jej w wychodzeniu z depresji.

Z dużym prawdopodobieństwem to poszukiwanie lekarstw i odpowiedzi skłania miliony osób z całego świata do śledzenia działań artystycznych Kaur czy Singh. Obie pracują na scenie, wpisując się w tradycje spoken-word, potężnej części literatury światowej, choć w Polsce nadal mało upowszechnionej. Wyjątek stanowią opierające się na rywalizacji slamy, ale wpisana w nie konieczność przegrywu nijak ma się do jednej z istotniejszych spraw w instapoezji: drogi nie tyle samodoskonalenia, ile autoterapii i akceptacji, tworzenia systemu samopomocy, w którym książki nie są pierwsze i najistotniejsze.

Jeśli przyjrzeć się kilku choćby artystkom z nurtu instapoezji, takim jak Lang Leav, która z powodzeniem spróbowała sił w prozie (debiutancka powieść „Sad Girls”), czy Warsan Shire, można dostrzec, że w ich przypadku użycie nowych mediów ma szczególny sens. Właściwie wszystkie z tych autorek to dziedziczki uchodźstwa: Leav urodziła się w obozie dla uchodźców, jej rodzice uciekali przed Czerwonymi Khmerami; Shire to Somalijka urodzona w Kenii, trafiła z rodzicami do Wielkiej Brytanii jako roczne dziecko. Ta druga mówi w wierszu „Home” (Dom): „No one leaves home unless/ home is the mouth of a shark. You only run for the border/ when you see the whole city/ running as well” (Nikt nie opuszcza domu chyba że / dom to rekina paszcza. Biegniesz ku granicy tylko wtedy / gdy całe miasto biegnie także). To tutaj pada słynna już, cytowana często fraza: „Nikt nie wsadza dzieci na łodzie, chyba że na wodzie jest bezpieczniej niż na lądzie”. Twórczością Shire zainteresowała się Beyoncé i zaadaptowała ją na płycie „Lemonade”. Po sukcesie „Lemonade” wznowiono „Teaching my mother how to give a birth” i antologię „The Salt Book of Younger Poets” z wierszami młodej i zaangażowanej poetki.

Za to inna przedstawicielka instapoezji, Nayyirah Waheed, rzadko pojawia się w przestrzeni publicznej. Wiersze Waheed noszą ślady wpływu autorek takich, jak Sonya Sanchez („Poem for Some Women”), Nikki Giovanni („Gemini”), nawet Gwendolyn Brooks („We Real Cool”), ale przede wszystkim Maya Angelou („And Still I Rise”). W jej wyraźnie samopomocowych wierszach widać możliwy wysiłek zmiany myślenia o sobie i o swoim miejscu w świecie:

where/ you are./ is not/ who/ you are (circumstances)
[to, gdzie jesteś/ nie jest tym, czym jesteś (okoliczności)]

„no”/ might make them angry/ but/ it will make you free.
– if no one has ever told you, your freedom is more important than their anger
[„nie”/ może ich rozgniewać/ ale ciebie uwolni.
– jeśli nikt ci nigdy nie powiedział, twoja wolność jest ważniejsza niż ich gniew] 

Te, jak czasem się mawia, „soul poems”, przywołują „Super Soul Sunday” Oprah Winfrey. Sama Winfrey w płomiennych przemówieniach i mocno perswazyjnych, a nawet popterapeutycznych rozmowach dokłada kolejny rozdział do historii zapoczątkowanej podczas renesansu w Harlemie. Wtedy to Langston Hughes stworzył jazz poetry, nową formę literacką, która przez cały następny wiek inspirowała wszelkie formy kontrkulturowej działalności poetyckiej, od bitników do hip-hopu, łącznie z ruchem walki o prawa obywatelskie – od porywających mów Martina Luthera Kinga Jr. czy Malcolma X do działalności grupy The Last Poets („When the Revolution Comes” z płyty „The Last Poets” z 1970 roku), która stworzyła podwaliny między innymi współczesnego, zaangażowanego hip-hopu.

Insta czy instant

Piszę to wszystko w kontekście niedawnej premiery antologii „znowu pragnę ciemnej miłości”, na którą składają się wiersze między innymi Marcina Świetlickiego, Julii Fiedorczuk, Haliny Poświatowskiej, Anny Świrszczyńskiej, Rafała Wojaczka czy Agnieszki Wolny-Hamkało, i w kontekście pytań stawianych tej książce, z których jedno jest najbardziej uderzające: czy to polska odpowiedź na instapoezję? Nie trzeba się nagłowić, żeby odpowiedzieć, i to zdecydowanie: nie.

Za to książkę Katarzyny Nosowskiej „A ja żem jej powiedziała…” można spokojnie potraktować jako bardzo polską odpowiedź na instafenomeny. Teksty utworów wykonywanych przez Nosowską traktowane były jak pop-poezja właśnie, a kreacja i wizerunek neurotycznej, autentycznej i niezepsutej przez lokalny szoł-biznes swojskiej dziewczyny latami zachowywał świeżość. Z tego, co z początku wydawało się niefrasobliwymi zabawami artystki scenicznej, której słowa działały na niejedno pokolenie słuchaczy i słuchaczek, z czasem okazało się materiałem na książkę. I to taką, która zdążyła jednych zachwycić, innych głęboko rozczarować, kłócono się może nawet nie tyle o samą książkę, ile o to, ile wolno autorce-instytucji. Dość jasne jest przecież, że ta książka jest tradycyjnym przedłużeniem działalności Nosowskiej, najważniejsza jest postać autorki i wysoce emocjonalna, oparta na głębokiej lojalności relacja z odbiorcami. „A ja żem jej powiedziała…” została zaprojektowana tak, by poruszać struny niedojrzałości, ale nie po to, by chronić miejsca wrażliwe, lecz by zalewać je grubą warstwą lepiku. Książka Nosowskiej wygląda również tak, jak książka insta wyglądać powinna: ma sporo elementów graficznych i złotych myśli – składa się z samych gotowych odpowiedzi. Jednak – inaczej niż w przypadku, dajmy na to, Singh, odgrywającej scenki rodzajowe, w których gra możliwie wiele postaci – trudno odbierać je jak działania zmierzające ku swobodzie. Singh śmieje się życzliwie, również z siebie, nie po to, by zranienia pogłębiać, ale by wytrząsnąć z siebie ból. W przypadku Nosowskiej chyba jest inaczej. Te myśli zebrane z instagrama i złożone w książkę ostatecznie ledwo pozorują ruchy ku zmianie.

Poetka Joanna Lech, autorka wyboru wierszy zebranych w antologii „znowu pragnę ciemnej miłości”, z powodzeniem używa nowych mediów do budowania atrakcyjnego i nośnego wizerunku, raczej korespondującego z szeroko rozumianym selfiefeminizmem niż z instapoezją. Antologia, tak na oko, przykrojona została do popularnego wzoru: książka jest ładna urodą oczywistą, czyli zawiera charakterystyczne, szkicowe ilustracje, zaś na ciemnogranatowej (jak noc zapewne, czas miłości) okładce mamy posrebrzaną czarną dziurę.

Zbiór otwiera wstęp w formie najbardziej intymnej, czyli pełen zwierzeń list, „wsunięty”, jak pisze autorka, w „tom” pełen jej ulubionych wierszy. Chce się podzielić tym, co sama lubi, i przede wszystkim nawiązać bardzo bliski kontakt z odbiorcą, do którego zwraca się wprost pytaniami jak to otwierające: „O czym myślisz, kiedy myślisz o miłości?”, nawiązujące do tytułu słynnego zbioru opowiadań Raymonda Carvera „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości”. Ale jeśli Carverowi na błyskotliwych puentach raczej nie zależało, to w liście Lech wydają się najważniejsze: domknięcie, dopowiedzenie i ustawienie lektury zebranych w książce wierszy na dobre i natychmiast – byłby to zatem bardziej instant niż insta.

Wstęp do tej antologii prezentuje autorkę wyboru jako postać łaknącą natychmiastowego kontaktu z czytelnikiem, tworzy też iluzję – trochę jak z tekstu reklamowego – wyjątkowości tego lekturowego już nie zrozumienia, ale zjednoczenia. Trudno czytać zgromadzone w książce wiersze, nie pamiętając o autorce listu, której sugestywna i wyrazista obecność działać może również w drugą stronę, czyli zwyczajnie sprawiać lekturową trudność.

Żeby tylko poszło do ludzi

Chwyty stosowane we wstępie do „znowu pragnę ciemnej miłości” są niewysokie: w ramach zachęty do lektury dostajemy niby osobistą, niby mocno intymną historię. Ale gdy przyjrzeć się uważniej, coś w tym obrazie zgrzyta, a do obiecanego prywatnego spotkania wcale nie dochodzi. Dostajemy za to porządną, tradycyjną książkę z bardzo dobrymi wierszami. A jednak nie o układanie wierszy w „znowu pragnę ciemnej miłości” chodzi, bo alfabetyczna kolejność nie dotyczy tytułów, ale autorów i autorek. Nie jest to zatem książka ułożona w imię poezji, ale znaków, jakimi są rozpoznawalne nazwiska. „znowu pragnę ciemnej miłości” odnosi się do zasad panujących w nowych mediach i obiegu popularnym, by skłonić do sięgnięcia po antologię wszystkich tych, którzy do literackiego kręgu nie należą.

Nawet jeśli gesty wykonywane przez Joannę Lech nie są subwersywne, liczy się działanie na rzecz tych wszystkich dobrych wierszy. Lech zachęca do lektury trochę w duchu pewnej sceny z serialu „Mad Men”, w której Don Draper najpierw w skupieniu czyta „Meditations in an emergency” Franka O’Hary, a potem krytykuje projekt Olsen oparty na stwierdzeniu „sex sells” (seks sprzedaje), tłumacząc, że podstawą sukcesu sprzedażowego jest odniesienie do emocji odbiorców. Czy tak się stało także w przypadku tej książki? Granie na uczuciach to interesująca strategia marketingowa. Poezja ma wiązać się tutaj z erotyką i na odwót, by przez uznawane za atrakcyjne odniesienie przyciągnąć uwagę nowych odbiorców, bo starzy już nie wystarczają. Ale czy zagra jak trzeba, to już inna sprawa, bo co kto poczuje, to tylko on sam wie. To dobry przepis na pop-poezję? Chyba jednak nie wystarczy samo zmieszanie pewniaków, samograjów jak Pawlikowska-Jasnorzewska z młodszymi (i żywymi) jak Jakobe Mansztajn czy sama Lech, którzy występują już nie tylko jako poeci, ale popularne w nowych mediach postacie. Owszem, cieszy, że antologia polecana była zarówno przez „Make Life Easier”, jak i „Make Life Harder” (to protekcjonalne życzenie, żeby propagować czytanie, żeby książki szły do ludzi). Ale czy sam system poleceń wystarczy, by dodać poezji mocy, żeby zyskała wpływ? Ciemno to widzę, wiersze zebrane w tej ładnej książce nikną w cieniu rozpoznawalnych twarzy, giną gdzieś między lubieniem a nielubieniem okładki, nazwiska, tła. Albo chowają się, bo swoje wiedzą i nie potrzebują żadnych dodatkowych wzmocnień.   

Cykl tekstów o poezji powstaje we współpracy z Festiwalem Literackim im. Czesława Miłosza w Krakowie.
Festiwal Miłosza