Bezradność
fot. Magda Hueckel

7 minut czytania

/ Teatr

Bezradność

Piotr Morawski

W spektaklu „Lawrence z Arabii” Weroniki Szczawińskiej seria występów – jak w cyrkowej dramaturgii – dała przegląd strategii budowania stereotypów, lecz ostatecznie ich nie rozbroiła

Jeszcze 2 minuty czytania

„Lawrence z Arabii” w reżyserii Weroniki Szczawińskiej zaczyna się od monologu Natalii Łągiewczyk. Po wietnamsku. Mówi spomiędzy widzów usadzonych na kolorowej widowni ustawionej w okrąg na małej scenie Teatru Powszechnego. Do niej dołączają kolejno: Maria Robaszkiewicz, Wiktor Loga-Skarczewski, Piotr Wawer Jr i Karina Seweryn. Języki się mieszają, w tłumaczeniach z jednych na drugie pojawiają się strzępy biografii. Od początku cała ekipa zderza widzki i widzów z barierą językową. Jedne bardziej zrozumiałe, inne egzotyczne – stawiają opór, wytrącając z klasycznej sytuacji teatralnej. Wmieszani w publiczność aktorzy i aktorki od początku wprowadzają w komunikacyjny problem.

Historia wygląda następująco: Teatr Powszechny zaprosił do pracy nad spektaklem uchodźców, lecz nikt się nie zgłosił. Przyszli jedynie cudzoziemcy mieszkający w Polsce – Kanadyjka chińskiego pochodzenia Eileen Gricuk, Wenezuelczyk Jose Luis Sosa Estanga, Imru’ al-Qais z Arabii Saudyjskiej, Sudańczyk Amin Omer i Ukrainka Vira Popowa. Ludzie raczej urządzeni w Polsce. To ich historie będą punktem wyjścia do tworzenia performansów tożsamościowych na scenie Powszechnego. Prowadzenie tych narracji przejmuje aktor Powszechnego Mamadou Góo Bâ – i to on rozdaje role. Na przykład Kanadyjki chińskiego pochodzenia. Loga-Skarczewski, któremu trafiła się ta partia, kompletnie nie ma pomysłu. Zawsze chciał wykorzystać w teatrze swoje zamiłowanie do koszykówki, a w NBA grają kanadyjskie drużyny. Niewiele, ale zawsze coś. Wychodzi więc na środek ze swoim performansem. Piłka i koszykówka jednak nie wystarczają, więc co jeszcze? Może scena z niedźwiedziem ze „Zjawy” z Leonardo DiCaprio? Gra więc z zaangażowaniem zmagania z grizzly. Kanada z polskiej perspektywy jest tak daleka, że trudno nawet o stereotypy. Z odegraniem roli Ukrainki poszło łatwiej. Natalia Łągiewczyk wchodzi pewnie jak ukraińska seks workerka, by zaraz opaść na kolana i szorować podłogę. Te dwa stereotypy są najbardziej ugruntowane. Aktorka idzie dalej, budując metateatralne piętro – ciało Ukrainki w ciele polskiej aktorki, która nie jest idealną odtwórczynią roli ukraińskiej seksbomby, bo ma blizny po gronkowcu na pośladku.  Aktorka jeszcze później będzie miała mocne wejścia, choćby brawurowo śpiewając, jako prawdziwa Polka, swojskie „Czerwone jabłuszko…”.

„Lawrence z Arabii”, reż. Weronika Szczawińska, Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 22 czerwca 2018„Lawrence z Arabii”, reż. Weronika Szczawińska. Teatr Powszechny w Warszawie, premiera 22 czerwca 2018Wszystkie te performanse tożsamościowe są nieporadne, koślawe, celowo karykaturujące klisze, które znamy; wszystkie performanse z charakterystycznymi dla teatru Szczawińskiej powtórzeniami, które jeszcze bardziej budują dystans. Im dalej, tym bardziej groteskowo. Piotr Wawer Jr jako bohater kręconego przez siebie filmu przygodowego, którego bohater ucieka z Bliskiego Wschodu przez Europę z kobietą, gra na dwie strony przedzielone kurtyną – dla kobiet i dla mężczyzn osobno. Gra to samo, mężczyźni i kobiety też są umowne, ale właśnie o umowność w całym przedstawieniu chodzi. O ustanowienia, całkiem arbitralne i nieraz absurdalne – jak w życiu społecznym; zwłaszcza w takim, gdzie migranci i migrantki istnieją wyłącznie w sferze wyobrażeń. Wszystko jest kwestią performansu. Ale to właśnie te performanse – wielokrotnie powtarzane i utrwalane – tworzą klisze, te przechodzą w stereotypy, te – waloryzowane negatywnie – powodują uprzedzenia.

Nie bez powodu scenografia Daniela Malone tworzy arenę. Jak w cyrku. Przez cały dziewiętnasty wiek cyrk był miejscem performowania tożsamości – tożsamości nienormatywnych, tworzonych przez antreprenerów fantazji na temat inności. Tak samo w „Lawrensie z Arabii”, gdzie na pokaz wystawione zostały performanse mniej lub bardziej mające zaspokoić wyobrażenia na temat inności. Brane w wielokrotny nawias historie cudzoziemców grane przez polskich aktorów i aktorki, które mówią, że jako polscy aktorzy i aktorki grają role obcokrajowców, stają się pustymi formami. Tym i niczym więcej są stereotypy.

Tylko czy rzeczywiście ta perspektywa daje nowe otwarcie? Szczawińska mówiła, że ma dość spektakli o uchodźcach, które wchodzą na wysoki diapazon. Zgoda, ten patetyczny język się wyczerpał. Pomysł, by zrobić komedię, ma potencjał – śmiech ma w teatrze dużą siłę rażenia. Jednak tym razem coś poszło nie tak, coś nie wyszło. Brawurowe szarże aktorskie bywały zabawne, nie w tym rzecz. Ostatnia scena, w której Mamadou Góo Bâ – jedyny w zespole migrant – tanecznym ruchem z molowym śpiewem odtwarza performanse koleżanek i kolegów, mogłaby pewnie wzruszać.

Jednak okazało się, że szalenie trudno jest coś ze stereotypami zrobić. Łatwo jest je pokazać, a nawet zademonstrować, w jaki sposób powstają. Jednak to za mało. W Powszechnym o migracjach mówi się dużo; tu swoje spektakle pokazuje Strefa WolnoSłowa. Ten temat jest obecny w toczonych tu dyskusjach. Oczekiwania były więc ogromne, podobnie jak nadzieje na znalezienie nowego klucza przełamującego dotychczasowe narracje o migrantach. Pomysł na cyrkową arenę, gdzie odbywa się freak show, też ma potencjał, ale też wszyscy twórcy i twórczynie zatrzymali się gdzieś w pół drogi. Seria występów – jak w cyrkowej dramaturgii – dała przegląd strategii budowania stereotypów, lecz ostatecznie ich nie rozbroiła. Twórcy i twórczynie nie dali klucza do ich demontażu.

Jest w teatrze jakaś bezradność wobec tematu migracji. Najskuteczniejszy, przejmujący, był być może Paweł Miśkiewicz ze swoimi „Podopiecznymi” (Stary Teatr, 2012) Elfriede Jelinek, lecz już w spektaklu Mai Kleczewskiej „Wściekłość” (Teatr Powszechny w Warszawie, 2016) wściekłości było niewiele. Ma rację Szczawińska, że bardzo potrzeba nowego języka, by o migracji mówić ze sceny, lecz sama pokazuje, że finezyjny formalnie teatr może tego nie udźwignąć. Być może trzeba bezczelności Olivera Frljicia, którego „Drugie wygnanie” (Nationaltheater Mannheim, 2017) grane było w Powszechnym tuż po premierowym secie „Lawrence’a z Arabii”, a który to sam postawił się w roli migranta i kazał aktorkom i aktorom opowiadać o pracy z nim. Ten narcyzm irytuje, wkurza, wyprowadza z równowagi.

Zwłaszcza gdy oglądając uchodźcze perypetie jednego z najbardziej prominentnych europejskich reżyserów, który na wygnanie udał się Lufthansą, pomyśli się o tym, co dzieje się na granicach Unii Europejskiej.