Jeszcze 2 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Wakacyjne impresje

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Życie jest bogate i w każdym jego zakamarku tętni mniejsze lub większe serduszko. Mam nadzieję, że uda mi się to pokazać w sposób barwny i atrakcyjny, tym bardziej, że często specjalnie ujmuję sobie uroku, aby postawić czytelnika w pozycji uprzywilejowanej

Z początku chciałem zatytułować felieton „Ktio”, ponieważ słowo to napisało mi się przypadkiem i nie potrafiłem wyzbyć się jego czaru. Ale nie miałoby związku z dalszym ciągiem i po krótkim wahaniu przemianowałem tytuł na „Wspomnienia i przygody”, a następnie „Wakacyjne impresje”.

Ostatnio potrzebna mi była introligatorska bibułka, której kupiłem kilka arkuszy na zapas, ale tak ją ukryłem, że przepadła do czasu, aż przestanie mi być potrzebna, zresztą może na zawsze. Zapomniałem o starej zasadzie, że gdy wokół otwartego słoika zgromadziło się sporo muszek, nie trzeba panikować i daremnie szukać zakrętki, tylko przykryć go choćby talerzykiem. Umysł pomyśli, że zakrętka już niepotrzebna i gniewnie pofukując, odsłoni ją naszym oczom. Pamiętam dzbanek, szerokości mniej więcej dwudziestu centymetrów, który tak znakomicie zasłonił szklankę, że nigdy bym jej nie znalazł, i dopiero gdy napiłem się z innej szklanki, udało mi się to bez trudu. Z tajemniczych figli, które płata chyba sama natura, można wspomnieć o koszuli, którą za pierwszym razem prawie zawsze wkłada się „tył na przód”. A przecież koszula nie jest cięższa z jednej strony, jak kromka spadająca masłem w dół. Widocznie podświadomie obracamy koszulę, aby zdejmować ją i z mozołem wkładać raz jeszcze, bo wobec nielicznych już przeciwności, które dawniej hartowały i doskonaliły rasę ludzką, natura chce zmusić nas do wysiłku. To ciekawe, jak często jeszcze jesteśmy jej igraszką. Słyszałem o mężczyźnie, który czochrał się nieustannie po głowie, a gdy był w gościnie, strzępki chorej skóry rzucał na podłogę, stając się mimowolnym ojcem potomstwa, którego nie chciałby ani on, ani jego gospodarze. Pośród gąszczu zdarzeń służących nieznanym celom i trudnych do rozpoznania znaków tylko czasem otrzymujemy wskazówki, które wiodą wprost do rozwiązania. Na przykład u pewnej mojej znajomej śmierdziało tak, że aż kręciło się w głowie. Gdy chwyciłem ją za ramiona i potrząsnąłem, wołając z mocą: „W moim domu tak śmierdzi, że już tego nie wywietrzę, ale tobie może się jeszcze udać!”, dziewczyna poszła po rozum do głowy i ogarnęła mieszkanie.

Tak więc chciałem ów dzień poświęcić reperowaniu cennych druków i zostałem bez bibułki. Co prawda niezadowolenie już weszło mi w krew i byłbym chyba nieszczęśliwy, gdyby zbyt wiele spraw przyjęło pomyślny obrót. Nawet zatraciłem wszelką miarę i z biegiem lat zagustowałem w niepowodzeniach innych, bo własne przestały mi wystarczać. Można to wytłumaczyć różnymi zaszłościami, kiedy jako młoda jeszcze, ale już półsierota, musiałem wykazać większą samodzielność i odwagę niż inne dzieci, a że zbywało mi na jednym i drugim, więc nierozwiązane problemy były dla mnie niczym stary, wypróbowany przyjaciel. Ujmując i usuwając z pola widzenia przedmioty pożądane, natura podsuwa mi rzeczy zgoła niepotrzebne i tym bardziej zagadkowe. Mowa o dziadkach różnego autoramentu, którzy niezbyt barwnym korowodem przewijają się przez moje życie. Od dłuższego czasu nawiedza mnie dziadziuś pełniący obowiązki listonosza i wręcza pomniejsze listy, o większych wcale nie informując. Właściwie nie przynosi nic cięższego ponad wezwania do zapłaty tego lub owego, a po resztę trzeba fatygować się osobiście. Nie mogę powiedzieć jego przełożonym „Zabierzcie ode mnie tego dziadka, jest słabowity i nie może unieść nic ponad kopertę z jedną kartką w środku!”, aby mu nie zaszkodzić. Na poczcie, gdzie się wybrałem ostatnio, z miejsca spotkałem innego dziadka, który był jednocześnie ochroniarzem. Tarasował przejście, z trudem wymijał ludzi spieszących do okienka i okręcał się wokół osi, gdy ktoś minął go zbyt szybko. Może za ową chwiejność odpowiedzialny był krwawy farfocelek, który podobno czasem oderwie się w mózgu i opada na błędnik. Kiedy na niego popatrzyłem, twardo wytrzymał moje spojrzenie. „Jakby to było pięknie – pomyślałem – gdyby ów niewątpliwie były policjant kazał mi się wylegitymować! Natychmiast okazałbym dokumenty i tym samym sprawił mu przyjemność, a gdyby jeszcze świadkiem zajścia była młoda kobieta, mógłbym stać się przyczyną wielkiego szczęścia”. Później wstąpiłem do supermarketu, gdzie zrobiłem zakupy, po czym z dzieckiem na ręku i siatami wstąpiłem na ruchome schody. Z tyłu wbiegli młodzi ludzie niosący jakieś torty i napierali, więc przepuściłem ich. Wkrótce znów ktoś chciał zejść szybciej i także przepuściłem go. Powtórzyło się to kilka razy, co już mnie trochę rozdrażniło z racji brzemienia, jakie dźwigałem. I byłbym tak stał długo, ale zorientowałem się, że schody są zepsute i stoją w miejscu.

Wieczorem przydarzyła mi się inna ciekawa przygoda. Po świetnym wernisażu udałem się ze znajomymi do ulubionej kawiarni warszawskiej bohemy. W tym samym miejscu piętnaście lat temu jakiś dziadek, podobno znany artysta awangardowy, przeszywając mnie wzrokiem i wskazując palcem, zaczął powtarzać skrzekliwym, jakby wieszczym głosem: „Ty musisz malować, ty musisz malować”. Tknęło mnie, że na owego człowieka spłynęło natchnienie i wyczuł zalążek wielkości, choć pewnie z moich powściągliwych gestów, gdy ten czy ów wygłaszał zbyt jawne niedorzeczności, wywnioskował, że jestem mądrym chłopcem. Ucieszyłem się i skłoniło mnie to do licznych rozważań o charakterze magicznym, np. ogólnie niezdrowy tryb życia tłumaczyłem sobie: „Nie muszę się oszczędzać, ponieważ komuś takiemu jak ja na pewno nie przydarzy się nic złego”. Ale natura wzbrania zbyt słodkich nektarów i za ich spożywanie płacimy słono, na przykład zagęszczone mleko o jedwabistym smaku powoduje wzrost poziomu trójglicerydów i choroby serca. Tak samo chwilową jasność umysłu trzeba okupić głęboką i przewlekłą tępotą. Pamiętam, kiedy oblewałem któryś raz z rzędu egzamin z historii sztuki, aby uprzedzić zdumienie przesłuchującego dziadunia powiedziałem, że mam bardzo złą pamięć. „To niedobrze, to bardzo niedobrze – mamrotał – dobra pamięć jest bardzo potrzebna w malarstwie”, co mnie zastanowiło.

Tymczasem wiele lat później siedziałem z wesołym wernisażowym towarzystwem. Pito nalewkę z łupin banana, słynną „szympansówkę”, która jest ulubionym napojem artystów. Ja wybrałem piwo i wśród ogólnego rozgwaru schroniłem się w kąciku dobrze znanym i rozkosznym, jakim jest środowisko własnych myśli. Nie pozostawałem tam długo, bo co i rusz musiałem biegać po stromych schodach, na których oczekiwali liczni potrzebujący, do piwniczki, gdzie mieściła się toaleta. Ale nagle wszyscy znikli i droga do kibla zapraszająco stanęła otworem. Byłem już wówczas w wielkiej potrzebie. Dopadłem drzwi, lecz nie mogłem ich otworzyć. W kiblu panowała absolutna cisza. Pomyślałem, że zasnął tam jakiś pijak i tortura trwać będzie w nieskończoność. Postanowiłem, że zrobię do zlewu, póki nikt nie widzi, i tym samym oszczędzę sobie męki. Kiedy zacząłem wprowadzać tę myśl w czyn, w kiblu zakotłowało się i z wnętrza dobiegł krzyk: „Odlałeś się do zlewu, słyszałem, jak odlałeś się do zlewu!”, po czym nastąpiło straszliwe szamotanie, jakby ktoś zerwał się z kibla, zarazem wciągając gacie z szybkością przekraczającą nieomal siły człowieka. Przerażony również zacząłem szamotać się z rozporkiem, czemu towarzyszył zwierzęcy, rozdzierający krzyk: „Odlał się do zlewu, odlał się do zlewu!”. W środku siedział zaufany, a zarazem pomocnik szefa kawiarni, który wyrywkowo kontrolował gości, czy nie leją do zlewu, i markował korzystanie z toalety lub przymuszony rzeczywistą potrzebą stał się mimowolnym demaskatorem mojego odlania. Można sobie wyobrazić wstyd, gdy wieść rozniosła się wśród personelu i znajomych, którym opowiedziałem moją przygodę. Na marginesie zwrócę uwagę, że każda przygoda, nawet wstydliwa, gdy się ją opowie z kulturą, nie będzie nam poczytana za ujmę. Dodam jeszcze, choć nie należy to do dziedziny tej opowieści, że wracałem do domu przez most, który wydawał mi się gwiezdną estakadą albo tunelem światła, a na jego końcu mieniły się kalejdoskopowo płomieniste kwadraciki. Zmierzałem do czegoś w rodzaju kumulacji pomarańczowych i żółtych płomieni. Nogi omdlewały mi, ale drobiłem nimi z całych sił i z uśmiechem wyciągałem ręce do owego światła.

Gdybym chciał opowiedzieć wszystkie przygody i zapisać spostrzeżenia, jakie poczyniłem tego dnia, powstałoby wiele tomów. Nie wspomniałem o mężczyźnie, który na poczcie wodził za kobietami wzrokiem tak smakowitym, że skłonił mnie do refleksji o legendarnym temperamencie gruźlików i pytania, czy pożądliwość nieznajomego nie jest zwiastunem rychłego zgonu. Widziałem mężczyznę, którego natura obdarzyła zbyt bujnym owłosieniem, jak podawał rękę kobiecie, a ta prawie ze łzami cofała ją pospiesznie, podczas gdy tamten wstydliwie ocierał o boki prawie małpie ramiona. Życie jest bogate i w każdym jego zakamarku tętni mniejsze lub większe serduszko. Mam nadzieję, że udało mi się to pokazać w sposób barwny i atrakcyjny, tym bardziej, że często specjalnie ujmowałem sobie uroku, aby postawić czytelnika w pozycji uprzywilejowanej. Nieraz trzeba oddalić godność, ów skarb ubogich, aby wydać prawdziwie soczysty owoc.