Pomarańczowy kask górniczy
Surian Soosay / CC BY 2.0

14 minut czytania

/ Literatura

Pomarańczowy kask górniczy

Rozmowa z Anetą Kamińską

Lubow Jakymczuk pochodzi z Pierwomajska, miasteczka na Donbasie. W swojej poezji dokumentuje gwałty, śmierci, zniszczenia całych miast. Świat dzieciństwa rozpadł się na jej oczach, ale nie ma w niej nienawiści, tylko próba zrozumienia

Jeszcze 4 minuty czytania

 AGNIESZKA SOWIŃSKA: Od samego początku wojny na Donbasie tłumaczy pani poezję ukraińską, która tę wojnę pokazuje. Nie wystarczą nam bieżące komunikaty w mediach?
ANETA KAMIŃSKA: Media dziś nie mówią już o tym, co się dzieje na wschodzie Ukrainy. Poza tym przyzwyczajamy się do pokazywanych przez nie obrazów. A dobry wiersz wciąż może nami wstrząsnąć. Już w 2014 roku, gdy wojna na Donbasie dopiero się zaczynała, ułożyłam antologię „Wschód–Zachód”. Podtytuł jej brzmi „O Ukrainie i dla Ukrainy” – znalazły się w niej wiersze 21 poetów ukraińskich i 7 polskich. Później przetłumaczyłam tom „Wiersze z wojny” Borysa Humeniuka. Borys Humeniuk to pisarz z Tarnopola, który zgłosił się na wojnę jako ochotnik i przez półtora roku walczył w batalionach ochotniczych, kilkukrotnie był ranny. Na swoim Facebooku codziennie umieszczał posty z pola bitwy, co kilka dni publikował wiersz. Nie znałam go wcześniej, a wtedy zaczęłam codziennie wchodzić na jego profil, czytać posty, wiersze. I gdy nic nowego nie ukazywało się przez kilka godzin, zaczynałam się martwić, czy on żyje. 

W tym roku ukazał się tom „Morele Donbasu” Lubow Jakymczuk. Znów przypomina pani o wojnie na Donbasie.
Jesteśmy przyzwyczajeni do męskiego spojrzenia na wojnę, a to kobiece spojrzenie jest inne i może nawet ciekawsze. Kobiety piszą nie tylko o tym, jak same walczą, ale także o tym, jak czekają na mężów i jak sobie z tym radzą. Irina Cyłyk, której mąż był na wojnie, pisze, że gdy wracał na przepustkę, spotykała się z zupełnie innym człowiekiem. Lubow Jakymczuk natomiast pochodzi z Pierwomajska, miasteczka na Donbasie. W swojej poezji dokumentuje rzeczy straszne – gwałty, śmierci, zniszczenia całych miast. Świat dzieciństwa rozpadł się na jej oczach, a mimo to nie ma w niej nienawiści, tylko próba zrozumienia. Jej koledzy ze szkoły, z podwórka walczą zarówno po jednej, jak i drugiej stronie frontu. Czasem dlatego, że się załamali. Czasem coś im obiecano. Ona wie, że nic nie jest czarno-białe.

Pamiętam coś bardzo przejmującego. W ramach większej akcji gazety „Deń” („Dzień”) Lubow nagrała film zamieszczony na YouTubie, w którym zwróciła się bezpośrednio, po imieniu, do swoich kolegów, którzy przeszli na stronę rosyjską. Mówiła na przykład, by szukali źródeł informacji nie tylko w oficjalnych, propagandowych kanałach. Było to przejmujące tym bardziej, że od samego początku wojny w centralnej czy zachodniej Ukrainie pojawiły się głosy: „zostawmy ten Donbas i miejmy spokój”. A Lubow Jakymczuk nie chce go zostawić.

Lubow Jakymczuk, Morele Donbasu. Przeł. Aneta Kamińska, WBPiCAK, 96 stron, w księgarniach od maja 2018Lubow Jakymczuk, „Morele Donbasu”. Przeł. Aneta Kamińska, WBPiCAK, 96 stron, w księgarniach od marca 2018Obraz Donbasu w wierszach Lubow Jakymczuk jest zaskakujący. Dotychczas kojarzył mi się wyłącznie z zagłębiem węglowym. A te hałdy w wierszach okazują się porośnięte morelami!
Bardzo chciałam pojechać na Donbas z Lubą, ale niestety, wojna to uniemożliwiła. Lubow opowiada o swoim regionie zawsze z zachwytem. Pamiętam, jak mi kiedyś mówiła, że dla niej najpiękniejszy widok z okna to hałdy. U Borysa Humeniuka wschód Ukrainy to pola słoneczników. U Luby, która stamtąd pochodzi – drzewa morelowe. W jednej z rozmów Lubow wspominała, że wszyscy tam robią i jedzą dżem morelowy. W trudniejszych czasach zbierało się te morele i wychodziło się je sprzedawać pasażerom pociągu do Moskwy. 

Motto tego tomu brzmi „Tam, gdzie nie rosną morele, zaczyna się Rosja”. To bardzo mocna metafora.   
Podobno tak jest naprawdę – według Lubow morele w przedziwny sposób kończą się tuż przy granicy z Rosją. 

W poemacie „Morele Donbasu” Lubow przywołuje obrazy kopalni, w której odbija się historia świata, los górników, którzy giną podczas pracy, fabryki Donbasu zionące dymem, opowiastkę babci, która woła do kogoś: „zaczekaj!/ Ta kopalnia cię połknie”.
Ojciec Luby pracował w kopalni. W jej wierszach często pojawia się jego pomarańczowy kask górniczy. Luba już podczas Majdanu używała tego kasku – zakładała go, bo Berkut bił uczestników Majdanu po głowach. Kiedy prezentowała „Morele Donbasu” na Ukrainie, pewnego razu właśnie w tym kasku przyniosła morele. 

Czytając ten tomik, najpierw poznajemy Donbas. A gdy już spojrzymy na Donbas oczami Lubow – zobaczymy i kopalnie, i górników, i morele – cały ten świat na naszych oczach się rozpadnie.
Jeden z najbardziej wstrząsających wierszy tego tomu to „rozkład”, o rozpadzie miasta, a właściwie całego świata dzieciństwa: „Nie mówcie mi o jakimś tam Ługańsku/ od dawna jest tylko gańskiem”, „Pierwomajsk rozbili na pierwo i majsk”, „gdzie moje de bal ce wo?” 


„między mną a moją mamą wyryto setki grobów (...)
między mną a moim ojcem latają setki pocisków (...)
między mną a siostrą są metalowe drzwi piwnicy”
W chwili wybuchu wojny Lubow mieszkała już w Kijowie, gdzie wyjechała na studia. Na Donbasie zostali natomiast jej bliscy – mama, tata, babcia, siostra. Nie chcieli się wyprowadzić, choć linia frontu przebiegała prawie przez ich podwórko. Przeżyli, siedząc w piwnicy. Pamiętam Lubow z tego okresu – byławiszącym na telefonie strzępkiem nerwów. Wciąż dzwoniła do bliskich, namawiała na wyjazd. W końcu udało się jej ściągnąć ich do Kijowa – gdy Pierwomajsk praktycznie przestał istnieć.

Aneta Kamińska

Przeżyli.
Ale to był dopiero początek. Siostra szybko się usamodzielniła, wynajęła pokój, znalazła pracę. Natomiast rodzice i babcia zostali wyrwani z korzeniami z jedynego znanego, bliskiego sobie świata. Zamieszkali u Luby w wynajmowanej kawalerce – z jej mężem i synkiem. Babcia budziła się w nocy z krzykiem. Lubow wynajdowała im przeróżne zajęcia, żeby mieli co robić: a to zostać z wnukiem, a to coś zszyć.

Wie pani, jak dalej potoczyły się ich losy?
Lubow wpadła na pomysł, że zamiast w Kijowie, powinni zamieszkać na wsi, bo to będzie bardziej przypominało ich życie przed wojną. Jeździli więc przez jakiś czas po różnych wioskach i miasteczkach w poszukiwaniu domu. Ale wszędzie to był nie TEN dom. W końcu Lubow zrozumiała, że to musi być miejsce jakoś im znane. I wymyśliła, że pojadą do wioski Kybynci, w której urodził się najbardziej znany ukraiński poeta futurysta Mychajl Semenko. Udało im się kupić w tej wsi domek i przeprowadzić się tam. Ale rodzice Luby dalej czuli się tam obco i nie mieli się czym zająć. Wtedy Lubow zorganizowała we wsi festiwal poświęcony Mychajlowi Semence „Metro do Kybyniec”. To był długofalowy projekt, w ramach którego odbywały się warsztaty, wykłady, zwiedzanie okolicy, występy poetów, wystawienie sztuki o Semence. W prace przy festiwalu wciągnęła swoich rodziców. Dzięki temu poznali ich ludzie ze wsi i stopniowo zaakceptowali. Ale ta historia pokazuje, że wojna nie kończy się wraz z opuszczeniem przez cywilów terenu działań wojennych. Ludzie z Donbasu nie czują się dobrze na przykład we Lwowie. Pojawiają się nowe problemy: jak ich integrować, jak im pomóc, by mogli zacząć nowe życie. Często po tym, co przeszli, potrzebują psychologów czy psychiatrów. Ale o tym media zazwyczaj milczą. Podobnie jak o samej wojnie na Donbasie, choć trwa już czwarty rok i wciąż giną na niej ludzie.

Aneta Kamińska

Ur. 1976, poetka i tłumaczka poezji ukraińskiej. Urodziła się w Szczebrzeszynie, pochodzi z Zamościa, mieszka w Warszawie. Skończyła filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim, pracuje jako metodyczka i lektorka języka polskiego dla cudzoziemców. Autorka tomików: „Wiersze zdyszane” (2000), „zapisz zmiany” (2004), „czary i mary” (2007; wersja internetowa) oraz „więzy krwi” (2018). Wydała wybory przekładów wierszy: Nazara Honczara, Hałyny Tkaczuk, Chrystii Wenhryniuk Dowhi, Borysa Humeniuka, Lubow Jakymczuk, a także trzy autorskie antologie: „Cząstki pomarańczy. Nowa poezja ukraińska” (2011), „30 wierszy zza granicy. Młoda poezja ukraińska” (2012) oraz „Wschód–Zachód. Wiersze z Ukrainy i dla Ukrainy” (2014).

Na początku nikt nie chciał także uwierzyć, że to wojna.
Tak, mówiło się: operacja antyterrorystyczna. Ludzie nie mogli uwierzyć w wojnę, nie przyjmowali jej do wiadomości. Nie wiedzieli, jak reagować, jakimi słowami o tym mówić. I o tym Lubow napisała wiersz „ze starości”, w którym po kolei nagle umierają dziad i baba, kura, koza, pies, Ola w ciąży, pijany Serhij i trzyletnia Sonia. Wszyscy „ze starości”. 

Jednym z najmocniejszych wierszy w tym tomiku jest „gąsienica”.
Wiersz o gwałcie zbiorowym. Pamiętam, jak Lubow mi ten wiersz wysłała i napisała mail, który zaczynał się od słów: „Moja siostra...”, wtedy zamarłam. Ale choć jej wiersze są zawsze oparte na faktach, to są też poetycko przerobione. Nie zawsze są autobiograficzne. W wierszu „gąsienica” połączyła historię swojej siostry z historią jakiejś innej kobiety, zgwałconej przez terrorystów. Jej siostra z kolei była bardzo dokładnie sprawdzona na jednym z punktów kontrolnych, czy nie jest snajperką. Nie znam się na tym dobrze, ale snajperka powinna mieć odcisk na palcu, więc żołnierze sprawdzali dłonie wszystkich kobiet. A siostra Lubow miała akurat w tym miejscu oparzenie...

Gwałciciele w tym wierszu noszą niebieskie szlafroki.
Na początku wojny był duży problem z wyposażeniem tych wszystkich żołnierzy. Brakowało ubrań i butów. Pamiętam, że kiedy kogoś powoływano do wojska, to cała rodzina i znajomi zrzucali się, by kupić powołanemu kurtkę, buty czy spodnie. Byłam akurat w Czerniowcach, gdy znajomy z uniwersytetu miał wyjechać na front – zrobiliśmy akcję czytania wierszy, żeby zebrać pieniądze na jego wyposażenie. Na początku brakowało głównie kamaszy – żołnierze walczyli w klapkach! Ale media tego nie pokażą. 

Skończyła pani filologię polską, nie ukrainistykę. Jak to się stało, że zaczęła pani tłumaczyć ukraińską poezję?
W ogóle tego nie planowałam. Piętnaście lat temu poznałam Mariannę Kijanowską, ukraińską poetkę i tłumaczkę z języka polskiego, która przyjechała do Warszawy na stypendium Gaude Polonia. To ona namówiła mnie na tłumaczenie. Na początku bardzo się opierałam: nie znałam języka ani literatury ukraińskiej, a więc kontekstu, w którym ta poezja powstawała. Ale Marianna uparła się, że jej mąż, Andrij Porytko – także tłumacz z języka polskiego – będzie przygotowywać mi tzw. rybki, czyli przekłady dosłowne, a ja zajmę się przekładem literackim. Długo się na to nie zgadzałam, ale w końcu spróbowaliśmy. Na zaproszenie Marianny pojechałam do Lwowa, odkryłam kilku poetów i okazało się, że to coś, czym chcę się zajmować.

Nauczyła się potem pani języka?
Tak, ale już tłumacząc. I początkowo raczej biernie. Moim pierwszym wydanym autorem był Nazar Honczar, uważany za nieprzetłumaczalnego poeta lingwista. Zabrałam się za niego, choć nie potrafiłam wtedy zamówić zupy po ukraińsku. Od piętnastu lat jeżdżę na Ukrainę kilka razy w roku, a już obowiązkowo na Forum Wydawców we Lwowie – największe targi książki i wielki, całodobowy festiwal literacki. Jestem też często zapraszana na spotkania – jako tłumaczka i jako poetka. 

rozkład

na froncie wschodnim bez zmian
ile można bez zmian?
metal przed śmiercią robi się gorący
a ludzie od niego zimni

nie mówcie mi o jakimś tam Ługańsku
on dawno jest tylko gańskiem
łu zrównali z asfaltem czerwonym
moi przyjaciele zakładnicy –
i do niecka nie dostanę się
żeby wyciągnąć z podziemi przyziemi spod [ziemi

a wy piszecie wiersze piękne jak wyszywanka
wy piszecie wiersze idealnie gładkie
wysoką poezję złotą
o wojnie nie ma poezji
o wojnie jest tylko rozkład
tylko litery
i wszystkie one – rrr

Pierwomajsk rozbili na pierwo i majsk –
żeby nieskończenie majaczył jak pierwotnie
znowu tam skończyła się wojna
ale pokój jednak się nie zaczął

a de bal ce wo?
gdzie moje de bal ce wo?
tam więcej nie urodzi się Sosiura
już więcej żaden człowiek nie urodzi się

patrzę na widnokrąg
jest trójkątny trójkątny
i pole słoneczników opuściło głowy
zrobiły się czarne i suche jak i ja
już strasznie stara
i już więcej nie jestem Luba
tylko ba

22 sierpnia 2014, Lwów
przekład: Aneta Kamińska

Po „Morelach Donbasu” zrobiło się głośno o Lubow Jakymczuk na Ukrainie.
Pierwszy tomik Lubow, wydany kilka lat temu, miał tytuł „jak MODA” i zawierał przede wszystkim wiersze miłosne. Faktycznie dopiero „Morele” przyniosły jej rozgłos. Weszły do rankingu „Forbes” jako jedna z dziesięciu najlepszych książek o ATO, a w rankingu czytelników zostały uznane za jedną z najlepszych książek ostatniego dziesięciolecia. Pojedyncze wiersze z tego tomu były też tłumaczone na kilkanaście języków. Sama Luba została zaliczona do stu najbardziej wpływowych ludzi kultury na Ukrainie. 

A przecież „Morele Donbasu” to dopiero drugi jej tom.
Tak, ale na Ukrainie poezję inaczej się wydaje niż u nas. Tomik musi zawierać co najmniej sto – sto pięćdziesiąt wierszy. Nasze tomiki są mniejsze i bardziej konceptualne. Może to się kiedyś zmieni, tak samo jak zmieniła się poezja ukraińska. Jeszcze piętnaście lat temu była to głównie poezja sylabotoniczna, która dalej dominuje, jednak młodzi poeci coraz częściej piszą już wiersze wolne. 

Co dziś, cztery lata po wybuchu wojny na Donbasie, poeci i poetki piszą o tym, co się dzieje?
Ołeksij Czupa pisze na przykład o losie przesiedleńców. Sam musiał opuścić Donbas, kiedy fabryka, w której pracował, została zbombardowana. Ostap Słowieński sporo wierszy poświęcił Tatarom krymskim. Pisze się także o żołnierzach wracających do domu. Ale te najmocniejsze wiersze – i o Majdanie, i o wojnie – już wybrzmiały. Rozmawiałam z wieloma osobami, które mi powiedziały, że po prostu nie mogą już o tym pisać. Nie da się przez tyle lat utrzymywać tej samej skali emocji. Od jakiegoś czasu wrócili do swojego życia, choć na początku wydawało się to niemożliwe. Okazuje się, że można się przyzwyczaić do wszystkiego. Nawet do wojny.

Cykl tekstów wokół tłumaczeń i tłumaczy publikowany jest we współpracy z Instytutem Kultury Miejskiej w Gdańsku – organizatorem Gdańskich Spotkań Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu” oraz festiwalu Europejski Poeta Wolności.