Przewodnik dla poszukujących bezsensu istnienia
Surian Soosay / CC BY 2.0

11 minut czytania

/ Literatura

Przewodnik dla poszukujących bezsensu istnienia

Maciej Woźniak

To, co było u Krzysztofa Siwczyka ciekawe, poetycko samodzielne, niezależne od krytycznych aprobat i dezaprobat, w „Medianach” wciąż takie pozostaje. Słowa potrafią dziwić się i sobie nawzajem i kontekstom, w jakie trafiają

Jeszcze 3 minuty czytania

Poetyckiego głosu Krzysztofa Siwczyka słuchaliśmy przez lata jak głosu permanentnego czipa z opowiadania Lema „Przyjaciel Automateusza”. Był równie nieubłagany w pesymistycznej diagnostyce (zadłużonej u Ciorana, Becketta, Blanchota na solidny lichwiarski procent), przewrotnie elokwentny (wyboista fraza i ekwilibrystyczna metaforyka robiły z niego bękarta Wirpszy i Karpowicza), no i słyszeliśmy ten głos nie gdzieś z zewnątrz, z miast i wsi, spomiędzy huczących autostrad i szemrzących rzek, ale stale od wewnątrz, ze środkowego ucha filozofii i teorii języka, z wnętrza głowy – naszej wspólnej, kulturowej, obolałej od dekonstrukcji, negatywizmu, śmierciorodnego aspektu pisma i pustki znaku. Elektroniczny przyjaciel u Lema sugerował wyjście z sytuacji radykalne, samobójcze, natomiast przyjaciel zainstalowany w wierszach Siwczyka uprawia skupioną malkontencką medytację, której wymiar postreligijny musi zakładać nierabunkową gospodarkę czasem, prokrastynowanie końca świata.

Przyszedł mi na myśl właśnie „przyjaciel”, ponieważ znamienne jest „my” obsadzane z upodobaniem przez Siwczyka w roli podmiotu jego wierszy. Takie arbitralne, kukułczo podrzucane na wstępie „umówmy się” tworzy szybki sojusz między narratorem mówiącym u poety a narratorem słuchającym u czytelnika. A co najlepiej potwierdza prawdziwość przyjaźni? Oczywiście, bieda. Kryzys. Pustka. Daremność.

Po sześciu czy siedmiu książkach, regularnie publikowanych przez dwie dekady, czuliśmy się z Siwczykiem w uchu jak Lemowski bohater na skalistej wysepce, jałowej ziemi ideowych rozczarowań i ekonomicznych mrzonek, religijnej hucpy i politycznej hochsztaplerki. W dodatku rozmiary wysepki – wraz z nadejściem medialnej globalizacji – okazały się żenująco niewielkie, ot, dające się ogarnąć paroma kliknięciami. Wśród środowiskowych złośliwostek o Siwczyku (że pisze dla krytyków, że z gotowych elementów, wziętych a to od Sosnowskiego, a to od Meleckiego, tworzy atrapę poezji, że sukces zawdzięcza nie kuśtykającej frazie przecież, lecz chwytliwej ideowej otoczce, stając się swoistym anty-Coehlo z podręcznikiem wydajnego poszukiwania bezsensu istnienia) jest i taka, która mówi, że gliwicki poeta zaczyna każdy dzień od wpisania w przeglądarkę swojego nazwiska. Chcecie wierzcie lub nie, ale koncepcja kurczącego się wszechświata, aż do rozmiarów skalistej Wyspy Google, Wyspy Excel, Wyspy Baza Danych, wydaje się warta poetyckiej uwagi. Szczególnie kiedy dopiero co byliśmy świadkami klęski piłkarzy Adama Nawałki – trenera obsesyjnie skupionego na detalach, gromadzącego najdrobniejsze obserwacje o piłkarzach i szczegółowo analizującego każdą boiskową sytuację. Podobnie gruntowne, kompleksowe przygotowania do porażki (w wymiarze egzystencjalnym i metafizycznym) prowadzi poetycki narrator Siwczyka.

Krzysztof Siwczyk, „Mediany”. a5, 48 stron, w księgarniach od kwietnia 2018Krzysztof Siwczyk, „Mediany”. Wydawnictwo a5, 48 stron, w księgarniach od kwietnia 2018Wspomniany sojusz między podmiotem mówiącym u Siwczyka a podmiotem słuchającym u czytelnika jego wierszy zaczął się kruszyć w okolicach tomu „Jasnopis” z 2016 roku, lecz był związany z wydarzeniami dwa lata wcześniejszymi: publikacją poematu „Dokąd bądź”, z wiodącym motywem oczekiwania na narodziny dziecka, oraz miejscem wydania poematu, czyli prestiżowym Wydawnictwem a5. W poemacie typowy dla Siwczyka gimnastykujący składnię, zagmatwany styl został doprowadzony do ekstremum, pozwalając śledzić logikę wywodu z uwagą napiętą do granic – dla jednych czytelniczej cierpliwości, dla innych mrocznej rozkoszy. Po takim dociśnięciu pedału nagłe wrzucenie na luz, jakim był „Jasnopis”, odebrane zostało podobnie jak słynne wrzucenia na luz Świetlickiego czy Metalliki (do wyboru pozostaje kwestia, czy skończyli się na „Czarnym albumie”, czy od razu po „Kill’Em All”) i skojarzone albo z twórczym wypaleniem, albo ze skierowaniem się ku karierze na salonach.

Wydanym tej wiosny „Medianom” na pierwszy rzut bliżej do „Jasnopisu” niż do wcześniejszych książek poety z Gliwic. Wiersze są klarowniejsze i prostsze w obsłudze, a co bardziej istotne, zdarza im się wychylać ze stanu poetycko wyszlifowanej apatii i ahedonii, którą Siwczyk doskonalił w kolejnych tomach. Jedne wychylają się ku zewnętrznemu, organoleptycznie dostępnemu światu (np. „Obiektywnie patrząc” z monologiem dziewczyny w typie nierozgarnięta laska, która czeka aż jej chłopakowi skończy się odsiadka), inne ku przeszłości (np. „W nocnej trasie” przywodzi na myśl i zwięzły, bezpośredni liryzm debiutu Siwczyka, i wczesne wiersze jego poetyckiego druha Macieja Meleckiego). W kilku tekstach następuje połączenie tendencji. Choćby w trenie „Czysta sytuacja”:

W pozycji kucznej, znowu naprzeciwko siebie,
targamy z ojcem indyjską szafę, w żeliwnej ramie
mieści wykwintne fronty, wdrapane rylcem w dechy,
zza których patrzymy w te zdechłe od potu wory,
nasze ciała wciąż sprawnie oblekają się w kształt,
rzuca nami ciężar półokrągłej obudowy, idziemy raz
razem, te parę metrów w głąb sieni jak niebyli tragarze
wojennych łupów, zdeklasowane wojsko, armatnie mięso
przeciągnięte przez rowy czasu, w jakich może jeszcze tli się żar
nieporozumień, teraz kompletnie symboliczny jak ten mebel,
niby stary, ale jednak widać, że to wirtualny vintage,
(…)
kiedy podnoszę krawędź indyjskiej szafy, ojciec podkłada filc
jak ogień pod twierdzę nie do zdobycia, tak twierdzę,
żeby go zachować w pamięci, poniedziałkowego zdobywcę,
otwarcie tygodnia i ran, w jakich odnajdujemy się bez mała
cali i zdrowi, padając na kanapę jak nieżywi, wyobraźmy to sobie,
raz za razem, niewypowiedziane przymierze,
które ktoś kiedyś odsłoni jak wieko arki, znajdzie piach
w kącie ścian, zada pytanie i piach ułoży się w znak
wynikły z nagła.

Jednak największą dywersję w dawnej Siwczykowej strategii zrobiła nie przeszłość (melancholijna marynata „Thorgal” smakuje nieźle, ale żaden przetwór nie stanie się na powrót owocem), lecz przyszłość. Narrator jego wierszy nadal pozostaje autystą, jednym rzutem oka rachującym dowolną ilość rozsypanych zapałek, ale widać, że ktoś (w tym przypadku: mała córeczka) przyjechał i zabrał go z ośrodka. Owszem, wciąż powtarza dobrze znane pretensjonalne formułki („gdy lekko wieje nudą jak anegdotką”), napawa się metaforycznym cwaniakowaniem („ujarana konstytuanta świętuje głupkowate murmuranda”), jest zawsze gotowy na demaskujący rzeczywistość, mocno brzmiący aforyzm, jak z teki anty-Coehlo („Ostatecznie przejrzyste widzenie, odkryty przedgrób miłości”), ale przecież w końcu jest to narrator wchodzący w jakieś relacje (poza relacją z dziurą po absolucie), odrobinę zresocjalizowany, mogący wybrać między złem a tym drugim, które nawet jeśli nie będzie dobrem, to jednak czymś lepszym od zła.

zmierza coś do powiedzenia, rozchyla usta z dowierzania,
cały boży cień jak nicień przemykający przed oczami
staje tropik rozbity nad brzegiem jeziora utopka,
kiedy jeszcze straszono dzieci tonią i pasożytami,
a potem okazało się, że całą ekstazę lęku załatwia
w najlepszym razie lanie w komunałce, restrykcja
uderzająca w oprawców, mało istotny epizod,
który ustawia resztę życia, jeśli się ją ma, to się wie,
pełnia reszty życia w radości, gdy przyszłaś na świat zjaw
wyłowiona z potoku słów i krwi, nie posiada się też kości.
(„W najlepszym razie”)

W otwierającym tom wierszu „Domrok” Siwczykowy narrator trochę się ze swoich rodzicielskich słabości tłumaczy, wszystko jednak opatrując obowiązkowym ceterum censeo:

       nie sięga już głębiej do opowieści
słyszanych tu jeszcze zeszłej jesieni, gdy chadzałaś
na pierwsze spacery, a oni, zżyci jeszcze z płotem pletli
ci do głowy superlatywy, na jakie nie stać byle kogo,
w języku słyszałaś słowa krągłe jak przetwory renesansu,
miary nie znali własnych zauroczeń, pełni zaprzeczeń
i gloryfikacji, w tobie widzieli najpewniej nadzieję
dalszego rozwoju akcji, choć za zakrętem znikałaś
jak żółta hulajnoga w strachu porzucona przed zimą
w obszarze drewutni, żal jest nam teraz tych nutrii,
miażdżonych powoli niczym szczególne następstwa sytuacji,
konkrety, idee, którymi się karmi pierwsze, lepsze złudzenia
wciąż twej absolutnej racji.

No właśnie, ciekawa jest ta obsesyjna asekuracja, te manichejskie aneksy do każdej sytuacji, to zapewnianie (siebie? czytelników? dawno zmarłych francuskich myślicieli?), że autor nie odstępuje od wtajemniczenia w brak odgórnego sensu, w jakiekolwiek dające się wziąć serio Znaczące, w pozorność czy symulakryczność wszelkich ludzkich komunikatów i znaków. Narastająca od „Jasnopisu” fala irytacji krytyków, szczególnie dawnych zawiedzionych wielbicieli (jej najwyższy punkt to sprowokowany „Medianami” artykuł Jakuba Skurtysa w „Małym Formacie”), spieniła się nie dlatego, że ktoś żałuje Siwczykowi kariery, ale dlatego, że poeta chce stać jednocześnie na deszczu i pod rynną: po dawnemu mnożyć trudności na randce podmiotu z przedmiotem, wydłużać drogę między słowem a rzeczą, lecz równocześnie po nowemu prowadzić czytelnika ku wnioskom i konstatacjom jakby z góry wiadomym, niejako gwarantowanym przez markę „Krzysztof Siwczyk”.

A przecież to nie tak, że Siwczyk – w samej poetyckiej materii, w tym jak struga polszczyznę – jakoś szczególnie się zmienił. Kiedyś bywał tym bardziej sztubacko pretensjonalny i metaforycznie przesterowany, na co kompletnie przymykali oko nawet tak dojrzali krytycy jak Anna Kałuża (ponieważ mieli słabość do jego demaskatorskiej pasji? do stawiającej opór frazy? do burzy i naporu wspartych właściwymi lekturami?), więc może wyrazy rozgoryczenia Siwczykiem u Skurtysa są w gruncie rzeczy wyrazami rozliczenia się z własnymi lekturowymi upodobaniami z młodości?

Na szczęście to, co było u poety z Gliwic językowo ciekawe, poetycko samodzielne, niezależne od krytycznych aprobat i dezaprobat, wciąż takie pozostaje. Słowa w nowej książce Siwczyka wciąż potrafią dziwić się i sobie nawzajem, i kontekstom, w jakie trafiają, nie zanikł mu zmysł przytomnej autoironii („leżak, na jakim układasz pietę własnych pretensji”), ładnie przypomina, że znaczenie to rzecz nabyta (więc kosztowna, o czym nieraz zapominają obrońcy wartości, domagając się ich z automatu), zaś meandryczność frazy zyskuje na eksperymentach z wierszem wypowiedzianym na jednym oddechu, jednym zdaniem. Do tego dochodzi śmielsze otwarcie na zewnętrzny świat, ba, własna córka w roli intruza z zewnątrz, co daje nadzieję, że w kolejnych tomach dostaniemy wiersze z wątkiem kredytu branego na przyjęcie z okazji dwunastych urodzin albo strzępami rozmów o uczęszczaniu na religię w szkole. Kiedy rośnie nam dziecko, świat robi się bezsensowny na coraz więcej sposobów.