Zmieniło się w Warsaw brzmienie
Surian Soosay CC BY 2.0

16 minut czytania

/ Literatura

Zmieniło się w Warsaw brzmienie

Rafał Wawrzyńczyk

Artystyczne dossier Grzegorza Wróblewskiego jest bujne jak las w delcie Konga, chwaliły go tuzy formatu Marjorie Perloff. Ale nie u nas. U nas – nie za bardzo

Jeszcze 4 minuty czytania

Nie za wiele napisano u nas o Wróblewskim, pozostawiono go samemu sobie, stracono. Ten jeden z najaktywniejszych poetów pokolenia „brulionu” – około 20 książek na koncie, jeśli liczyć tylko te wydane po polsku – z rozmaitych względów był i jest pomijany w corocznej zabawie pt. „Krajowe nagrody poetyckie” oraz na oficjalnych mapach sił. Na tych mniej oficjalnych sprawa wygląda nieco inaczej, środowiskowy wpływ Wróblewskiego jest jednocześnie trudny do wyłapania i trudny do przecenienia; nie chodzi tu tylko o dyskretny wpływ jego poetyki pojawiający się w różnych, często dość zaskakujących, miejscach, ale i o wpływ jego samego, oddalonego (od 1985 mieszka w Kopenhadze), ale aktywnego agensa pola literackiego w Polsce. Ze swojego małego mieszkania na Elbagade poeta rozsnuł sieć relacji umożliwiającą mu kontakt z najbardziej obiecującymi nazwiskami na scenie rodzimej i światowej. Łączy poetów z tłumaczami, organizuje wspólne występy, pisze listy, podsyła książki. Publikował już chyba wszędzie, jego artystyczne dossier jest bujne jak las w delcie Konga, chwaliły go tuzy formatu Marjorie Perloff.

Ale nie u nas. U nas – nie za bardzo. W moim prywatnym rankingu najbardziej niedocenionych zajmuje miejsce w samym szczycie stawki, tuż obok Miłosza Biedrzyckiego. Pisząc o nim, nie ma specjalnie od czego się odbić, co dziwi tym bardziej, że nie jest to twórczość ostentacyjnie hermetyczna, a wręcz przeciwnie, oferująca nawet więcej „wejść” niż gęsto opisane światy niejednego kolegi i niejednej koleżanki po piórze. Może onieśmiela ta wielość perspektyw, z których, jak się zdaje, Wróblewskiego należałoby oświetlać? Minimalizm, zen, punk, poezja nomadyczna, flarf, asemic writing, nonszalancka erudycja konesera sztuki, psychodelizujący antropologiczny drive przenikający całe jego dzieło… Nie mnie sądzić. Za wyżej wymienione uchwyty mało kto się brał, Wróblewski pozostaje nieopisany, niepodjęty, w pewien więc sposób – dla nas – amorficzny, o niejasnej periodyzacji, trudny do skonsumowania. Skutkiem czego subtelne gry z sobą samym sprzed dwudziestu i trzydziestu lat, jakie podejmuje w swojej najnowszej książce, mogłyby – podkreślam to słowo – mogłyby oznaczać dla autora bilet na Wyspy Szczęśliwe, gdzie dosięgnąć byliby go w stanie tylko zawodowcy i najbardziej oddani z czytelników.

Mogłyby, gdyby znowu nie wymyślił nowej „nowoczesności”. I znowu nie był tak aktualny, jak aktualna jest najbardziej zaangażowana młodzież pisząca o Czarnym Proteście i #MeToo i rozwijająca najzieleńsze z wątków ekopoetyki. W „Chorobie Morgellonów” Wróblewski bywa doraźny aż do przesady, jak np. wtedy, gdy z najnowszych nadwiślańskich idiotyzmów układa coś w rodzaju „pantum szaleństw” („Narodowy Program Prokreacyjny” z powracającymi hipnotycznie odniesieniami do „krajowego atomu” i „barchanowych majtek”). Grzegorz Wróblewski, „Choroba Morgellonów”. WBPiCAK, 60 stron, w księgarniach od kwietnia 2018Grzegorz Wróblewski, „Choroba Morgellonów”. WBPiCAK, 60 stron, w księgarniach od kwietnia 2018 Albo gdy z powtarzanych ad nauseam odwołań do „woli suwerena” czy „woli większości” robi mantryczną foremkę i tytułuje ją „Rechot fal”. Jeśli strategie te przypominają niezbyt udany recykling, któremu oddawali się późny Różewicz oraz Zadura w swojej ostatniej, szeroko komentowanej książce, to jest to podobieństwo głównie powierzchowne. Wróblewskiego nie interesuje wymierzanie czasom współczesnym „sprawiedliwości”, od zawsze zajmował go raczej „klimat”, Mandelsztamowski „szum czasu”, atmosfera miejsc i miast, ich ambience. Zamiast przykro zaostrzonej, punktowej ironii z „Po szkodzie” – odsyłam do interesujących rozpoznań Łukasza Żurka – Wróblewski organizuje coś w rodzaju falującego pola ironicznego, w którym mamy się zanurzyć i kołysać, a nie pozwolić się ukłuć sensem podanym na srebrnej tacce.

Jak to robi? Wspomniana gra powtórzenia i różnicy to nie wszystko, chociaż Wróblewski dochodzi w niej do swoistego mistrzostwa (ciągle pamiętam spotkanie w warszawskim Muzeum Literatury, kiedy czytane przez niego wiersze brzmiały właściwie jak wielogłosowe fugi). Wiersze Wróblewskiego animowane są także zupełnie niepowtarzalnym użyciem dwóch znaków przestankowych, wielokropka i wykrzyknika. Funkcjonują one – oczywiście – jak pedały hamulca i gazu, ale ich działanie sięga w tej poezji daleko poza warstwę rytmu. To one są odpowiedzialne za „rozfalowanie” powierzchni przedstawienia; to w nich, jak w pęknięciach gruntu, ukrywają się ziarna najciekawszej odmiany ironii, jaką Wróblewski ma do dyspozycji. Poniższy fragment, mam nadzieję, lepiej pokazuje, o co mi chodzi:

Działamy dalej... Pasy do pończoch?
Raczej obraz świętego Klemensa!

A gdzie podziały się otwarte miseczki?

Co oznaczają te smutne czapki i lisie
kołnierze? Człowieku! Zmieniło się

w Warsaw brzmienie. [...]

(„Postpunk”)


Zawieszenia głosu i nieoczekiwane eksklamacje – dodajmy tu krzywo uśmiechające się przerzutnie – uwypuklają wywód tak bardzo, że staje się przejaskrawiony, komicznie emocjonalny, w pewien sposób mało wiarygodny. Ironia Wróblewskiego jest bowiem raczej odgrywana, aniżeli po prostu serwowana, raczej ludyczna – można się przy niej dobrze bawić – niż mordercza czy gorzka. Poeta rozmieszcza znaki, które fałdują dyskurs tak, jak robiłby to ktoś ślepo stosujący się do interpunkcyjnych prawideł i szczerze czymś przejęty. Robi to, czego, jak wiemy, robić nie wypada, przyzwyczajono nas bowiem w szkole do ironii Herbertowskiej czy Barańczakowskiej, a więc ezopowego woalu, który w akcie zrozumienia należy zerwać, by pławić się w communio trafności czy prawdy. Wróblewski od „Ciamkowatości życia” (1992) stawia wariackie wykrzykniki i rozrzuca campowy wielokropek, tworząc najśmieszniejsze kompleksy retoryczne o ironii wielowarstwowej jak śpiwór polarnika. „Wystraszony Jens wzywa na pomoc / kruka Huginna!”. Być może trudno to zrozumieć, jeśli się tego nie poczuje.

Jest śmiesznie. A jednak nie jest to wesoły tomik. Brzmienie w Warsaw zmieniło się nie tylko dlatego, że nad koronkową bielizną górę wzięły – chwilowo? – kadzidło, bigos i wygolone czaszki bogoojczyźnianej junty. Spod warstwy imitującej złożoność i chaos współczesnego świata – od dawna jest ona specjalnością autora – raz po raz słychać tę samą, niepokojąco prywatną nutę: „starość nadchodzi”. Tak jak w tym krótkim wierszu pod koniec książki:

Przekroczyliśmy Rubikon?
Teraz już tylko
idy marcowe.

23 pchnięcia sztyletem.
Zwykłe zawały
serca.

(„Kości zostały rzucone”)


Niech nie zwiodą nas pęd tych tekstów i iście Rimbaudowska swoboda, jeśli idzie o ich geografię („Pomidory z Darmstadt”, „[...] A słyszałem, że w Nepalu nie ma / drapieżnych mew? [...]”, „[...] Chcę jutro / jechać do miasta Ramallah.”, „Gotlandia. Podobno krąży tu dziwna energia. [...]”). Sprawą, jakiej nie powinniśmy w tym tomie spuszczać z oka, są zęby.

Brudne zęby dyskwalifikują w rozmowie z „mężczyzną, który stempluje odpowiednie papierki” i decyduje, czy dostaniemy kredyt na wycieczkę do Uxmal. „Młodym wypadną na starość zęby”, śmieją się staruszkowie w parku. „Wolność. Parodontoza”, podsumowuje dorobek swojego życia bohater krótkiego wiersza, stwierdzając (w tytule), że „warto było zrezygnować z posady kościelnego w Hvidovre”. Wróblewski od zawsze stwarzał celne portrety ludzi starych i opuszczonych i od zawsze interesowała go podkopująca nasze plany biologia (ludzi w swoich książkach nazywa chyba częściej „ssakami” niż „ludźmi”). A jednak to przesunięcie akcentu na zęby – umówmy się, że traktujemy je tutaj jako przenośnię starości i problemów, których nikt za nas nie rozwiąże – wybrzmiewa w „Chorobie Morgellonów” z niepokojącą siłą. Mam wrażenie, że poeta pracuje tu jakby w dwóch przeciwstawnych kierunkach: buduje typową dla siebie iluzję, snując opowieści o czekającej nas biozagładzie, mamiąc sugestiami o „tajemnicy piramid”, „spodku z Nowego Meksyku” itp., oraz – jednocześnie – przeprowadza deziluzję tej pejotlowej, podkręconej wizji za pomocą pojedynczych, szarych tonów, w których naszym oczom ukazuje się a to starsza pani z wiersza „Weranda”, a to sam autor w smutnej spowiedzi:

Działanie trwa trzy godziny.
Nie dopukałem się do kronik
Akaszy.

Zamiast podróży ducha
myślałem
o twoich cyckach.

(„Ayahuasca na Elbastreet”)


Jest tak, jakby na naszych oczach Wróblewski demontował aparat, którego działanie zajmowało nas przez ładnych kilkanaście książek. Albo tak, jakby choroba „dziwnego widzenia”, choroba Lynchowskiego, zwichrowanego oglądu, do której nas przez lata przekonywał i przyuczał, okazywała się chorobą Morgellonów, halucynozą, w której rzekomo toczące pacjenta pasożyty zidentyfikowane zostają jako „włókna z ubrań”. Na tak ogołoconym polu zostają nam na przyszłość zaledwie trywia: „Lepiej pospłacaj długi. [...] I zacznij odżywiać się ryżem. [...]”. Wielkie tytuły wcześniejszych tomów – „Dolina królów”, „Noc w obozie Corteza” – zwijane są jak flagi. Były tylko wielkimi metaforami.

O to, czy naprawdę odbył podróż śladami Corteza, pytałem autora w roku 2007 w wywiadzie dla nieistniejącej witryny „Cyc Gada”. Już wtedy – pamiętam – chodziło nam w redakcji o to, by o Wróblewskim mówiło się chociaż trochę więcej; do moich rąk trafiły wówczas „Pomieszczenia i ogrody” i nie mieściło mi się w głowie, że tak dobra książka mogła przejść właściwie bez echa. Ale wiedziałem wtedy niewiele, nie znałem przypadku Mieczysława Piotrowskiego, środowiskowa izolacja Wróblewskiego dopiero docierała do mojej świadomości… Sam wywiad czyta się po latach dziwnie, przypominamy w nim owady badające się długimi na pół łokcia czułkami i robiące na wspólnej kłodzie to krok w przód, to w tył. Nieważne. Grzegorz Wróblewski, „Miejsca styku”. Wydawnictwo Convivo, 324 strony, w księgarniach od maja 2018Grzegorz Wróblewski, „Miejsca styku”. Wydawnictwo Convivo, 324 strony, w księgarniach od maja 2018 Ważniejsze jest to, że chociaż rozmowa od lat spoczywa na mulistym dnie sieciowych archiwów, to od niedawna można ją przeczytać na papierze, weszła bowiem w skład „Miejsc styku”, „eseistycznej” książki Wróblewskiego ukazującej się równolegle z „Chorobą Morgellonów”.

Książka jest eseistyczna w cudzysłowie, bo „Miejsca styku”, chociaż wyszły w serii „Jeden esej” młodego wydawnictwa Convivo, esejem nie są. Bliżej im do staropolskiej sylwy: obok wywiadów znajdujemy tu wpisy z autorskiego bloga „Matrix”, obok reprodukcji obrazów – wiersze pisane pod koniec lat 70., kiedy poeta liczył ledwie kilkanaście lat. Wspomnienia ze zdobywania przyczółków anglosaskiego rynku wydawniczego sąsiadują z „Blue Pueblo”, poruszającym zapisem narkotycznego zjazdu; kwaśne uwagi pod adresem specjalistów od „puszystych ptaków wieczoru” z intymnym portretem Teodora Boka, wybitnego, acz zapomnianego rzeźbiarza i grafika, z którym Wróblewski zetknął się i zaprzyjaźnił w Kopenhadze. Miałbym problem z odpowiedzią na pytanie, czy „Miejsca styku” można polecić komuś, kto nigdy wcześniej o autorze nie słyszał, ale są tu dwie–trzy rzeczy – a może nawet nie dwie i nie trzy – które wprowadzenia nie wymagają i których nie znajdziemy absolutnie u nikogo innego.

Po pierwsze: język. Próbki najszybszego języka, jaki aktualnie można przeczytać po polsku – mówię to z całą odpowiedzialnością. Jeżeli w wierszach urządza nieraz Wróblewski wycieczki w stronę wysokoenergetycznej estetyki free, to jest to jednak występ dyskretnie kontrolowany, a przynajmniej ograniczony rozmiarami tekstu. Prawdziwego rozpędu autor nabiera za to w prozie, na przykład tej z bloga, i czystą przyjemnością jest obserwować, jak w pewnym momencie zapis przechodzi w stan wrzenia i zaczyna z niego buchać humor o przedziwnej formule:

Ciekawe, w jakim wieku mogą być Iwona & Iwon? [...] Są kobietami i mężczyznami. Posiadają dobrze lub umiarkowanie rozbudowane narządy. Niektórzy z nich jednocześnie męskie i żeńskie. Tutaj nie ma to żadnego znaczenia. Samopylność. Zapłodnienie krzyżowe. Pozycja od tyłu. Przykrywanie twarzy gazetą. Funkcjonują w związkach tradycyjnych lub mniej tradycyjnych. Poliamoria. Walenie główką w posadzkę świątyni. Queer. Simone de Beauvoir, Jean-Paul Sartre & Bianca Lamblin. Iwonaiwon z Iwonem. Dowolne konfiguracje. Ich rodzice hodowali stokrotki, siedzieli za malwersacje w fabryce uszczelek, zajmowali się zawodowo analizą Szekspira metodą udupiania Jana (sorry, Mikołaja!) Reja, byli zamożni i wykształceni albo też improwizowali, żeby zarobić na mleko pochodzące z nieznanych nam zwierząt/motyli. Pochodzenie chłopskie lub inteligenckie. Lenin/Gandhi. Sąsiad Brzęczyszczykiewicz. Wiara w chiński taoizm, w ateizm, w baranka, który gładzi grzechy świata. Statystycznie zapewne przewaga zjadaczy karpia nad jambalayą lub gumbo. Golonki nadziewanej smażoną cukinią, żeby wyglądało na elastykę światopoglądową. Miniówy albo berety z kiełbaską. Hawańskie cygara. Hasz palony ze szklanych fifek. Rzadziej, wsypywany na srebrne, wedlowskie lotnisko brałn. Twórcy zaangażowani i konserwatywni. „Lud pracujący stolicy”. Albo małomówni ludzie natury, eko. Łowcy suma i wielbiciele sztucznych piersi, wspaniałej Brandi Love. Zakonnice z charyzmą i bez przyspieszenia. Jacek Malczewska. WSZYSCY!!!


Po drugie... Jak to powiedzieć? Szum czasu? Wiem, ten zwrot już się tu pojawił. Chodzi o strony, na których przebłyskują licealne i młodzieńcze lata autora, przełom lat 70. i 80. w Warszawie, osobliwa, uginająca się od potencjalności epoka, w której splatają się losy przyszłych bohaterów polskiej alternatywy:

Liceum w Wilanowie, przepiękny wybieg (w pobliżu onanizuje się duch Kostki Potockiego) i karne apele, kolega napisał w ubikacji KATYŃ POMŚCIMY! Jestem w klasie ze Sławkiem Słocińskim i Pawłem „Kelnerem” Rozwadowskim. Kelner zakłada właśnie grupę Fornit (a potem Deuter), Sławek za chwilę na bębnach w pierwszym składzie Brygady Kryzys. Rodzi się polski punk. Koncerty, trochę zamieszek i pościgów warszawskimi uliczkami [...], ganja, a w kinie Wiedza [...] filmy Saury, Herzoga, Andersona, Buñuela… Żyją nadal legendarni polscy hippisi, Dekabrysta i Indianin. W restauracji Lotos na Dolnym Mokotowie spotyka się i walczy ostatnie już chyba pokolenie git-ludzi (Lotos znajduje się w pobliżu miejsc, które opisywał Grzesiuk, pochodzący z tamtych stron)…


Wróblewski jest dzieckiem dokładnie tej samej formacji, która wydała Brylewskiego czy animującego od lat stołeczną scenę poetycką Tomasza Świtalskiego, niegdyś saksofonistę Kryzysu i Brygady Kryzys. Tak jak oni jest fighterem, tak jak oni – człowiekiem charakternym, tak jak oni widział więcej, niż prawdopodobniej zobaczymy ty czy ja. Ich działalność, niezależnie od tego, co chcielibyśmy wynieść z samej ich sztuki i czy w ogóle znajdujemy w niej coś dla siebie, zdolna jest udzielić kilku lekcji o większym może nawet znaczeniu. Uczy niezależności i oporu, mądrego funkcjonowania w polu (liczba artystycznych kooperacji, w których udzielał się Wróblewski, jest ogromna) oraz otwartości na to, co aktualnie wypełnia głowy młodych. Nieustanna aktywność Wróblewskiego wpędza w kompleksy i zasępia – pozdrawiam moje pokolenie – ale i przekonuje do nieustannej aktywności. W rozpoczętym ostatnio „procesie rozliczeniowym” autorów roczników 50. i 60. – procesie jak pożar torfowiska: cichym, otwartym na wielu frontach, powolnym i nieubłaganym – zabrakło mi głosu, który przypomniałby, że z biologiczną i artystyczną smugą cienia można się mierzyć na sposób bohatera tego tekstu.

„Wszystko, co żywe, nawróciło się. / Tylko ja się nie nawróciłem”. Byłoby lajkowane, gdyby powiedział to jakiś Iggy Pop czy Genesis P-Orridge. No więc.