Jeszcze 2 minuty czytania

Stanisław Łubieński

ŚMIEĆ NUMERU: Lampion nieszczęścia

Stanisław Łubieński

Stanisław Łubieński

Jeden lampion znalazłem w Darłowie, fale nieźle go przetrzepały. Wyglądał jak smutny, wielokrotnie użyty kondom, ale nie było mi go żal. Drugi w Górach Sowich, na skraju świerkowego lasu i spalonej słońcem łąki. Było tak gorąco, że nawet świerszcze nie grały swojego suchego ambientu

Szacuje się, że połowa śmieci sprzątanych z unijnych plaż to jednorazowy plastik. Taki, który raczej nie nadaje się do przetworzenia i rzadko trafia do sortowni. Z założenia jednorazowy, bo marnej jakości i dużo tańszy niż barszcz. Plastikowe kubeczki, sztućce, talerzyki. Tacki. Wszyscy ich używamy. Ostatnio wiele się mówi i pisze o jednorazowych słomkach, wyjątkowo bezsensownych kawałeczkach plastiku, zbyt lekkich, by mechaniczne sortowanie skierowało je do recyklingu. W oceanie, morzu czy na trawniku pod wpływem promieni UV rozpada się na kawałki, ale nie znika. Plastik się nie rozkłada, nie biodegraduje w warunkach naturalnych. Plastik zamienia się w mikroplastik, który zjadają morskie ssaki, ptaki i ryby. Tą drogą trafia często na nasze talerze. Zresztą nie tylko tą, mikroplastik jest już w wodzie pitnej, drobinki znaleziono nawet w soli i miodzie.

Akcja antysłomkowa rozwija się dynamicznie od 2015 roku, kiedy w sieci pojawił się wiral z żółwiem, któremu wyciągają z nosa podłużny plastikowy przedmiot. Taką znajomą białą słomkę w zielone paski. Filmik jest drastyczny, trwa przeszło 8 minut, z nozdrzy zwierzęcia leje się krew, nie trzeba być wielkim wrażliwcem, żeby dostrzec, że potwornie cierpi. Kolejne hotele, statki wycieczkowe, linie lotnicze zakazują słomek. Seattle zakazało, Anglia ma zakazać, Polska nie ma zdania na ten temat.

Nawet szacowny „Washington Post” robi, co może, by nas zniechęcić do ich używania. I straszy: podobno słomki mogą powodować zmarszczki (takie jak od palenia papierosów). Skoncentrowany strumień pitych przez słomkę słodzonych napojów może niszczyć szkliwo i sprzyjać powstawaniu próchnicy. Pod wpływem temperatury, kwasowości czy promieniowania UV z polipropylenu mogą wydzielać się substancje, które zaburzają gospodarkę hormonalną (chociaż artykuł naukowy, na który powołuje się autorka, mówi tylko o płodności myszy). Jeżeli wciąż chcecie używać słomek, to jest jeszcze argument ostateczny: picie przez słomkę napojów (szczególnie gazowanych) powoduje wciąganie do dróg trawiennych większej ilości gazów, a gazy jak to gazy, muszą znaleźć ujście. Jeżeli do kogoś nie przemawiają argumenty ekologiczne, to może lęk przed gazami podziała?

W dobrze nagłośnionej walce ze słomkami każdy chce być prymusem. Starbucks zapowiedział, że wycofa je ze swoich kawiarni do 2020 roku, a w zamian proponuje specjalne plastikowe pokrywki do zimnych napojów. Co roku oznacza to miliard słomek mniej. Czy faktycznie pokrywka zmieni świat na lepsze? Podobno jest zauważalnie grubsza i cięższa niż standardowe wieczka do napojów, zużywa troszkę więcej plastiku. Kiedy pomnożymy „troszkę więcej plastiku” razy miliard wyjdą nam wielkości, których nie sposób sobie wyobrazić. Ale Starbucks twierdzi, że pokrywka waży na tyle dużo, by trafić w sortowni do recyklingu. Ale czy faktycznie zostanie przetworzona? Ile pokrywek wyląduje w krzakach, w jeziorku, albo po prostu na wysypisku? 

A co z jednorazowymi kubkami? Starbucks co roku sprzedaje w nich około 6 miliardów napojów. Zbudowane są z papieru powleczonego cienką warstwą plastiku, a przez to praktycznie nierecyklingowalne. Oddzielenie od siebie cieniutkich warstw zwyczajnie się nie opłaca. Podobne kubki są w innych wielkich sieciówkach. W lutym brytyjski Starbucks postanowił wprowadzić 5-pensową kaucję za każdy kubek, by zachęcić klientów do noszenia własnych, wielorazowych. Niby niewiele, niby nic nie znaczy, ale podobno działa. Swoją drogą taki jednorazowy kubek jest idiotycznie trwały. Można go używać wielokrotnie.

papierosy

Wszędzie jednorazówki. Na przykład artykuły higieniczne. Jak będziecie w sieci popularnych drogerii, zwróćcie uwagę na bezsensowne „uchwyty z nicią dentystyczną”. Wyglądają jak małe łuki z rączką. Jednorazowe, plastikowe, niepotrzebne. A widzieliście zdjęcie konika morskiego dryfującego z patyczkiem higienicznym? Ilustruje teraz masę artykułów o zaśmieconych oceanach. Zdjęcie konika będzie ikoną, tak jak to przedstawiające robotników jedzących lunch na Rockefeller Center, czy fotografia afgańskiej dziewczynki z okładki „National Geographic”. Niewinne morskie żyjątko chwyta ogonem patyczek i płynie z nim, jakby był wodorostem. Zdjęcia z tej serii pokazują zresztą konika wczepionego w różne śmieci. Patyczek jest najbardziej minimalistyczny i wymowny.

Papierosy to też jednorazowe śmieci. Na pewno zdarzyło się wam wyrzucić niedopałek w krzaki, zakopać w piasku na plaży, albo pstryknąć nim do jeziora. To taki rozkosznie  nonszalancki gest. Głównym śmieciem jest tu filtr zrobiony z octanu celulozy, polimeru wykorzystywanego też przy produkcji oprawek do okularów. Przy pomyślnych wiatrach,  w optymalnych warunkach, filtr rozłoży się w półtora roku. Zwykle jednak ten proces trwa znacznie dłużej. Substancje zawarte w tytoniu dodatkowo zatruwają glebę i wodę. Przez pewien czas otuchy dodawał mi artykuł w „Nature” o tym, że żyjące w miastach sikory wykorzystują papierosowe niedopałki do budowy gniazd. Substancje chemiczne zawarte w tytoniu działają jak repelent przeciw roztoczom. Dzikie, niemiejskie sikory w tym samym celu wykorzystują aromatyczne zioła – miętę czy wrotycz.

Przed Schroniskiem Pod Łabskim Szczytem w minutę zebrałem spory stosik niedopałków. Niedopałków męskich i damskich. Cienkich, grubych, ledwie odpalonych, albo takich kopconych chciwie, aż do pomarańczowego. W samym sercu parku narodowego to boli jakoś szczególnie, przecież spodziewamy się tam nieskażonej przyrody. Palacze spod schroniska mieli do śmietnika mniej niż 10 metrów.

Śmieciem numeru wybieram tym razem tak zwany „lampion szczęścia”. Wynaleziony w Azji, ale spopularyzowany przez amerykańskie filmy. Lampion to papierowa czasza na metalowym stelażu z łatwo palnym tworzywem w środku. Składa się życzenie, pstryk zapalniczką i leci w nieznane. Ładnie wygląda, dlatego bywa bardzo popularny na weselach, komuniach czy urodzinach. Popularny też zupełnie bez okazji. Nad morzem można go kupić wszędzie, szczęśliwy nabywca idzie następnie na plażę, podpala i patrzy, jak wznosi się do góry. Co się z nim dalej dzieje? Kogo to obchodzi. Zwykle, na szczęście, lampion po paru sekundach żałośnie wpada do wody. Na szczęście, bo może być gorzej, mogą być kłopoty, kiedy niespodziewany podmuch zaniesie go nad czyjś dom, nad pole uprawne albo las. Lampiony są zabronione w wielu, krajach, w Brazylii ich puszczanie uznawane jest za przestępstwo, przewidziana jest kara do trzech lat więzienia.

Podczas moich śmieciowych eskapad znalazłem dwa lampiony. Jeden w Darłowie, fale nieźle go przetrzepały. Wyglądał jak smutny, wielokrotnie użyty kondom, ale nie było mi go żal. Metalowy stelaż rdzewiałby tam jeszcze wiele lat. Drugi lampion szczęścia znalazłem w Górach Sowich, na skraju świerkowego lasu i spalonej słońcem łąki. Było tak gorąco, że nawet świerszcze nie grały swojego suchego ambientu. Przygnębił mnie ten brak wyobraźni. Czy jest dla nas jakaś nadzieja, jeżeli ktoś mógł wpaść na pomysł, by w środku upalnego lata wyrzucić w dzikich górach kawałek płonącego papieru?

Dziękuję mgr. inż. Michałowi Łukawskiemu za konsultacje