Confusão
„Tajemnica Silver Lake” Davida Roberta Mitchella

11 minut czytania

/ Film

Confusão

Jakub Socha

Powinniśmy skakać pod niebiosa za możliwość emigracji, czy raczej za to, że nie urodziliśmy się w Rosji? Współodczuwać z duńskimi dresiarzami, którzy wygrzewają się w Turcji, czy wierzyć tym, którzy potrafią najładniej kłamać? W tym roku Nowe Horyzonty obchodziły osiemnastkę

Jeszcze 3 minuty czytania

Idziesz zasnutą dymem ulicą. Bezpańskie psy grają ze sobą w rugby, dzieci budują zamek na szczycie góry nieuprzątniętych śmieci. Patrzysz i myślisz sobie jedno – „confusão”. W hotelu, pozbawionym wody i klimatyzacji, za to pełnym szpiegów i korespondentów wojennych – „confusão”. Poza granicami miasta, gdzie nie wiesz, kto jest wrogiem, a kto przyjacielem – „confusão”. W sercu, w głowie też. To nie ja, tylko Ryszard Kapuściński, bohater pokazywanego na Nowych Horyzontach „Jeszcze dnia życia” Damiana Nenowa i Raúla de la Fuente, polski reporter wojenny, który relacjonuje konflikt zbrojny w Angoli w 1975 roku. Choć film Nenowa i de la Fuente to nie jest wielkie kino, za dużo tu zardzewiałych metafor – wrak statku o nazwie „Karol Marks”, wyciągnięty na afrykański brzeg – za mało Kapuścińskiego – o autorze „Cesarza” dowiadujemy się w zasadzie tylko tyle, że bije się z myślami, bo jakiś student zapytał go, czy jest coś takiego jak obiektywizm – to i tak zasłyszane właśnie w nim „confusão”, które można tłumaczyć z portugalskiego jako „zamieszanie” albo „konfuzja”, stało się hasłem tegorocznej imprezy.

Wypowiadano je w trakcie seansów, jak i po nich, i to nie tylko przy okazji filmów wchodzących w skład retrospektywy Nicolasa Roega. Swoją drogą Roeg to niezły ancymon. Nic sobie nie robi z widza, niczego mu nie ułatwia, po prostu pruje w niego przedziwnymi obrazami, nadlatującymi z kilku stron – Anglik uwielbia montaż równoległy. Kadry z telewizora zestawia ze wspomnieniami, seks z szykowaniem się do wieczornego wyjścia, rozbój z procesem sądowym, rozdrapującą piersi niewidomą kobietę o zdolnościach mediumicznych z błąkającym się po ciemnych weneckich uliczkach konserwatorem zabytków, czarodziejkę z pękniętym sercem z poszukiwaczem, który właśnie trafił na żyłę złota. Pielęgniarka wymierza klapsy dłonią w lateksowej rękawiczce, jej szef to bardzo lubi, Einstein śni na jawie o Monroe, którą rozrywa na kawałki fala uderzeniowa wybuchu atomowego, gangster wylewa sobie na głowę wiadro czerwonej farby olejnej, a potem podszywa się pod żonglera. Aż trudno sobie wyobrazić, że ktoś chciał dawać reżyserowi kasę na te ekscesy i że godzili się brać w nich udział tak znani aktorzy jak Julie Christie czy Gene Hackman. Równie trudno pomyśleć, że ktokolwiek będzie w przyszłości kontynuował podobne poszukiwania.

W swojej książce „Świat stale się zmienia”, wydanej przy okazji festiwalu i przetłumaczonej przez Karolinę Kosińską, Roeg pisał: „Stare powiedzenie: «Nic nie trwa wiecznie» – wydaje się dziś przebrzmiałe. Być może lepiej powiedzieć: «Wszystko trwa wiecznie»” i wyrwać się z pojęcia czasu narzuconego przez kalkulujący rozum ku erze objawienia i wolności wyobraźni (do której dostępu bronił rozum)”. Jego credo jednak w niewielkim stopniu przystaje do dzisiejszej rzeczywistości i dzisiejszego kina, w której eksplozja wyobraźni klęka przed kryzysem. Z jednej strony nieszczęście wygłodzonych, libańskich dzieci w „Kafarnaum” Nadine Lebaki, z drugiej – przeżarty turysta w „All You Can Eat Buddha” Iana Lagarde. Problemy z tożsamością i tragedie wojenne, rasizm, nowe media. Kolonializm i neokolonializm, psychotropy i resentymenty. Komu zazdrościć, a komu współczuć? Powinniśmy skakać pod niebiosa za możliwość emigracji, czy raczej za to, że nie urodziliśmy się w Rosji? Narzekać, że nie dzielimy problemów z dwójką artystów z szwedzkiego filmu „Serce” Fanni Matelius? Dziękować losowi, że nikt nie zmuszał nas do szukania partnerów poprzez swatki, jak to się dzieje w irańskim filmie Azadi Maghadam? Z jakimi sytuacjami się utożsamiać, a jakie traktować jak opowieść z dalekiej planety? Współodczuwać z duńskimi dresiarzami, którzy wygrzewają się w Turcji, czy może z Indianami z plemienia Krahô? Cieszyć się tym, co się ma? Czy może wierzyć po prostu tym, którzy potrafią najładniej kłamać?

Nowe Horyzonty, jak mało co, oddają wrażenie szczególnego mętliku, w którym żyje dzisiejszy człowiek, bombardowany przez emocje, wystawiony na treści, których nie potrafi zweryfikować, i doświadczenia, które nigdy nie będą jego. Świat i to, co na ekranie, zaczyna się we Wrocławiu po prostu zlewać.

To pewnie także przez brak snu i w tym roku dodatkowo jeszcze przez upały. Na Nowych Horyzontach śpi się mało. Po ostatnim seansie krótka trasa do klubu festiwalowego, żeby wypić choć jedno piwo, porozmawiać o gustach i tym, kto ma na świecie najgorzej. Potem szybki powrót taksówką – taksówki stają się tańsze niż papierosy, więc korzystam. W łóżku ląduje się w okolicach trzeciej. Pobudka o ósmej i od razu przed komputer, żeby wybierać filmy na następny dzień. Masz 30 minut, po których ekran z rozpiską projekcji rozbłyska na kolorowo. Gdy rozbłyska, zaczynasz, musisz być szybki jak rewolwerowiec i naprawdę celnie strzelać, żeby zarezerwować wybrane seanse, które znikają jak komety. Po klikaniu zimny prysznic, śniadanie i w drogę, tym razem pieszo, na pierwszy film. Słońce już się podniosło, już zakłada ci podwójnego nelsona, szukasz więc ratunku w słowach mamy, która zawsze mówiła: „w cieniu chłodniej”. I okazuje się, że nie bardzo.

„Zazi w metrze”, reż. Louis Malle, „Dowłatow”, reż. Aleksiej German Jr., „The Rider”, reż. Chloé Zhao



Najchłodniej jest w klimatyzowanym kinie. Weźmy pierwszy dzień z brzegu: siadasz wygodnie i oglądasz „The Rider” Chloé Zhao, film o amerykańskim kowboju z Dakoty Południowej, który musi przejść na wcześniejszą emeryturę, po tym jak dostał po głowie od narowistego konia. Zhao miesza tu fikcję z rzeczywistością, grają u niej prawdziwi kowboje, młodzi weterani rodeo. Jeżdżący na wózkach, z blachami zamontowanymi im przez lekarzy w miejscu pogruchotanej czaszki. Główny bohater nie rozstaje się ze swoim rewolwerem, kręci jego bębenkiem na łóżku, jakby droczył się z sobą, czy zagrać w rosyjską ruletkę. Potem zamienia go na plastikowy czytnik kodów, kształtem przypominający rewolwer, i celuje z niego do produktów w supermarkecie, próbując cieszyć się pracą sprzedawcy. Wychodząc z kina, pierwszą osobą, na którą trafiasz, jest barman. Ubrany na czarno, z ciemnymi włosami zaczesanymi równiutko do tyłu, robi młynki otwieraczem do piwa, a potem chowa go do tylnej kieszeni, jakby to była kabura, a on znajdował się na Dzikim Zachodzie. Przy stoliku natomiast koleżanka wyjmuje z plecaka mały spryskiwacz do kwiatów z plastikowym, czerwonym spustem i strzela mgiełką wody, co przynosi chwilowe wybawienie. Upał za chwilę znowu wraca.

Po takich spiętrzeniach powoli zaczynasz rozumieć, co czuje Sam, bohater „Tajemnicy Silver Lake” Davida Roberta Mitchella, onanista i obibok, który rusza na poszukiwanie zaginionej sąsiadki po Los Angeles i okolicach. Trop prowadzi go na potańcówki przy szachach, do bunkra i domu wielkiego kompozytora. Na swoje drodze spotyka króla bezdomnych, drużynę lolitek, milionerów, upadłe gwiazdy i spalonych młodzieńców, którzy grają w stare gry komputerowe. I nagle odkrywa, że pod powierzchnią zwykłych zdarzeń rozbrzmiewa pieśń skierowana tylko do niego, ktoś do niego mówi, oferując rozwiązania zagadki wszechświata. Mitchell bawi się tu pynchonowską narracją, nakręca w głowie głównego bohatera coraz większą paranoję, która każe mu puszczać utwory muzyczne od tyłu, tworzyć skomplikowane równania, w przypadkowych kształtach szukać znaków, łamać szyfry ukryte w opisie płatków śniadaniowych i starych czasopismach. A wszystko po to, by zdemaskować tych, którzy pociągają za sznurki i wydobyć na światło dzienne ostateczny wzór wszystkiego. Jak to w tego typu historiach, za jedną króliczą norą czeka kolejna, Sam zostaje z niczym, ale, jak powiedziałaby siostra kowboja z „The Rider”, mała wróżka, przynajmniej przeżył niezłą przygodę.

Wrocławskie doświadczenie, równie ekscytujące, co wycieńczające, też skłania do porządkowania chaosu, już w połowie festiwalu odniosłem wrażenie, że bardzo mocno narzucała się w tym roku cyfra dwa – obejrzane przez mnie filmy nie ułożyły się może w mandalę, ale w pary. „The Rider” i „Polegaj na mnie” Andrew Haigha – elegie dla bidoków, którzy kiedyś byli symbolem swojego kraju, a teraz żyją w poczuciu całkowitego zapomnienia, wtapiając się powoli w krajobraz. „John McEnroe – mistrz doskonałości” Juliena Farauta i „Córka trenera” Łukasza Grzegorzka – historie zadręczanych ciał w służbie obsesji wygrywania, napędzającej mężczyzn. „Żona” Björna Runge i „Letnia szkoła życia” Laurenta Cantenta – opowieści o kłamstwie literatury i przemocy wyrządzanej za pomocą słów. „Lato” Kiryła Serebrennikowa i „Dowłatow” Aleksieja Germana Jr. – nostalgiczne portrety zduszonych przez totalitarne państwo artystów, dla których ratunkiem jest tylko emigracja wewnętrzna. „Ładunek” Ognjena Glavonicia i „Via Carpatia” Klary Kochańskiej i Kaspra Bajona – warianty kina drogi, które rozgrywają się w Europie, rozrywanej przez konflikty rasowe i etniczne, o czym nikt woli za długo nie myśleć. Wreszcie „Na wojnie” Stéphene'a Brizé i „Fabryka niczego” Pedro Pinho. Film Pihno niby widziałem w zeszłym roku, ale za to ostatniego dnia, obrazem „Na wojnie” zakończyłem tegoroczną edycję. I jakby nic się nie zmieniło przez ten czas, jakbym wcale z Nowych Horyzontów nie wyjechał – znowu fantastyczni ludzie muszą opuszczać swoje fabryki tylko dlatego, że takie są prawidła współczesnego kapitalizmu, podejmują więc z nim walkę, która, choć piękna, i tak jest skazana na porażkę.

Oglądając tę francuską wojnę, w której korporacyjny walec przejeżdża się po związkowcach, jakże innych od tych opisywanych przez neoliberalnych bajkopisarzy, trudno było nie wrócić do „Zazi w metrze”, małej perełki Luisa Malle'a, który zaprezentowała na festiwalu Klara Cykorz, tegoroczna laureatka Konkursu im. K. Mętraka. U Malle'a Francja jest cała w rozkwicie – spanie do południa, potem kawa i bagietka, słoneczko, ulubiona kawiarnia, świeże owoce, wspólnota. A wieczorem zupa cebulowa, ślimaki, wołowina po burgundzku, dużo owoców, likier albo calvados. Francuzi jedzą tu, tańczą, latają na balonach, ścigają po ulicach swoje miłości, urządzają bitwę na torty w nocnym lokalu, pożary gaszą szampanem. Uganiają się za małą Zazi, pyskatą anarchistką, która traktuje świat jak bączek, kręci nim dla samej zabawy. Tak się powinno traktować świat – takiego świata już nie ma. I chociażby tego można się było nauczyć na tegorocznych Nowych Horyzontach, które obchodzą właśnie swoje 18. urodziny.