Ale jednak coś zostaje
Koji Kamoji, fot. Marek Krzyżanek

10 minut czytania

/ Sztuka

Ale jednak coś zostaje

Rozmowa z Kojim Kamojim

– Nie chciałbym, żeby ta rozmowa była przygnębiająca. – Sporo smutku w pana pracach. – Nie widzę w swoich pracach smutku, nazywam to skupieniem

Jeszcze 3 minuty czytania

MONIKA STELMACH: Z pracy „Łódki z trzciny” usunął pan wszystkie elementy, została tylko blacha, która symbolizuje wodę. Zmienił pan też tytuł na „Cisza i wola życia”.
KOJI KAMOJI: Dopóki praca należy do mnie, to mogę ją zmieniać. Szukać odpowiedzi na swoje pytania.

Czego pan szukał w tym przypadku?
Ciszy.

Tylko ciszy?
To wystarczy.

A w pracy „Najpiękniejszy kąt otwarcia drzwi albo obraz”?
Kiedy mieszkałem w Pruszkowie, pewnego dnia obierałem ziemniaki. Drzwi od kuchni i łazienki były uchylone, tworzyły konstelację kątów. Zacząłem zastanawiać się, jaki kąt uchylenia drzwi jest najpiękniejszy. Zadałem sobie zadanie znalezienia go.

Znalazł pan?
Nie ma takiego. Każdy jest piękny.

Koji Kamoji

Urodził się w 1935 roku w Tokio. W 1958 roku ukończył studia artystyczne w Musashino w Tokio.  W 1959 roku przyjechał do Polski i podjął studia w Warszawskiej ASP (dyplom w 1966 roku) w pracowni prof. Artura Nacht-Samborskiego.  Od 1967 roku współpracuje z Galerią Foksal w Warszawie. Laureat Nagrody Krytyki im. Cypriana Kamila Norwida (1975) oraz Nagrody im. Jana Cybisa (2015). Mieszka i pracuje w Warszawie.

Retrospektywną wystawę Koji Kamoji „Cisza i wola życia” można oglądać do  26 sierpnia 2018 r. w Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki. Kuratorka: Maria Brewińska

Długo pan szuka odpowiedzi na swoje pytania?
Czasami długo. Na przykład „Dwa bieguny” strasznie długo malowałem, a na koniec zostały tylko trzy linie. Pomyślałem, że chyba popełniłem błąd, wróciłem do poprzednich etapów. I znowu zostały trzy linie, więc uznałem, że tak musi być.

Odpowiedzi na jakie pytanie pan szukał?
Obraz jest światem zamkniętym, inaczej niż rzeczywistość. Rozważałem, jak przenosić rzeczywistość na obraz, który ma swój początek i koniec. Dołożyłem kamienie, które nie mają takiej określonej struktury i pochodzą z rzeczywistości.

Nie lubi się pan rozstawać ze swoimi pracami?
Są jak dzieci, można je zmieniać, dopóki są związane z artystą; jak się odetnie pępowinę, to żyją własnym życiem. Kiedyś Alfred Lenica mówił, że chciałby, aby jego prace jak najpóźniej wisiały w muzeach, bo już wtedy niczego nie można poprawić. Ciągle poprawiam swoje prace. Te już niestety są nie moje (cykl obrazów olejnych na płycie wiórowej z kolekcji Galerii Starmach – red).

Kilka lat temu wróciły do Polski.
W latach 70. przyjechał do Polski kolekcjoner z Galerii Schwarz w Mediolanie. Kupił ode mnie siedem obrazów, wszystkie, które wtedy miałem. Po latach Stramach odkupił je wszystkie i przywiózł do Polski. Jestem bardzo szczęśliwy, że są w kraju.

Dlaczego pracy „Przeciąg” z 1975 roku dopisał pan w roku 2018 słowo „Starość”?
Kiedy powstała ta praca, siedziałem w małej kawiarni na tyłach Marszałkowskiej i poczułem, że jestem starcem. Miałem wtedy około 30 lat. Przed oczami pojawił mi się obrazek: bibuła japońska, która poddaje się ruchowi wiatru, ale nie przeciwstawia się sile powietrza.

W czasach kultu młodości trudno o niebuntowanie się przeciwko starości, kiedy czas przepływa.
Ale co wynika z tego buntu? Starość i tak przyjdzie.

Koji Kamoji. „Cisza i wola życia”, Zachęta, fot. Marek Krzyżanek

Jest w panu na to zgoda?
Tak. I od razu uprzedzę, że to wcale nie jest myśl Wschodu. W filozofii zachodniej np. Cyceron czy Marek Aureliusz też pisali o pochwale starości. Operacje, które mają sprawić, że stary będzie trochę młodszy, czy potem podtrzymywanie na siłę przy życiu za pomocą aparatury, to męczenie człowieka. Nie chciałbym żyć w ten sposób.

Może dlatego, że w ludziach jest wola życia?
Każdy człowiek ma wolę życia od początku do końca. Ale kiedyś trzeba odejść.

Sasaki, pana przyjaciel, który popełnił samobójstwo, również miał wolę życia?
Nawet ci, co popełniają samobójstwo, mają wolę życia. Sasaki zażył tabletki nasenne, ale jego ciało chciało żyć. Instynktownie czołgał się do brzegu morza i tam umarł.

Dla niego jest również praca „Księżyc Sasakiego”.
Pomyślałem, że taki księżyc mógł widzieć, zanim popełnił samobójstwo. To praca o momencie, kiedy był zawieszony między wolą życia a śmiercią. Ale nie mógł już wrócić do życia. I był z tym sam.

Zrobił pan kilka prac na ten temat. Dlaczego to wydarzenie miało taki wpływ na pana?
Mieliśmy wtedy po 20 lat, on mi mówił o samobójstwie. Nie umiałem go odciągnąć od tej myśli. Nie uratowałem Sasakiego. Mam o to żal do siebie.

Koji Kamoji. „Cisza i wola życia”, Zachęta, fot. Marek Krzyżanek

To było wiele lat temu.
Nie wydaje mi się, że to działo się tak dawno. Zostawił we mnie ślad, kiedy go dotykam, to odżywa we mnie tamten czas. Kiedyś na wystawie w Krakowie pokazywałem tę pracę. Płakałem całą noc, nie mogłem wyjść na wernisaż, potem już nie płakałem, ale nigdy nie zapomniałem.

Na wystawie jest „Ostatni list Sasakiego”. Rzeczywiście napisał do pana?
Dostałem od niego list. Napisał, że już się nie zobaczymy, żebym malował obrazy również za niego. Nie napisał, dlaczego to zrobił.

W „Hiroszimie” nawiązuje pan do ataku nuklearnego z 1945 roku.
Jedno kimono podzieliłem na dwie części. Kiedyś było w nim ciało, ale teraz nie ma pomiędzy połówkami niczego poza cieniem.

To praca o tych, których nie ma?
To praca o tym, czego nie ma, ale jednak coś zostaje.

Zostały kamienie.
Kiedy miałem koncepcję tej pracy, to postanowiłem pojechać do Hiroszimy, żeby zobaczyć jak wygląda to miejsce. Szukałem tam kamieni, ale miasto jest tak wysprzątane, że nie mogłem żadnego znaleźć. Pracowałem wtedy w redakcji jako tłumacz i moi koledzy dziennikarze z Japonii wyciągnęli z rzeki kamienie oraz kawałek obłupanej dachówki i przysłali mi pocztą w drewnianej skrzynce.

Instalacja „kamień oświęcimski” mówi z kolei o jednej z największych tragedii w historii Polski.
Auschwitz było zbrodnią zaplanowaną, która odbywała się wiele lat. To mnie zawsze w tej historii zadziwia i zasmuca. Kiedy tam byłem, wziąłem mały kamień z torów. Miałem go przez chwilę w pracowni, ale nie mogłem wytrzymać i zrobiłem instalację. Kamień jest świadkiem wydarzeń.

Koji Kamoji. „Cisza i wola życia”, Zachęta, fot. Marek Krzyżanek

„Trzy łzy” również są śmierci.
Z tym obrazem wiąże się pewna historia. Córeczka mojego kolegi i jego żony z Hiszpanii nie mogła samodzielnie oddychać po urodzeniu. Trzy lata leżała w szpitalu, a matka do niej codziennie przychodziła. Potem powiedziała mi, że dziecko umarło. Poruszyło mnie to. Wtedy przyszła do mnie praca „Trzy łzy” – dziecka, matki i ojca. 
Nie chciałbym jednak, żeby ta rozmowa była tak przygnębiająca.

Sporo smutku w pana pracach.
Nie widzę w swoich pracach smutku, nazywam to skupieniem.

Porozmawiajmy w takim razie o kamieniach, które powtarzają się w wielu pana pracach.
To symbol przyrody, która daje spokój i ciszę.

Mieszka pan w Warszawie, gdzie szuka pan przyrody i spokoju?
Przyroda jest wszędzie, w mieście też są drzewa i ziemia, ale czasami nie widzimy tego w miejskim chaosie. Może w mieście pozornie wszystko dzieje się szybko i hałaśliwie, ale ja umiem znaleźć ciszę i skupienie, bo tego potrzebuję. Może mi łatwiej, bo spokój mam w sobie. To jest podejście zen.

Koji Kamoji. „Cisza i wola życia”, Zachęta, fot. Marek Krzyżanek

Dlaczego zdecydował się pan przyjechać do kraju o tak odmiennej kulturze?
Nie był mi całkiem obcy. Mój wujek mieszkał w Polsce przed wojną. Tłumaczył literaturę polską i japońską. Dużo o Polsce opowiadał.

Długo płynął pan do Polski.
Płynąłem 2,5 miesiąca, co jest dość luksusowe z dzisiejszej perspektywy, bo kto miałby tyle czasu. Kolega poleciał samolotem, a ja wybrałem statek. Można było spokojnie zobaczyć wiele rzeczy po drodze, bo zatrzymywał się w różnych portach. Czasem stał przez kilka dni.

Chciał pan tu zostać?
Nie myślałem, że na całe życie. Dostałem na 5 lat stypendium. Potem się ożeniłem i zostałem. Nie żałuję.

Jak duże są różnice kulturowe?
Polacy są bardziej bezpośredni, otwarci i spontaniczni, co mi się podoba. Japończycy wszystko porządkują. Może myślą, że przez ten porządek życie będzie trochę łatwiejsze. Szukam jednak wspólnego mianownika, a nie różnic. Kiedyś robiłem „Studnię” i mówiąc w przenośni, kiedy kopiemy w głąb, to w końcu dotrzemy do wspólnego. 

Do czego się pan dokopał?
Niezależnie od tego, gdzie kopiemy, to znajdziemy wodę – uniwersalne doświadczenia. Wodę zna każdy i każdy jej potrzebuje. Sztuka daje mi możliwość szukania.

W obrazie „Zwiastowanie” porównuje pan sztukę do religii.
Religia jest formą skupienia, podobnie jak sztuka. To je upodabnia do siebie. Chociaż nie jestem pewien, czy słowo skupienie jest dobre, może medytacja, może odczuwanie ciszy, może schodzenie w głąb. Trudno czasami wyrazić to słowami. Długo zastanawiałem się nad tym tytułem, bo wiem, ile zwiastowanie znaczy dla chrześcijan, ale on przyszedł do mnie razem z tym obrazem. Nie znalazłem lepszego.
Rozgadałem się. A przecież nie jestem filozofem, tylko artystą.