Bez wyjścia
„Nieposłuszne”

13 minut czytania

/ Film

Bez wyjścia

Maciej Jakubowiak

Chcąc zwiększyć wyrazistość konfliktu, w który uwikłane są bohaterki, twórcy „Nieposłusznych” na podstawie powieści Naomi Alderman przywiązali je do roli ofiar i pozbawili możliwości działania innego niż ucieczka

Jeszcze 3 minuty czytania

„W świecie istnieje wiele rodzajów przynależności, więcej, niż ci się wydaje. Ludzi nie da się posegregować tak prosto” – mówi głos, który Ronit słyszy w swojej głowie i z którym akurat nie ma ochoty się zgodzić. Przynajmniej Ronit z powieści „Nieposłuszeństwo” Naomi Alderman, bo akurat wątek tego wewnętrznego sporu nie znalazł się w ekranizacji Sebastiána Lelio, który powieść brytyjskiej pisarki zarazem estetycznie wzbogacił i symptomatycznie uprościł.

Szkielet historii jest jednak ten sam: kiedy umiera rew Krushka, duchowy przywódca jednej z ortodoksyjnych synagog w londyńskiej dzielnicy Hendon, na uroczystości żałobne przylatuje z Nowego Jorku jego córka, Ronit (grana w filmie przez Rachel Weisz), która przed laty opuściła rodzinny dom i porzuciła żydowskie tradycje. Konfrontuje się ona z dusznym środowiskiem, w którym dorastała, oraz z dwojgiem przyjaciół z dzieciństwa: uczniem i następcą zmarłego ojca, Dovidem (Alessandro Nivola), oraz jego żoną Esti (Rachel McAdams), z którą kiedyś łączyła ją (skoro plakat filmu nie szczędzi spoilerów, to i ja nie będę) erotyczna relacja. Przywieziony z Ameryki styl życia oraz swoboda poglądów Ronit wywołują w ortodoksyjnym środowisku niemały popłoch, prowadząc do – skrywanych pod wysoko trzymaną gardą konwenansu – większych i mniejszych spięć. Pojawienie się Ronit zwraca przy okazji uwagę na Esti, której lesbijskie pragnienia, dotąd skrzętnie skrywane, wychodzą na jaw i prowokują reakcję wspólnoty – cichą, ale wcale nie bezbolesną.

Tylko ucieczka

Lelio realizuje tu właściwie ten sam scenariusz, co w „Fantastycznej kobiecie” (nagrodzonej Oscarem dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego): konfrontuje bezbronną nienormatywność z całym wachlarzem społecznych mechanizmów dyscyplinowania. I rozgrywa to zderzenie za pomocą podobnych środków. Najważniejsze rzeczy odbywają się w milczeniu, a właściwie wynikają z zestawienia wielosłowia przemocy i milczenia ofiar, reagujących co najwyżej niewielkimi poruszeniami twarzy, do których obserwowania (tak jakby kamera usiłowała nauczyć widzów wrażliwości na to, co nie może zostać wypowiedziane) zmuszają detaliczne zbliżenia. Milczenie skutkuje też nagromadzeniem niedopowiedzień (prawdę mówiąc, w pierwszej części filmu trudno się połapać, kto jest kim i w jakiej relacji do innych), dlatego nie bez znaczenia jest muzyka skomponowana przez Matthew Herberta, podpowiadająca to, co wydarza się poza kadrem. Aby podkreślić zacieśniającą się atmosferę relacji międzyludzkich, chilijski reżyser chętnie operuje ciasnymi pomieszczeniami: sporo ujęć obejmuje framugi i ściany, które pozostawiają niewiele miejsca bohaterom. A ci i tak pojawiają się na ekranie zwykle ubrani w grube płaszcze, osłaniające przed angielską jesienią, izolujące od nieprzychylnego świata, ale również ograniczające możliwości ekspresji.

„Nieposłuszne”, reż. Sebastián Lelio. Wielka Brytania, Irlandia, Stany Zjednoczone, w kinach od 4 sierpnia 2018„Nieposłuszne”, reż. Sebastián Lelio. Wielka Brytania, Irlandia, Stany Zjednoczone, w kinach od 4 sierpnia 2018Film Lelio z jednej strony uderza rozpoznaniem skali mikroskopijnych form przemocy, wywieranej na tych, którzy nie mają się jak bronić; a z drugiej – emanuje melancholią, wynikającą z pogodzenia się z nieuchronnością społecznej opresji. Nic dziwnego, że krytycy chętnie porównują go do „Carol” Todda Haynesa, gdzie podobne kwestie były rozgrywane w zbliżony sposób, tyle że rolę społeczności ortodoksyjnych żydów odgrywało pruderyjne amerykańskie społeczeństwo lat 50. Estetyczna uwodzicielskość obu tych filmów – podbijana przy okazji przez duety znakomitych aktorek, chyba nieprzypadkowo wpisujących się w najzupełniej normatywne kanony kobiecej urody – łączy się, jak sądzę, z bezpiecznym dystansem, który oferują widzom: te okropne społeczeństwa, które pięknym i niewinnym kobietom nie pozwalają na nieskrępowaną realizację pragnień, albo już nie istnieją, albo są oparte na religijnym fundamentalizmie. To smutne, ale zarazem piękne. I jakoś zbyt proste.

Takiego przeciwstawienia unika, co ciekawe, powieść Alderman (która ukazała się po polsku w 2006 roku w przekładzie Ewy Krasińskiej, a niedługo ma zostać wznowiona). Nie chodzi mi o klasyczne narzekanie na to, co z książki nie zmieściło się w filmie (choć z jej obfitego judaistycznego sztafażu faktycznie niewiele pozostało na ekranie), ale o pewne przesunięcia, których w scenariuszu dokonali Lelio i Rebecca Lenkiewicz (współautorka scenariusza „Idy” Pawła Pawlikowskiego). Jasne, „Nieposłuszeństwo” to w dużej mierze opowieść o tym, jak tradycyjne społeczności przesuwają kobiety na margines, uniemożliwiają im zdobywanie wiedzy i odmawiają im udziału w życiu publicznym. W momencie chorobliwego olśnienia z pełną wyrazistością zdaje sobie z tego sprawę Dovid: „Życie tutaj zabija kobiety, wysysa z nich krew do ostatniej kropli”.

Naomi Alderman, „Nieposłuszeństwo”. Przeł. Ewa Krasińska, Sic!, 248 stron, 2006Naomi Alderman, „Nieposłuszeństwo”. Przeł. Ewa Krasińska, Sic!, 248 stron, 2006Różnica tkwi jednak w strategiach przezwyciężania tej sytuacji. W ramach logiki filmu jedynym rozwiązaniem może być ucieczka, której dokonała kiedyś Ronit i na którą prędzej czy później zdecyduje się Esti. W powieści sprawy układają się nieco inaczej. Tytułowe nieposłuszeństwo oznacza tu nie tyle bolesne zderzenie ze społecznymi normami, ile próbę ich przekształcenia, przekroczenia prostych, i przez to antagonizujących, etykiet. To dlatego powieściowa Esti – inaczej niż w filmie, w którym musi wyrwać się spod władzy męża, by podążyć za kochanką – decyduje się na bardziej skomplikowany ruch, który pozwala jej na wywalczenie dla siebie własnego miejsca we wspólnocie. Zresztą mówi o tym dobitnie: „I nie trzeba aż uciekać, by wyzwolić się z tyranii milczenia”. Samo nieposłuszeństwo okazuje się potrzebne nie tylko pojedynczym osobom, ale też całym społecznościom, które bez jego ożywczego ruchu skazują się na śmiertelną stagnację. Przez to jest też bardziej uniwersalne, co w powieści Alderman skutkuje postaciami bardziej złożonymi i niejednoznacznymi niż w filmie Lelio, w którym dzielą się one prosto na tych, którzy są sprawcami opresji i te, które jej podlegają. To dlatego polski dystrybutor filmu mógł spokojnie zamienić „Nieposłuszeństwo” na „Nieposłuszne”. Chcąc zwiększyć wyrazistość konfliktu, w który uwikłane są bohaterki, twórcy filmu mimochodem przywiązali je do roli ofiar i pozbawili możliwości działania innego niż ucieczka (czego skądinąd udało się uniknąć w „Fantastycznej kobiecie”). Trudno się dziwić, skoro sama Alderman w swojej ostatniej powieści (która niedawno ukazała się po polsku) poszła tą samą drogą.

Jeden-zero

Jeśli w „Nieposłuszeństwie” emancypacja kobiet była skutkiem skomplikowanych negocjacji, to w „Sile” dokonuje się za sprawą prostego cięcia. Któregoś dnia dziewczynki na całym świecie – najpierw one, potem dopiero ich matki – odkrywają ukrytą w swoich ciałach umiejętność rażenia prądem. Zyskując taką przewagę, pozbawiają mężczyzn fizycznej wyższości fundującej patriarchat. Teraz role się odwracają. Tę globalną rewolucję Alderman rozpisuje na kilka postaci. Jest tu więc przywódczyni nowego ruchu religijnego, z początku fundamentalistycznej sekty, stopniowo przekształcającej się we wpływową instytucję. Jest amerykańska polityczka wykorzystująca nowe okoliczności do błyskawicznego awansu po kolejnych stopniach kariery i pokonująca traktujących ją dotąd protekcjonalnie mężczyzn. Jest żona przywódcy bałkańskiego kraju, która pozbywa się męża i zaprowadza polityczny matriarchat. Jest córka londyńskiego gangstera, twardą ręką zarządzająca tworzącą się infrastrukturą nowego światowego porządku. Ale jest też nigeryjski dziennikarz, śledzący przebieg rewolucji i usiłujący zrozumieć jej konsekwencje.

Naomi Alderman, „Siła”. Przeł. Małgorzata Glasenapp, Marginesy, 400 stron, w księgarniach od maja 2018Naomi Alderman, „Siła”. Przeł. Małgorzata Glasenapp, Marginesy, 400 stron, w księgarniach od maja 2018Najciekawsze są tu opisy drobnych zmian obyczajowych, które Alderman niepostrzeżenie wplata w narrację: odwrócenie ról w programie telewizyjnym, w którym to mężczyzna zaczyna odgrywać głupiutkiego trzpiotka; seksualizacja i uprzedmiotowienie męskich ciał; drobne gesty nieposłuszeństwa („Mężczyźni próbują odciągać kobiety od okien. A kobiety po prostu strącają ich dłonie ze swoich ramion”). Akcja toczy się wartko (pod koniec może zbyt wartko), perspektywy często się zmieniają, nie brakuje tu dowcipu zgrabnie równoważącego dramatyzm i powagę. Do tego rozdziały przeplatane są ilustracjami artefaktów, których opisy sugerują, że zmiana porządku świata okazała się trwała i poskutkowała przepisaniem historii. Skądinąd proces ten nie omija samej powieści i kwestii jej autorstwa. W efekcie śledzenie wszystkich sygnałów rodzącego się matriarchatu – na poziomie globalnym, historycznym, ale i metatekstowym – daje mnóstwo czytelniczej frajdy. Choć przecież sam pomysł, by odwrócić role genderowe, jest tyleż błyskotliwy, co banalny.

Ze znacznie mniejszym rozmachem i mniejszymi ambicjami podejmuje go francuska komedia „Nie jestem łatwy” Eleonore Pourriat, wyprodukowana przez Netflix. To rozwinięcie etiudy „Majorité Opprimeé” („Represjonowana większość”) z 2010 roku, która przed dwoma laty zrobiła furorę w internecie. Niesympatyczny szowinista Damien (Vincent Elbaz) po urazie głowy odzyskuje przytomność w świecie, w którym to mężczyźni noszą kuse ubrania i wykonują mniej prestiżowe zawody, a kobiety bez skrępowania korzystają ze swojej dominującej pozycji. Bohater początkowo nie może się z tym pogodzić i mimochodem staje się rzecznikiem emancypacji opresjonowanej płci. Kiedy mówi, że w jego świecie to mężczyźni są na uprzywilejowanych pozycjach, to dla jego rozmówczyń brzmi to jak metafora. Ale Damien szybko wchodzi w wyznaczoną dla niego rolę i angażuje się w romans ze znaną pisarką (Marie-Sophie Ferdane), a odtąd film rozwija się już według oklepanego schematu komedii romantycznej.

„Nie jestem łatwy”, reż. Eleonore Pourriat. Francja 2018„Nie jestem łatwy”, reż. Eleonore Pourriat. Francja 2018 I w powieści Alderman, i w filmie Pourriat pojawiają się podobne pomysły: ruchy maskulinistów, żarty z męskiej depilacji, a przede wszystkim drwiny z wulgarnej psychologii ewolucyjnej, usiłującej tłumaczyć relacje genderowe głębokimi uwarunkowaniami antropologicznymi (nie tak dawno ten zestaw argumentów przypomniała redaktorka jednego z dużych portali, ale z przyzwoitości nie będę tu podawał linków). „Siła” pokazuje, jak zmiana stosunków sił może poskutkować również zmianą historycznych fikcji, pozwalających uzasadniać status quo; natomiast w „Nie jestem łatwy” okazuje się, że w rzeczywistości matriarchatu kobiety są silniejsze fizycznie, bo w prehistorii to one głodziły samców w jaskiniach. Na tym w końcu polega krytyczna funkcja tego prostego odwrócenia: ujawnia ono arbitralność ról genderowych i przez to pozwala dostrzec w tych „normalnych” działanie sił społecznych podlegających negocjacjom, a nie jakiejś niezmiennej natury.

No właśnie, niby pozwala to wszystko dostrzec, ale jednocześnie blokuje myśl o zmianie. Bo taka przewrotka w gruncie rzeczy utrwala tylko binarne przeciwieństwa, mające skrywać twardy fundament przemocy: zy to kobiety podlegają opresji mężczyzn, czy mężczyźni kobiet - zawsze ktoś podlega opresji. W takim razie po co zmieniać cokolwiek? Z tych pozornie uwalniających fantazji paradoksalnie wynika, że w rzeczywistości (tej naszej) nie ma większego sensu, na ten przykład, walka o prawa kobiet, bo może ona co najwyżej poskutkować tym, że ich miejsce zajmą mężczyźni. Nieprzypadkowo i w „Sile”, i w „Nie jestem łatwy” ruchy maskulinistów wypadają po prostu głupawo – bo też emancypacja nie jest tu poważną propozycją.

Nie wydaje mi się, żeby to był wyraz poglądów autorek obu tytułów. To raczej konsekwencja strategii, w której aby w ogóle móc dokonać prostego odwrócenia, trzeba najpierw przyjąć, że jest co obracać. Dla zyskania wyrazistości, tak jak robi to również Lelio w „Nieposłusznych”, trzeba więc podkręcić stereotypy i stworzyć zero-jedynkowy układ, który można potem dowolnie wywracać. Jednak w takich ramach nie da się już pomyśleć o bardziej sprawiedliwej zmianie. Bo ta, jeśli jest możliwa, to tylko w strefach szarości, momentach upłynnienia norm i tożsamości, w których „ludzi nie da się posegregować tak prosto”.