Jeszcze 2 minuty czytania

Maria Poprzęcka

NA OKO: Poznaj zabytki swojego regionu

Maria Poprzęcka

Maria Poprzęcka

Rekomendacja dla parków miniatur, na jaką bezinteresownie sobie tu pozwalam, nie jest podszyta lekceważeniem czy drwiną ze świata „dla ubogich”

Ostatni spektakl Krzysztofa Warlikowskiego w Nowym Teatrze kończy brawurowy monolog Agaty Buzek:

…było fantastycznie, można wyjść z siebie, co za koszmar, ale wepchnęli nam to, co było można, pod tym względem było fantastycznie, bo poszliśmy do najdroższych biur turystycznych, ich pakiet wycieczkowy strasznie nam się spodobał, oni naprawdę dali wiele, nawet więcej niż się można było spodziewać, biegaliśmy jak wariaci, wchodziliśmy i schodziliśmy, i schodziliśmy i wchodziliśmy, i cały czas patrzyliśmy się, można wyjść z siebie, ile można patrzeć i patrzeć, a w tym kabarecie w Londynie, nie, to było jeszcze we Francji, wzięli nas do muzeum, a później do jeszcze jednego muzeum i jeszcze jednego, tylko pogratulować, naprawdę nie szczędzili wysiłku, gonili nas jak stado bydła, można wyjść z siebie, i byliśmy w tym kabarecie we Francji, może to jeszcze było w Szwicerii, nie, w Szwicerii były widoki, naprawdę zobaczyliśmy wiele muzeów i dużo kościołów, rzygam kościołami, w Szwicerii było jezioro i na jeziorze kościół, a w jego środku – muzeum, albo odwrotnie, w kościele było jezioro, w środku muzeum, a w tym muzeum – dom z widokiem, a w jego środku kabaret i w środku kabaretu krowa, już nie pamiętam, za to dobrze pamiętam coś pływającego i jezioro ze statkami, i jezioro bez statków, i muzeum sztuki egipskiej, to było w Londynie.....[1]

W tej wariackiej logorei odnajdzie się każdy, kto kiedykolwiek skorzystał z ofert „wycieczki zorganizowanej” czy nieopatrznie dał się porwać przez TripAdvisor – poznał w tydzień tajemnice Azji, w majowy weekend zaliczył pakiet Rzym/Wenecja/Florencja, skotłowała go ciżba przed Giocondą, połknął mix Ziemi Świętej z klubami Tel Avivu, puścił się w parodniową objazdówkę last minute, naruszył wątrobę kolorowymi drinkami all inclusiv. Preferując egzotykę, w podobnym tempie mógł przelecieć afrykańskie safari, saharyjskie pustynie, amerykańskie wodospady, egzotyczne „tubylcze wioski”, rajskie plaże, skandynawskie fiordy. Jeśli już wszędzie był, skusił go hardcore – Korea Północna, slamsy Bombaju, fawele Rio, czarnobylska zona…

Ile można?

Wielkie żarcie świata – jego kultury i natury – jako jeden z fenomenów współczesności jest wielostronnie i intensywnie badane. Te „inne migracje” – masowe migracje nienasyconych sytych, nakręcające niezliczone biznesy, okazują się coraz dalsze od radosnego „poznawania  świata”. Już wiadomo, jak poważne są ich konsekwencje globalne – polityczne, ekonomiczne, społeczne. I te najbardziej odczuwane – ekologiczne. Wielkie żarcie kończy się wielkim wydalaniem – odchodów, wyziewów, śmieci, smogu, chemikaliów. Miasta przodujące w turystycznych rankingach – Wenecja czy Barcelona – już próbują się bronić, na razie mało skutecznie.

No, ale przecież nie przestaniemy jeździć. Zwłaszcza że jest coraz łatwiej, coraz taniej, coraz szybciej. Booking.com, Fru.pl – i fru! Wolnośc podróżowania to jedna z wielkich współczesnych zdobyczy, jeden z symptomów dobrobytu i wyznaczników prestiżu. Wreszcie źrodło wielu przyjemności – jednak. Świat stoi przed nami otworem, lecz świadomi szkód wyrządzanych przez masowy turyzm, szukamy alternatyw. Jak koniecznie do Wenecji – to w listopadzie, jak do Paryża – to atelier Delacroix, a nie Luwr, jak do Katalonii – to wiejskie kościoły w górach, a nie Barcelona i tak dalej.

Po przejeździe przez Polskę inna propozycja – świat w miniaturze. Nawet odliczając niezwykle popularne parki dinozaurów, jest dziś w Polsce kilkadziesiąt parków miniatur architektonicznych. Szlak Orlich Gniazd, szlak zamków krzyżackich, Szlak Piastowski, Mazurolandia, Minieuroland, Świętokrzysko, zabytki Dolnego Śląska, Podlasia, Spisza, Orawy, drewniana architektura Kazimierza i Nałęczowa, park miniatur Świat Marzeń… W spiskiej Niedzicy można zaspokoić potrzeby religijne, podążając śladami objawień Matki Boskiej. W scenerii Pienin oglądamy maleńkie pirenejskie Lourdes, portugalską Fatimę, karaibską Gwadelupę, indyjskie Vailankanni, ale i polski Gietrzwałd czy Licheń (nie bazylikę, lecz stary kościół z cudownym obrazkiem Matki Boskiej).

Park miniatur w Niedzicy / fot. M. PoprzęckaPark miniatur w Niedzicy / fot. M. Poprzęcka

W parku zabytków Podtatrza nie mogło zabraknać Ojca Świętego. Siedzi na kamieniu, mając w tle baner z Giewontem zwieńczonym krzyżem o wysokości równej samej górze. Postać papieża także wymusiła zachwianie miniaturowych skali. Karol Wojtyła nie zmieściłby się w swoim ustawionym nieopodal, ulubionym domu rekolekcyjnym. Ale gdyby dostosować papieską figurę do rozmiarów Wiktorówek, stałby się maleńką laleczką, ledwo widoczną na tle głazów. Niemożliwe.

Jeżdżącego dziś po kraju nie zdziwi, że zarówno „spiska kraina”, jak maryjne sanktuarium powstały z unijnego Programu Rozwoju Obszarów Wiejskich w ramach działania „Tworzenie i rozwój mikroprzedsiębiorstw”. Ubrane w euromowę, mają przez „wdrożenie usług rekreacyjnych spowodować wzrost konkurencyjności przedsiębiorstwa oraz zwiększyć poziom zatrudnienia na terenach wiejskich”. Dopiero na stronie www mikroprzedsiębiorstwo zamienia się w sanktuarium, a język przybiera kaznodziejskie tony.

Parki miniatur architektonicznych, zwykle stanowiące część rodzinnych parków rozrywki, nie mają dobrej prasy. Ot, jeszcz jedna atrakcja, zapewne przydatna dla unijnych aplikacji, doczepiona do dinozaurów, rollercoasterów, batutów, parku linowego, małpiego gaju, laserowego paint ballu, lodów i grilla. Odtworzony z drobnymi szczegółami miniaturowy spiski zamek przegrywa z nadymanym kolorowym zamczyskiem kryjącym zjeżdżalnię. Bliskie dźwięki disco zakłócają pobożny nastrój sanktuarium. Nad wszystkim unosi się woń frytury.

Tymczasem genealogia miniatur arcydzieł architektury jest wysoce nobliwa. W nowożytności sporządzano je jako pokazowe modele dla fundatora – aby wiedział, na co ma wyłożyć wielkie pieniądze. Ich realizację powierzano cenionym specjalistom. Były rozkładane, pozwalając zademonstrować dyspozycję i dekorację wnętrz. Z racji wielkich umiejętności, z jakimi były wykonane, modele szybko stały się przedmiotem kolekcjonerskim. Ponadto gromadzono je w szkołach architektonicznych na potrzeby nauki historii architektury. Wspaniały zbiór miniatur, w tym także rekonstrukcji sławnych budowli starożytnych, zgromadziła caryca Katarzyna II w petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Są badane nie tylko jako źródło form architektonicznych i rozdział kolekcjonerstwa, ale jako odrębny gatunek sztuki, kwitnący zwłaszcza w XVII i XVIII stuleciu.

Park miniatur w Niedzicy / fot. M. Poprzęcka

Droga od monarszych kolekcji kunsztownych modelli do zgiełku i pstrokacizny parku rozrywki to typowy los wielu wchłoniętych przez popkulturę, zdemokratyzowanych artefaktów. O kpinę bardzo tu łatwo. Jednakże rekomendacja dla parków miniatur, na jaką bezinteresownie sobie tu pozwalam, nie jest podszyta lekceważeniem czy drwiną ze świata „dla ubogich”. Oczywiście, miniaturom daleko do pięknych pałacowych makiet projektowych, zwłaszcza tych zachowanych w zrealizowanych według nich budowlach (polecam neapolitańską Casertę!). Ale są w swoim gatunku popularnej dydaktyki poprawne i przydatne. Wykonane starannie. W parkach obowiązuje „zakaz wstępu na teren miniatury”. Nie ma pośpiechu. Zwiedzający posłusznie czytają objaśnienia, jakim opatrzono każdy obiekt. Nie jest ich za dużo, więc nikomu nie grozi turystyczny rozstrój percepcji, tak fantastycznie odegrany przez Agatę Buzek.

A dla kogoś, kto nadal uważa parki miniatur za obciach i tandetę, inna zachęta. Drepcząc wysypanymi żwirem ścieżkami między malutkimi zamkami, domkami i kościołami, stajemy się niczym Guliwer w krainie Liliputów. Świat mamy – dosłownie – u stóp. A prawdziwemu światu możemy oszczędzić trochę naszej, niszczącej obecności.

[1] Dziękuję Piotrowi Gruszczyńskiemu, dramaturgowi Nowego Teatru,  za udostępnienie fragmentu tekstu Hanocha Levina.