Eric Rohmer  1920-2010
fot. East News

Eric Rohmer
1920-2010

Michał Oleszczyk

11 stycznia 2010 roku zmarł w Paryżu Eric Rohmer – jeden z największych reżyserów współczesnego kina, aktywny obserwator i kronikarz sposobów, jakie ludzie wybierają, by nadać swemu życiu sens

Jeszcze 1 minuta czytania

W raju filmowców, gdzie Hitchcock przechadza się tak, by cień zawsze układał mu się w brzuchate logo, a Abel Gance wyleguje się na najdłuższym hamaku zaświatów, Eric Rohmer zapewne zajmie miejsce w kącie: zaczytany, dyskretnie uśmiechnięty, chudy jak przecinek. Bo i dlaczego miałby zmieniać nawyki tylko dlatego, że pożegnał się ze światem żywych? Jego kino nie zmieniało się ani na jotę przez wszystkie dekady reżyserskiej aktywności – stylistycznie rzecz ujmując, pozostaje Rohmer autorem najspójniejszego bodaj dorobku w całej historii kina. Cóż za paradoks dla jednego z czołowych nowofalowców!

Nie płakałem po Bergmanie; nie płakałem po Antonionim – czuję jednak, że żałoba po Rohmerze będzie bolesna. Podobnie jak inni twórcy produkujący filmy z taśmową precyzją i częstotliwością (Allen, Winterbottom), Rohmer stał się częścią kinowego pejzażu równie pewną i jasną, jak słońce. Na szczęście filmy, które pozostawił, zdają się rosnąć – nie blednąć – z każdym mijającym rokiem.

Styl? Od linijki. Większość filmów ujęta w cykle („Opowieści moralne”, „Komedie i przysłowia”, „Opowieści czterech pór roku”). Dobrze oświetlone portrety rozmawiających ze sobą bohaterów. Wypunktowywanie otaczających ich miejsc osobnymi ujęciami, wstawianymi nagle, na kształt domowych slajdów. Duży nacisk na szczegóły stroju, uczesania, umeblowania wnętrza. Intryga rozwijająca się niepozornie, a jednak często osiągająca misterność farsy scenicznej (jak w „Paulinie na plaży”, 1983). I rozmowy: długie, inteligentne, pełne cieniutkiej ironii . Tu i tam eksplozja gniewu bądź desperacji, ale w przeciwieństwie do – dajmy na to – Łukasza Barczyka (vide „Przemiany”, 2003), Rohmer wcale nie uważał, by wrzask był gwarancją prawdy lub niezawodnym szybem prowadzącym w głąb postaci. Zarówno cisza, jak i wypowiedziane mimochodem zdanie, potrafią u Rohmera zamarkować każdy kataklizm, włącznie z pękającym właśnie sercem.

„Jesienna opowieść”, fot. Gutek FilmBohaterowie Rohmera rozmawiają ze sobą nie z nawyku, ale by odkrywać siebie samych i swych interlokutorów na nowo. W tym sensie rozmowa u Rohmera jest przygodą, a jego kino staje się – dla odpowiednio nastawionego widza – pasjonującym kinem akcji. Bohater Rohmera w scenie ostatniej to zawsze bohater lekko oszołomiony i często – uwznioślony. Odkrył coś nowego o samym sobie, chce dowiedzieć się jeszcze więcej, jego (częściej: jej) życie ma wektor zwrócony na „tak”. Ewentualnie na: „następnym razem”.

Nie jest Rohmer ani reżyserem rozpaczy, ani pocieszenia – jest natomiast reżyserem otwarcia. Uważne obcowanie z jego filmami pozwala doświadczyć możliwości zmiany, jaka rozbłyskuje w życiu każdego z nas od czasu do czasu. Bohaterowie Rohmera często tę zmianę odrzucają – wybierają wierność temu, co jest (jak w „Miłości po południu” z 1972 roku,  w której bohater nie zdradza ostatecznie swej żony). Ale nie zmienia to faktu, że żyją z otwartymi oczyma: są świadomi, starają się weryfikować własne sądy i cele. „Wielkie plany” (1982) w całości są poświęcone śmierci marzenia (tu związanego z udaremnionym zamążpójściem bohaterki granej przez Béatrice Romand), ale konkluzja nie jest deprymująca. Specyficzny optymizm Rohmera nie sprowadza się do poklepania po ramieniu i stwierdzenia: Jeszcze się kiedyś ułoży!; ale polega na ukazaniu zdolności człowieka do przemieniania świata wokół siebie. Rezerwuar energii jest w nas zawsze – daremny wysiłek ani go nie wyczerpuje, ani nie unieważnia.

Oglądany z tej perspektywy, Rohmerowski świat zaskakująco często sprowadza się do „wielkich planów”, które na naszych oczach palą na panewce. „Opowieść wiosenna” (1989): lekko rozpuszczona córka nie znosi narzeczonej swego taty-wdowca; wynajduje mu inną kandydatkę, ale w trakcie filmu wszelkie wzajemne sympatie, niechęci i pożądania zostają przedefiniowane niczym w kalejdoskopie. „Kolano Klary” (1970): lekko egzaltowany pisarz knuje ze swą znajomą podbój młodziutkiej dziewczyny – i żadne z nich nie bierze pod uwagę jej ogromnej inteligencji, wywracającej układ sił na nice.

Przykłady można by mnożyć – dość powiedzieć jednak, że prawdziwym tematem Rohmera były niespodzianki, jakie wszyscy gotujemy sobie samym. Jego bohaterowie są ludźmi wykształconymi, celebrującymi życie (wina, stroje, przedmioty) i dążącymi do samoświadomości – bez żadnego naddatku. Nie są hedonistami, niczego nie lekceważą i pilnują, by ich życie zasłużyło na miano dobrego. W tym sensie był Rohmer po prostu jednym z nich, tyle że stał po drugiej stronie kamery.

Odszedł głęboko moralny twórca (ze wstrętem do moralizatorstwa); aktywny obserwator i kronikarz sposobów, jakie ludzie wybierają, by nadać swemu życiu sens.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.