Jedna, uniwersalna męskość
Karty do gry, l. 60. XX w., Muzeum Śląskie w Katowicach, fot. L. Rogowicz

12 minut czytania

/ Sztuka

Jedna, uniwersalna męskość

Stach Szabłowski

„Męska rzecza” w Muzeum Śląskim momentami wydaje się projektem napędzanym nie tyle krytyczną refleksją, ile nostalgią za starą, dobrą, wąsatą męskością

Jeszcze 3 minuty czytania

Co z tą męskością? W XXI wieku, w Polsce czarnych protestów i cywilów umundurowanych w koszulki wyklętych żołnierzy? W świecie, w którym ścierają się żywioły #meetoo, kultury queer i Donalda Trumpa z jego „grab her by the p....”? Muzeum Śląskie podejmuje to pytanie na wystawie „Męska rzecz” – i czyni to po to, by starannie uniknąć udzielania jakichkolwiek odpowiedzi. W odróżnieniu od kobiecości intensywnie przepracowywanej na gruncie teorii i praktyki feministycznej, w świetle tej wystawy męskość ma wprawdzie kolosalną przeszłość, ale w teraźniejszości się rozmywa, przyszłości zaś przed nią nie widać żadnej.

*

„Męska rzecz” wygląda tak, jakby zrobiona była nie dziś, lecz w jakiejś odległej przyszłości, w której paradygmat patriarchalnej tradycyjnej męskości będzie zamkniętym epizodem z historii kultury, zamkniętym i interesującym jedynie jako przedmiot badań i analiz. Kuratorki Krystyna Pieronkiewicz-Pieczko i Małgorzata Paul zajmują się na tej wystawie antropologią męskości w szeroko pojętej nowoczesności; zaczynając od jej przedświtu w XVII stuleciu, a kończąc na wieku XX. Kluczem do prześwietlenia męskiego przedmiotu są tu – jak sam tytuł wskazuje – rzeczy. Przedmioty, stroje, zabawki dużych i małych chłopców, narzędzia pracy, atrybuty społecznych ról, instrumenty walki, seksualne fetysze. W humanistyce i sztuce trwa zwrot performatywny, który ma jednak swoją antytezę, posthumanistyczny, żeby nie powiedzieć animistyczy, zwrot ku rzeczom. Gorliwym rzecznikiem tego drugiego zwrotu jest chociażby prowadzone przez Jarosława Trybusia Muzeum Warszawy, oddające głos w opowieści o historii stolicy „Rzeczom warszawskim”. „Męska rzecz” pełna jest zatem eksponatów, które kiedyś definiowały męski podmiot. Dziś są zmuzealizowane; czy znaczy to, że ów podmiot, dawny właściciel „męskich rzeczy”, nie istnieje już nigdzie poza muzeum i historią?

Wystawę otwiera anonimowy oleodruk z początku XX wieku, „Stufenalter des Mannes” – stopnie z życia mężczyzny. Tytułowe schody wznoszą się, a potem opadają; u ich stóp raczkuje niemowlę, wspina się po nich chłopczyk, w pewnym momencie u boku protagonisty, teraz młodzieńca, pojawia się dziewczyna, która stopień wyżej jest już żoną z gromadką dzieci. Mężczyzna poluje, mężczyzna pracuje, osiąga pozycję, grubieje, łysieje, siwieje. Po drugiej, opadającej stronie schodów przemienia się w starszego pana, starego mędrca, by skończyć jako stary, zgrzybiały dziad. Ten oleodruk to nie jest jakieś wielkie dzieło sztuki, ale bogaty w szczegóły obrazek wciąga w oglądanie. Przedstawione na nim schody przypominają taśmę produkcyjną wytwarzającą standardową biografię męskiej figury, wzorowo odgrywającą stereotypową rolę. Metaforą fabryki posługują się również kuratorki, aranżując wystawę na wzór hali produkcyjnej, by pokazać, jak wytwarzało się męskie podmioty.

xxx xxx„Stopnie z życia mężczyzny”, Górny Śląsk, pocz. XX w., Muzeum Śląskie w Katowicach, fot. L. Rogowicz 

Postindustrialna gra z fabryczną konwencją w muzealnej rzeczywistości wzmacnia wrażenie, że problem męskości jest zagadnieniem par excellence historycznym. Wystawa urządzona jest w pięknym budynku zabytkowej kopalnianej łaźni należącej do Muzeum Śląskiego. Kiedyś myli się tu górnicy po swojej ciężkiej (i emblematycznie męskiej) pracy. Dziś w łaźni pławimy się w strugach dyskursów. Górników zastąpili konsumenci wystawowych spektakli, i inscenizujące je robotnice i robotnicy sektora kultury, drążący projekty, fedrujący granty i dotacje. Piękna ikona deindustrializacji! Na terenach zajmowanych przez Muzeum nie brakuje kopalnianych akcentów, ale dziś stanowią tylko dekorację. Wciąż schodzi się pod ziemię, bo tam umieszczone są główne przestrzenie muzeum, ale zamiast kopalnianych sztolni znajdziemy tam sale ekspozycyjne, widzów, zbiory, sztukę. Ta ostatnia zatacza zresztą czasem rodzaj symbolicznego koła, jak w trwającej równolegle z „Męską rzeczą” wystawie Mirosława Bałki, który część pokopalnianych korytarzy zmienia w instalację – metaforę ciała i jednocześnie ....kopalniach korytarzy i wyrobisk. Rzeczywistość zmienia się w reprezentację, swój własny fantom.

Męska rzecz

kuratorki: Krystyna Pieronkiewicz-Pieczko, Małgorzata Paul, Muzeum Śląskie, Katowice, do 28 pażdziernika 2018

W śląskim kontekście przemiana kopalni w muzeum zgrabnie zaplata się z namysłem nad męskością i zmierzchem jej tradycyjnej postaci. W porządku patriarchalnym trudno o bardziej klasyczną męską rolę niż górnik z jego etosem fizycznej, niebezpiecznej pracy i rodzinnymi wartościami. Spektakl, w którym tę rolę można odgrywać, powoli, ale nieuchronnie schodzi z afisza, górniczych atrybutów nie brakuje za to oczywiście na „Męskiej rzeczy”. Wystawa podzielona jest na osiem sekcji. W rozdziale „On staje się nim” oglądamy, parafrazując Zbigniewa Liberę, „jak tresuje się chłopców”, dając im do ręki stosowne zabawki – miniaturowe szabelki, małych konstruktorów, elektrycznie napędzane pojazdy – by wychować żołnierzy, techników, pracowników, kierowców. W części „On panem domu” śledzimy, jak performowało się role męża, ojca, dziadka. W sekcji „On ma namiętności” zebrane zostały atrybuty związane z hobby i rozrywkami. Jest także rozdział o pracy, wojnie, modzie; na zainstalowanej w przestrzeni wystawy siłowni można nawet popodciągać się na drążku albo zmierzyć sobie czas na rowerku treningowym.

„Męska rzecz” to bardzo starannie wyprodukowana, wypasiona scenograficznie, technologicznie wystawa. Efektowny jest już sam zbiór przedmiotów, w większości zabytkowych; niektóre z nich są piękne, inne osobliwe, jeszcze inne rzadkie. Jedna tylko gablota mieszcząca akcesoria podróżne zamożnego gentlemana z początku zeszłego wieku – pełna szylkretów, mas perłowych, grawerowanych brzytew, szczotek do bród i prawideł do wąsów – potrafi rozgrzać wyobraźnię bogactwem, kunsztownością, detalicznością, precyzją i dziwactwem kultury materialnej budowanej wokół męskości. Ekscytując się atrakcyjnymi eksponatami, można niemal zapomnieć zapytać, czemu właściwie ta imponująca kolekcja ma służyć, – o czym się tu opowiada? Zamiast odpowiedzi na końcu wystawy znajdujemy pytania wyświetlane z projektora wideo w multimedialnej instalacji z wykorzystaniem weneckiego lustra; całość umieszczona jest w przestrzeni, którą kuratorki nazwały „sterownią” metaforycznej fabryki męskości. W największym skrócie, wyświetlane teksty zachęcają wychodzącego z wystawy widza do wykonania pracy, która w przestrzeni wystawy wykonana nie została, czyli do zastanowienia się, co stało się z przedstawionym w Muzeum Śląskim tradycyjnym wzorcem męskości i co z tej historii wynika współcześnie.

Fot. Roksana Miarka / Muzeum Śląskie w Katowicach

Sterownia „fabryki”, wypełniona retorycznymi pytaniami, ilustruje zasadniczą słabość skądinąd atrakcyjnej wystawy. Dopóki mowa jest o tradycyjnym wzorcu i o przeszłości, kuratorki pozostają wystawowo bardzo elokwentne. Nic dziwnego; patriarchalna, nowoczesna, przemysłowa męskość została gruntownie opisana, zdekonstruowana i poddana wnikliwej krytyce. Wiemy o niej dużo, nie przychodząc na wystawę; wchodząc, nie wiemy wiele więcej. Czy to znaczy, że o nowych, ponowoczesnych formach męskości niczego nie wiadomo? Męskość wychodzi z tradycyjnej formy, a jeżeli stara się ją kultywować, to w postaci reliktów i konwencji niezamierzonej farsy. Z fundamentalnej instytucji nowoczesnego społeczeństwa zmienia się paradygmat w procesie transformacji. Nie jest jednak tak, że o wyłaniających się z tego procesu alternatywnych formach męskości nie wiemy niczego. Łączy je między innymi to, że są doskonale nieobecne na „Męskiej rzeczy”, która momentami wydaje się projektem napędzanym nie tyle krytyczną refleksją, ile nostalgią za starą (im straszą, tym lepszą), dobrą (?), wąsatą męskością z jej klarownym wizerunkiem. Tymczasem ten wizerunek nie tylko nie jest, ale nigdy nie był aż tak klarowny, jak ten przedstawiony w Muzeum Śląskim. Wielkimi nieobecnymi w jego murach są nieheteronormatywne tożsamości i wrażliwość queerowa – i to akurat w momencie, kiedy to właśnie na ich gruncie toczy się najciekawsza dyskusja na temat nowych postaci i sposobów rozumienia męskości. Do tego mężczyźni wszystkich stanów, reprezentanci klas pracujących i przedstawiciele klas uprzywilejowanych na wystawie ukazani są jako wspólnicy jednego patriarchalnego projektu, tak jakby w ramach celebrowanego tu manschaftu istniały jedynie różnice na poziomie materialnej jakości „męskich rzeczy”, atrybutów tego samego paradygmatu. Serio? Naprawdę zawsze istniała tylko jedna, uniwersalna męskość?

Obok wątków i alternatywnych modeli męskości, które mogłyby otworzyć i przede wszystkim uwspółcześnić dyskurs wystawy, zabrakło na niej artystek i artystów. Wiara w wymowność przedmiotów martwych tym razem okazała się nie mieć pokrycia w rzeczywistości. Wiara w sztukę również nie jest ślepa. Artystki i artyści też nie mają gotowych odpowiedzi, potrafią jednak stawiać pytania ciekawsze niż retoryczne kwestie, którymi kuratorki żegnają widzów „Męskiej rzeczy”.

Fot. Roksana Miarka / Muzeum Śląskie w Katowicach

Ruchem w kierunku zbudowania krytycznego, artystycznego komentarza do ekspozycji w łaźni jest wystawa Irminy Rusickiej i Kacpra Lecnima. Projekt, otwarty niedawno, już po mojej wizycie w Katowicach, zatytułowany jest „Z obawy przed wyginięciem”, powstał w ramach rezydenci artystów, którą niezależna Galeria Szara współorganizowała z Muzeum. I na tej wystawie nie brakuje „męskich rzeczy”. Jeszcze przed wejściem do Szarej na ulicy widzów witają dwa malownicze zmiażdżone samochody ze szortów, a, jak pisze kuratorka Joanna Rzepka-Dziedzic, punktem wyjścia całego przedsięwzięcia jest motyw gry w „cykora”, czyli amerykańskiej „chicken game”, której klasyczne wykonanie znamy z „Buntownika bez powodu” z Jamesem Deanem. W tej esencjonalnie męskiej zabawie chodzi o jechanie dwoma rozpędzonymi samochodami na czołowe zderzenie. Przegrywa „cykor”, ten, który pierwszy zboczy z kolizyjnego kursu; w wypadku katastrofy pojedynek kończy się zwycięskim, choć pyrrusowym remisem. Ten wstęp zapowiada się na obiecujące wprowadzanie w świat męskości jako paranoi, dla której miejsca zabrakło wśród „Męskich rzeczy”. Dobrze, że Muzeum Śląskie świadome jest potrzeby artystycznego, dyskursywnego i żywego komentarza do narracji, które snuje we własnej siedzibie. Szkoda jedynie, że umieszcza go na marginesie spektaklu, który od dawna trwa, zamiast zacząć od problematyzacji podjętego męskiego zagadnienia. Bez tego początku „Męska rzecz” jest wprawdzie przyjemną, ale z dyskursywnego punktu widzenia jednak stratą czasu. Czasu do stracenia zaś nie ma, bo jak sugerują Rusicka i Lecnim, na froncie męskości zachodzi uzasadniona „obawa przed wyginięciem”. Nadzieję pokładać należy nie w rzeczach, lecz w artystkach i artystach – i nie chodzi o liczenie na to, że ocalą ginący, patriarchalny gatunek przedstawiony w Muzeum Śląskim (po nim przecież nie warto płakać), lecz wskażą nowe formy, w które żywioł męskości powoli zaczyna się wlewać.