Falowanie i spadanie

6 minut czytania

/ Film

Falowanie i spadanie

Darek Arest

Ponura rzeczywistość upadającego ZSRR nagina się w „Lecie” do charyzmatycznych bohaterów. Mutuje w mieszankę nowofalowego romansu i musicalu, w którym wrodzy współpasażerowie z miejskiego autobusu posłusznie odśpiewują chórki

Jeszcze 2 minuty czytania

Lekki, przyjemny, niemal radosny film Kiriłła Sieriebriennikowa opowiada o pokoleniu bardzo młodych nieboszczyków, których talent rozbłysnął w latach 80., stając się zapowiedzią nadchodzących przemian. Ginęli chwilę później, jakby okazali się niekompatybilni z nowym systemem. Wiktor Coj, ikona rosyjskiego rocka, frontmen Kina – w roku 1990, w wieku 28 lat. Siedem lat starszy Majk Naumienko, lider blues-rockowego Zooparku – ledwie rok później. Na leningradzkie rock’n’rollowe życie składają się w „Lecie” przeciągnięte w nieskończoność imprezy na domówkach i pikniki nad morzem, a nie depresja, alkoholizm, czy karne „terapie” psychiatryczne dla nieprzystosowanych. Nie znaczy to jednak, że te tematy nie są częścią opowieści, która na ekranie prezentuje się momentami jak wysmakowana reklama czekolady.

Odmienność Leningradu i jego sceny muzycznej skoncentrowanej wokół kultowego Rock Klubu jest w filmie Sieriebriennikowa obiektem mitologizacji. Znawca rosyjskiego undergroundu, autor m.in. „Buszującego w barszczu” Konstanty Usenko inność tę wywodzi ze specyfiki meteorologiczno-geograficznej miasta. Przywołuje manifestacyjną niechęć miejscowych artystów do Moskwy i jej obyczajów (700 kilometrów, osiem godzin jazdy), a nawet dominujących w stolicy amerykańskich wpływów muzycznych. W Leningradzie lepiej adaptowała się kultura brytyjska – w portowym mieście łatwiej było też o przeszmuglowaną z Zachodu płytę modnego wykonawcy z Wysp.

Bohaterowie „Lata” są zanurzeni po szyję w muzyce z odległego świata – oddychają nią, rozmawiają o niej, dzięki niej nawzajem się odnajdują i potrafią zdystansować wobec niestrawnego języka propagandy. Ciągle ważny jest tu glamrock, ale w jego lśniącej powierzchni wyłom zaczynają robić punk i nadchodząca zimna fala. Obiektem fascynacji jest to, co surowe, niewypolerowane, antyestetyczne. Cojowi podoba się garażowy sznyt Velvet Underground. „Brzmi, jakby nagrali to u nas” – zachwyca się Naumienko. Popkultura jest demokratyczna, a reżyser zbliża jeszcze Leningrad do Manchesteru, zatapiając swój film w czerni i bieli. Bez wzbudzania przesadnych kontrowersji estetycznych można by przerzucić do „Lata” muzyków Joy Division wyciągniętych prosto z filmu „Control” – na tle obywateli państwa totalitarnego wyróżnialiby się tylko lepiej skrojonymi płaszczami i bardziej znękanym obliczem.

Portretowani przez  Sieriebriennikowa muzycy śpiewają o braku perspektyw i nieprzystosowaniu, ale potrafią cieszyć się życiem. W ramach kontestacji nie dają się pogrążyć w szarzyźnie, wpychają się do mainstreamu, ale nie pozwalają przykleić sobie łatki buntownika. Bronią prawa swoich piosenek do niewinności. Instytucje w rodzaju Rock Klubu, wymyślone jako narzędzie kontroli, są dla nich szczeliną wolności. Coj i Naumienko od razu przypadają sobie do gustu. Kręcą ich w muzyce różne rzeczy, ale wybór między T.Rexem a Lou Reedem to w ich świecie dylemat kosmetyczny. Wycofany Coj uzależnia się od opini i akceptacji charyzmatycznego Naumienki, który wydaje się intelektualnym autorytetem całego środowiska. Majk potrafi rozpoznać talent, odczuwa też wobec młodszego przyjaciela pewną czułość. Roztacza nad nim ochronne skrzydła, odgania od niego destrukcyjne myśli, popycha do działania. Ta opiekuńczość zyskuje rys masochistyczny, gdy Majk dowiaduje się, że jego żona Natalia żywi wobec Coja jeszcze cieplejsze, niż on, uczucia.

„Lato”, reż. Kirył Sieriebriennikow„Lato”, reż. Kiriłł Sieriebriennikow. Rosja 2018, w kinach od 31 sierpnia 2018Podstawą scenariuszową „Lata” są wspomnienia Natalii Naumienko, ale wiernie odtworzone szczegóły biograficzne i pieczołowicie zrekonstruowane realia epoki szybko zamieniają się tu w atrakcyjny koloryt. Sceny paradokumentalne mieszają z nieskrępowaną fantazją, a świat nagina się do woli i artystycznej charyzmy bohaterów. Szarość dnia ustępuje żywiołowi musicalu i nowofalowego romansu, a wrogo spoglądający współpasażerowie miejskiego autobusu włączają się do choreografii i zgodnym chórem wyśpiewują refren zachodniego przeboju. Może trochę uwierać fakt, że wszystko jest niemal zbyt ładne i przyjemne, że „punkująca” estetyka została w filmie uczesana pod masowe gusta, że dużo więcej tu velvetu niż undergroundu. Ale to dość adekwatny wyraz buntu wobec codzienności, w której brudu i mroku jest pod dostatkiem. Rzeczywistość skrzeczy złowrogo w tle, ale zagłusza ją puszczona głośno piosenka. W końcu to tylko wspomnienie lata, ulotny moment upojenia młodością i poczuciem wspólnoty.

Za upiększenie odpowiada tu także perspektywa zakochania, bo trójkąt, o którym opowiada Sieriebriennikow, ma właśnie bardziej miłosny niż erotyczny charakter. Wbrew stereotypowi Majk nie poświęca przyjaźni na ołtarzu miłości, ani miłości na ołtarzu przyjaźni. Jeśli na jakiś ołtarz jest tu w ogóle miejsce, to poświęcony jest on wolności i niewinności, przenikających także do życia intymnego bohaterów. „To tylko szkolny romans. Chodzimy, trzymamy się za ręce, czasem całujemy” – relacjonuje mężowi Natalia. Majk daje jej wolną rękę, ale nie daje się uspokoić tym zapewnieniom. I nie jest w swojej nieufności osamotniony.

Kiriłł Sieriebriennikow musiał swój niewinny film kończyć w areszcie domowym. Oskarżono go o defraudację pieniędzy związaną z działalnością teatralną. Rosyjskiej władzy nie naraził się oczywiście „Latem”, ani nawet „gejowską propagandą” uprawianą na deskach Teatru Bolszoj – jej uwagę zwrócił na siebie wcześniej, krytykując zbrojną interwencję wojsk rosyjskich w Gruzji i aneksję Krymu. W jego letnim filmie ciężko jest wytropić działalność wroga narodu, ale może to tylko krótkowzroczność i naiwność. Może rację ma bohater „Lata”, który zwraca swojej żonie uwagę, że „chodzenie i trzymanie się za ręce” to najbardziej niebezpieczna sprawa na świecie.