Jeszcze 2 minuty czytania

Klara Cykorz

GADANIE:
Ciepło, zimno, prawie noc

Klara Cykorz

Klara Cykorz

Może się człowiekowi-kobiecie od tego wszystkiego zrobić niedobrze. Ale może ta nuda, emocjonalna mielonka, międlenie, oddają fizyczny ciężar „historii przemocy” – o „Ostrych przedmiotach” i „Opowieściach podręcznej”

Fundamentem opowieści odcinkowych jest relacja pomiędzy powtórzeniem a zmianą; najlepsze seriale (także cykle powieściowe) jakoś się tą relacją bawią, jakoś ją szarpią, zaznaczają, redefiniują. Jakby powiedzieli klasycy i profesorowie: czynią z niej „środek artystycznego wyrazu”. Relacja staje się napięciem, napięcie – źródłem energii. A energia, jak wiemy, może być bardziej eko lub mniej eko. Spędziłam ostatnie tygodnie, próbując przydybać opowieści, które mnie podstępnie podtruły, wywołując coś pomiędzy nudnościami a znudzeniem. A może to było po prostu zmęczenie?

Dajmy na to „Ostre przedmioty”, serial o zbrodni w małym miasteczku w południowych Stanach, który dopełzł do finału po wielu tygodniach wiernego towarzyszenia letnim anomaliom pogodowym. Kryminalna intryga kapitulowała tam wobec upału. Akcja ślimaczy się w delirce retrospekcji, główna bohaterka przelewa wódkę do plastikowych butelek po mineralce i cud, że jeszcze trzyma się na nogach. Trudno myśleć o tym serialu bez myślenia o alkoholu, ponczu nalewanym prababciną chochlą, arbuzie rozcieńczonym wódką, mocnych drinkach z owocowymi farfoclami. Są tu trupy, rzecz jasna dziewczęce, dwa z teraźniejszości i dwa z przeszłości. To stara amerykańska obsesja, martwe dziewczę, przez lata wariowali na jej punkcie mężczyźni o smutnych twarzach, dziś staje się to przedmiotem sadomasochistycznej kontemplacji w wykonaniu kobiet, kontemplacji nad przemocą, jakiej można poddać dziewczęce ciało (co nam zrobili, co mogli nam zrobić, co my możemy zrobić sobie samym i sobie nawzajem).

Główną bohaterkę, dziennikarkę, która powraca do rodzinnego miasteczka, od okresu dojrzewania pociągają ostre krawędzie, o które można się poharatać, od zwykłych żyletek po śruby przy sedesie. Ale panią tej sadomasochistycznej narracji jest matka, a raczej Matka, omdlewająca wiedźma w groteskowej interpretacji Patricii Clarkson, miejscowa dusza towarzystwa i właścicielka chlewni, w powłóczystych sukniach z zaprzeszłego stulecia. „Ostre przedmioty” ogląda się trochę jak filmy w tradycji „Co się zdarzyło Baby Jane?”, dreszczowce o nieszczęśliwych jędzach, pełnych wyrafinowanej przemocy, pasywnej agresji i tajemnic rodzinnych w ponurych willach. Śledztwo nie bez powodu utknęło w lesie.

Żałoba upiornej matrony po zmarłej przed dwudziestoma laty córce jest wszechogarniająca i nie znosi sprzeciwu, przenosi się na ofiary tajemniczych morderstw i pożera dzieci pozostałe przy życiu. To żałoba zmopolizowana (matka cierpi najbardziej!), ale i monopolizująca (nie biegać, nie krzyczeć, nie śmiać się, chodzić na palcach!, nie ma życia poza żałobą!). Opowieść o chorobie i śmierci jest tu narzędziem domowej kontroli, ale podporządkowuje sobie także strukturę samego serialu: poza bólem nie dzieje się nic. Jest tylko rozpacz, przemoc przekazywana po kądzieli z pokolenia na pokolenie, bezruch wilgotnego powietrza i ludzi. Napięcie pomiędzy powtórzeniem i zmianą polega tu na odmowie zmiany, na uporczywym trwaniu w jednym punkcie akcji i zatopieniu w jednej emocji. Ten rodzaj nudy to wciąż coś nowego w serialu telewizyjnym; naturalną formą serialowego znudzenia jest bezcelowa nadaktywność, fabularna nerwica natręctw, kołowrotek powtórek. Tymczasem „Ostre przedmioty” raczej snują się niż miotają w malignie. Zamiast kryminalnego dochodzenia – nicowanie relacji z matką i podglądanie siostry, rozpływanie w upale i natrętnych, szturmujących myśli obrazach z przeszłości.

Richard Brody, krytyk filmowy „New Yorkera”, który lubi od czasu do czasu posarkać na serial telewizyjny w ogóle, powiedział kiedyś coś takiego: „you were saying that television is another way for us to think about image and sound; no, it's a way for us not to think about image and sound” („Mówiliście, że telewizja jest innym sposobem myślenia o obrazach i dźwięku; nie, to jest inny sposób, żeby nie myśleć o obrazie i dźwięku”). Zanim jednak popukamy się w nasze polskie głowy, zmutowane dobranockami studia Semafor, należy przyznać, że ta brawurowa/niesprawiedliwa hipoteza nie zaplątała się nowojorskiemu krytykowi w brodę zupełnie przypadkiem. Diabeł tkwi w proporcjach. Telewizja jako taka jest medium opartym na słowie. Kino się wyemancypowało; wchodzi z literaturą w różne mariaże (artystyczne, biznesowe), czasem się z nią zrasta, czasem doskonale radzi sobie bez niej. Bywa też, że kinu literatura zawadza; niemniej są to relacje partnerskie. Tymczasem w relacji z serialem takiej równości nie ma, to relacja niejako kazirodcza.

Gatunki telewizyjne wypracowały oczywiście swoje własne, wyraziste kody wizualne. Rozwój technologii zbliżył do siebie serial i film; kina się scyfryzowały, telewizory przeszły lifting, urosły i schudły, a nawet zaczęły się zapadać, kto by pomyślał, że były kiedyś takie małe i pękate. Dziś serial, jeśli tylko chce, może wyjść z klaustrofobicznych wnętrz i pysznić się panoramą, że ho ho. Może też spróbować wyślizgnąć się ze słowa. W „Ostrych przedmiotach” wyślizguje się perwersyjnie: zamiast zwrotów akcji obiecuje kolejny odcinek rozdrapywania znajomej rany. Już za tydzień nowa godzina bólu!

W przypadku „Opowieści podręcznej”, trochę starszej siostry „Ostrych przedmiotów”,  ból był niemalże fizyczny: od ciemnych kadrów bolą oczy, ale nie można od nich odwrócić wzroku, bo są zbyt piękne, piękne „filmowo”, „filmowo” przemyślane. I tu się „nic nie dzieje”, dzieje się tylko to piękno w przygaszonych obrazach, czasami rozjaśnianych śniegiem; najżywszy kolor mają krwawe plamy peleryn, które noszą tytułowe podręczne. Serial uwalnia się od litery kanonicznej książki Margaret Atwood zmęczeniem i patosem (w końcu aspiruje do najbardziej politycznego amerykańskiego serialu „swoich czasów”). Oczywiście są tu ambicje epickie, narratorka niewiarygodna z powieści została zastąpiona dumną heroiną, ale w historii, która zbywa ekologiczne i społeczne konteksty, choć chciałaby świadczyć o czasach prezydentury Trumpa itd., głównym wątkiem staje się klaustrofobiczna, mieszczańska psychodrama i wojna kobieca w jednym. To sadomasochistyczny młyn: mamy patriarchalną ramę, pana domu, który od czasu do czasu wchodzi w kadr, gwałci, bije i skazuje za czytanie Biblii na obcinanie palców, ale właściwa akcja psychologiczna dzieje się pomiędzy kobietami, tutaj się rzeczy komplikują, zagęszczają, przemoc staje się znajoma, odarta z dystopijnego naddatku.

Nasza bohaterka, niegdyś liberalna redaktorka, bierze się za łby z kobietą, do której tymczasowo należy i której ma urodzić dziecko – ta nie tak dawno temu była ideolożką faszystowskiej sekty; obie robiły w tekście, obie cierpią katusze, bo władza pozbawiła kobiety prawa obcowania ze słowem pisanym, obie wodzą się za nos potencjalnym sojuszem. Instruktorką tytułowych podręcznych, niewolnic seksualnych, też jest oczywiście kobieta, typ zarazem jowialnej i zaborczej ciotuni. Wciela się w nią Ann Dowd, specjalistka od postaci z sekciarskiego koszmaru, wcześniej w „Pozostawionych”, ostatnio także w „Hereditary”. To taka Hiacynta Bukiet à la Ceauşescu: ktoś, kto zagaduje niesprawiedliwą rzeczywistość z siłą torpedy i wytrwałością wańki-wstańki. O takich ludziach mówi się, że są „niezatapialni”, właśnie dlatego, że przyswoili sobie zasady opresyjnego systemu w sposób zarazem kompletny, jak i nielogiczny, czyli po prostu ludzki; sprzeczność jest najmocniejszym fundamentem ich fanatyzmu.

Pesymistyczne sitcomy brytyjskie, takie jak „Co ludzie powiedzą?”, traktują o komunikacyjnej zmarzlinie i niemożności zmiany (relacji międzyludzkich, porządku społecznego etc.). Ale pozostawiają, poprzez humor, szczelinę dystansu. „Opowieść podręcznej” są jak sitcom, z którego wycięto śmieszność. Pomiędzy gestami heroicznymi opowieść zastyga w ciężkiej psychodramie, kolejne zwroty akcji układają się w powtarzalny wzorzec ucieczek i powrotów. Fabularnie niewiele się zmienia, opowieść rozwija się i licytuje emocjonalnie na poziomie wizualnym: podrygujące w błękitnej wodzie basenu ciała skazańców, nagość rodzącej w opuszczonym gmachu, dłoń okaleczona po przeczytaniu kilku wersów z Biblii
. Pomiędzy nimi – dużo milczenia, polityka posępnych spojrzeń, patrzenia w ścianę i w obiektyw, monologi wewnętrzne, kurz wiruje w mleczno-sinym świetle. Takie rzeczy. Przeciąganie cierpienia. Trzynaście pechowych godzin w tym roku i być może przez kolejną dekadę.

Może się człowiekowi-kobiecie od tego wszystkiego zrobić niedobrze i zakręcić w głowie. Ale może ta nuda, emocjonalna mielonka, przeżuwanie, międlenie, nicowanie, feminizm rozpięty pomiędzy nadzieją siostrzeństwa a koniecznością matkobójstwa – oddają fizyczny ciężar historii przemocy, są reakcją medium na przeciążenie nimi. Reakcją domowego medium na domową przemoc w momencie przesilenia, publicznego rozkrajania wrzodu. Na skraju narracyjnego przedawkowania zapętlają moment skrajnego wyczerpania, kiedy werbalizacja kapituluje i zostawia po sobie jedynie zmęczone opowiadaniem ciało.