Wirtuozeria i nieporadność
fot. Maciej Kujawski

6 minut czytania

/ Muzyka

Wirtuozeria i nieporadność

Piotr Kowalczyk

Płyta Bartka Kujawskiego jest wyzwaniem. Nawet jeśli jej okładka kojarzy się z grafiką nieskładnie przygotowaną w generatorze memów

Jeszcze 2 minuty czytania

Komentując dla Dwutygodnika odbywający się w 2015 roku w Katowicach Festiwal Prawykonań, Jan Topolski zwrócił uwagę na zamknięcie polskiej muzyki współczesnej „nie tylko na społeczno-ekonomiczną rzeczywistość pozamuzyczną, ale także na materiałowy i konceptualny rozwój muzyki nowej”. Polska elektronika nie ma takiego problemu i coraz chętniej odwołuje się do rzeczywistości zewnętrznej. Niedawno Bartosz Nowicki pisał o płycie Jakuba Lemiszewskiego, która ze swoją hiperintensywnością ma być dźwiękowym komentarzem do współczesności i przesycenia informacyjnego. W środku wakacji w Ogrodzie Botanicznym UW odbył się koncert Rozkwit, na którym czołówka młodej, poszukującej elektroniki (Lutto Lento, Poly Chain, Botanica) dała wyraz swojego poparcia dla idei Obozu dla Puszczy.

Głosem programowym, wyraźnie szukającym zewnętrznej inspiracji, wydaje się też najnowszy album Bartosza Kujawskiego, choć tu sprawa nie jest prosta. Sam artysta ustawił się bokiem do bezradnych dziennikarzy i słuchaczy. „Nie będę niczego tłumaczył, bo wszystko tłumaczy się samo. ELO ٩(◕‿◕)۶” – pisze lapidarnie w materiałach promocyjnych. Nie ma nic bardziej rozczarowującego niż twórca przekonujący, że „muzyka mówi sama za siebie”, a wszelkie próby interpretacji przez krytyków to „bełkot”. Jednak w tym przypadku machnięcie ręką jest uzasadnione. „Puerille Things Inferno” to koncept album, który swoją konceptualnością jest zawstydzony. Chcąc pozbyć się negatywnych konotacji związanych z tym terminem (nadęcie, przeintelektualizowanie, „dinozaury rocka”), Kujawski nie traktuje swojego dzieła zbyt poważnie. Wchodzi raczej w wygodne buty trolla niż wieszcza.

Bartek Kujawski, „Puerille Things Inferno”, Bołt Records 2018Bartek Kujawski, „Puerille Things Inferno”,
Bôłt Records 2018
Obcowanie z „Puerille Things Inferno” warto zacząć od okładki – jednego z najlepszych graficznych projektów wśród polskich płyt w 2018 roku. Mężczyzna stoi na górskiej grani. Uśmiechnięta, nieco strasznawa, bo powiększona buźka fejsbukowego emotikona wklejona jest w jego twarz. Z pozy wynika, że to dyrygent, ale zamiast batuty w ręku trzyma kijek do nordic walkingu. Do zdjęcia dorysowane są, jak w Paincie, nuty i pięciolinia, okrąglutkie, jakby pobrane z przybornika ikon w tym programie. Skojarzenie z obrazkiem wyprodukowanym w generatorze memów jest w pełni uprawnione. Kontrast między malarskością zdjęcia a czerstwotą smileya i nutek jest w niewymuszony sposób zabawny. Pudełko i sama płyta kompaktowa upstrzone są kolejnymi internetowymi buźkami. Brakuje tylko gdzieś tam liter „XD”. Całość i tak w wirtuozerski sposób oddaje jedno uczucie: nieporadności. Tak jak nieporadne wydają się próby poszukiwania „dialogu”, muzycznego ekumenizmu, łączenia „wysokiego” z „niskim”, poważki z popem, „współczechy” z elektroniką, które obowiązkowo pojawiają się w programie wielu festiwali muzycznych. Czy to z tego kpi Kujawski?

Zanim odpalimy płytę, jeszcze rzut oka na tytuły: „all-knowing meme university alumni”, „tiny blog serious business”, „how to influential shitstorm video tutorial”, „saving the world by online petition”, „we all could be decent people if not facebook” (wszystko małymi literami). Wyobrażam sobie, jaką radochę miał Bartosz Kujawski, wymyślając na poczekaniu tytuły odnoszące się do kultury mediów społecznościowych A.D. 2018. Jedocześnie pytanie, na ile otoczka konceptualna jest tylko zasłoną dymną, pozostaje aktualne. Od odpowiedzi Kujawski w końcu się wymiguje.

„Puerille Things Inferno”, czyli „piekło spraw dziecinnych”, to dźwiękowa dekonstrukcja. Nie polega ona jednak na demolowaniu stylów czy formy utworu, tylko mniejszych drobin brzmieniowych i układaniu ich ze sobą w pełną niespodzianek, rytmiczną całość. To podobna metoda co u Lemiszewskiego. O ile ten pierwszy źródeł frenetycznych rytmów szukał raczej w najnowszej muzyce klubowej (juke, gabber), o tyle Kujawski paletę zapożyczeń ma szerszą i zdecydowanie mniej taneczną – od muzyki współczesnej przez New Age i noise po połamaną elektronikę.  

Kujawski, wcześniej jako 8rolek, chętnie demolował muzykę elektroniczną. Wydany w 2005 roku „umpomat”  brzmiał w efekcie jak trzęsące się pudełko popsutych house’owych rytmów i sampli, wyraz niecierpliwości i twórczego ADHD.  Kujawski znów rozrzucił zabawki. Poszukał tym razem jednak nowych barw, swój szalony producencki kącik unowocześnił – a może raczej: zglobalizował. Kujawski miesza w postinternetowym kotle. Brzmi jakby wybrał się na Unsound (na krakowskim festiwalu sam gra zresztą w tym roku) czy na Wixapol, posłuchał trance’u, gabberów, PC Music czy vaporwave’u (z głównym ideologiem nurtu Jamesem Ferraro na czele). Oczywiście nie wątpię, że przyparty do muru, Kujawski zaprzeczyłby wszystkim skojarzeniom. Bezczelność i poczucie humoru idą u niego w parze z chwytliwością poszczególnych motywów. Wprowadza optymistyczne i banalne melodyjki niczym z korporacyjnego call center albo płyty New Age, by zaraz przejść do ziarnistego noise’owego ambientu (utwór „how to start influential shitstorm video tutorial”).

To ciekawe, że płyta Kujawskiego ukazuje się akurat w Bôłt Records, szacownej wytwórni kojarzonej raczej z przypominaniem dorobku środkowoeuropejskiej awangardy i odczytań w tym duchu klasyki, jazzu czy muzyki tradycyjnej. To płyta w katalogu tej firmy osobna. Coraz więcej polskiej muzyki współczesnej czerpie jednak z kultury internetowej, w tym z jej najbardziej trashowej odsłony (wystarczy wspomnieć o tegorocznej edycji Musica Polonica Nova i utworze „CREDOPOL” Jacka Sotomskiego). W ten sposób wielki outsider polskiej muzyki, jakim jest Kujawski, ze swoim muzycznym trollingiem okazuje się wyjątkowo na czasie.