„Balcerowicz. Gra o wszystko”,
reż. Andrzej Fidyk, Anna Więckowska

Jakub Socha

Film „Balcerowicz. Gra o wszystko” to porażka. Zamiast wnikliwego portretu jednej z najważniejszych postaci ostatniego dwudziestolecia w Polsce, otrzymaliśmy coś, co przypomina zwykły produkt marketingu politycznego

Jeszcze 1 minuta czytania


„Balcerowicz. Gra o wszystko” powinien tak naprawdę zaczynać się od takiej sceny: Leszek Balcerowicz leci skrzydlatym, metalowym ptakiem. Niebo jest błękitne i majestatyczne, przez przyjazne chmury przenikają słodkie promienie słońca. Podróż przebiega bez komplikacji. Lądowanie jest bezpieczne i łagodne. Wreszcie stopy  bohatera dotykają ziemi (polskiej ziemi). Jego sokoli wzrok, wzrok prawdziwego męża stanu, omiata włości. Wszędzie spokój i dobrobyt. Wszędzie Złote Tarasy, wieżowce, a w nich dumni rodacy – przedsiębiorczy, umyci, zadbani i spełnieni.

„Balcerowicz. Gra o wszystko”,
reż. Andrzej Fidyk, Anna Więckowska.
Polska 2009. Zdj. HBO Polska
Takiej sceny jednak tutaj nie ma, a szkoda, uważam, że doskonale wprowadzałaby w klimat całości. „Balcerowicz. Gra o wszystko” to film zdumiewająco jednostronny, zamknięty na świat, na różnicę, na debatę. Zapomnijcie o tych, którzy na dźwięk nazwisk Miltona Friedmana czy Friedricha Augusta von Hayeka nie padają na kolana; zapomnijcie o innych opowieściach, o lekturach „Prywatyzując Polskę” Elisabeth Dunn i „Doktryny szoku” Naomi Klein; zapomnijcie po prostu o ciemnej stronie transformacji, o tych, którzy się już po niej nie podnieśli. Fidyk i Więckowska prezentują wyłącznie piękniejszą stronę medalu, gładką, wypolerowaną powierzchnię, w której odbija się najprawdziwsze dobro nowych czasów – nowy wspaniały świat. Warszawa wygląda jak Manhattan, Rzeszów jak Rimini z filmu Felliniego. Nad wszystkimi i nad wszystkim unosi się zaś duch Leszka Balcerowicza – reformatora, wizjonera, zbawcy.

Znamienne jest to, że w filmie jedynymi oponentami Balcerowicza są postacie tak karykaturalne i groteskowe, że doprawdy trudno je brać na poważnie: Andrzej Lepper, Zygmunt Wrzodak, Roman Giertych. Były minister finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego to właśnie w nich widzi realne zagrożenie, prawdziwych ideologicznych przeciwników. Co ciekawe, podkreśla, że walcząc z nimi, czuł się jak Władysław Kozakiewicz podczas pamiętnego konkursu skoku o tyczce na Olimpiadzie w Moskwie. Odwołań do sportu jest zresztą więcej. Film zaczyna się od sceny, w której kamera podąża za Leszkiem Balcerowiczem biegnącym przez las. Potem bohater opowiada o specyfice biegów średniodystansowych, o kulcie zwycięstwa, o wysiłku, który zostaje nagrodzony. Słucha się tych mądrości z oporem, trochę jak świeckich kazań.

Jednak to nie wypowiedzi Balcerowicza – od którego w końcu nie można wymagać, by podchodził krytycznie do idei, w które wierzy i pomysłów, których jest autorem – przeszkadzają najbardziej w dokumencie Fidyka i Więckowskiej. Problemem jest to, że film spełnia wobec swojego bohatera funkcję wyłącznie podrzędną. Autorzy, niczym wyborni spin doktorzy, robią wszystko, by z jednej strony na jego wizerunku nie pojawiła się żadna rysa, a z drugiej – by był on ciepły, ludzki i głęboki.

Głównym elementem filmu są wypowiedzi Balcerowicza, który w niebieskiej koszuli (oczywiście rozpiętej pod szyją) siedzi w fotelu na tle swojej biblioteki i opowiada, i perswaduje. Pod względem marketingowym idzie mu dobrze. Raz rzuca  anegdotką, innym razem żarcikiem, gdzieniegdzie wsadza świetliste słowo albo macha sztandarem wolności. Cały czas dba też, by dłonie same układały się w piramidkę, a na twarzy pojawiał się łagodny uśmiech.

Pozostałą cześć wypełniają wypowiedzi żony byłego wicepremiera, z których nie dowiemy się dużo więcej ponad to, że jej mąż ciężko pracował i że mu się udało, oraz archiwalne migawki z przeszłości. Całość dopełnia i wzbogaca w założeniu chyba zabawny komentarz, wygłaszany zza kadru, układający się w przejrzystą opowieść o tym, że za PRL-u było źle; że kraj był zadłużony; że trzeba była stać w kolejkach do sklepów, w których i tak nic nie można było kupić; że buty były niewygodne, a pomarańcze niesmaczne. To tyle jeśli chodzi o mądrości, oferowane przez film.

„Balcerowicz. Gra o wszystko” to tania laurka, która najbardziej ze wszystkiego przypomina reklamówkę wyborczą. Jeśli tylko Leszek Balcerowicz postanowi wystartować w tegorocznym biegu o fotel prezydencki, ten film na pewno mu się przyda.

Znamienne jest to, że w filmie jedynymi oponentami Balcerowicza są postacie tak karykaturalne i groteskowe, że doprawdy trudno je brać na poważnie: Andrzej Lepper, Zygmunt Wrzodak, Roman Giertych. Były minister finansów w rządzie Tadeusza Mazowieckiego to właśnie w nich widzi realne zagrożenie, prawdziwych ideologicznych przeciwników. Co ciekawe, podkreśla, że walcząc z nimi, czuł się jak Władysław Kozakiewicz podczas pamiętnego konkursu skoku o tyczce na Olimpiadzie w Moskwie. Odwołań do sportu jest zresztą więcej. Film zaczyna się od sceny, w której kamera podąża za Leszkiem Balcerowiczem biegnącym przez las. Potem bohater opowiada o specyfice biegów średniodystansowych, o kulcie zwycięstwa, o wysiłku, który zostaje nagrodzony. Słucha się tych mądrości z oporem, trochę jak świeckich kazań.