Jeszcze 1 minuta czytania

Jarosław Lipszyc

INFOHOLIK:
Co po Rejestrze?

Jarosław Lipszyc

Jarosław Lipszyc

„Mi się wydawało, że tak piszemy w różnych dokumentach rządowych, programowych, że budujemy społeczeństwo informacyjne […] i nagle uświadomiłem sobie błąd, jaki został popełniony, także poprzez użycie tej nazwy Rejestr Stron i Usług Niedozwolonych, uświadomiłem sobie, że my już nie tyle budujemy społeczeństwo informacyjne, co jesteśmy w samym środku społeczeństwa informacyjnego” – minister Michał Boni na konferencji Polska Otwarta, mówiąc o konieczności otwierania dostępu do publicznych informacji.

Społeczeństwo informacyjne istnieje w Polsce od dawna, tylko siedziało cicho. Dopiero kiedy rząd postanowił wprowadzić system filtrowania treści w internecie – pod nazwą Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych – społeczeństwo informacyjne postanowiło rządowi sprzedać kopniaka. I był on na tyle mocny, że rząd się obudził. Od grup na Facebooku, aż po filmy na YouTube z kultową sceną z filmu „Upadek”, w której Hitler żalił się na protesty przeciwko cenzurze, głos był silny, zauważalny i nie do zignorowania. Bardzo szybko Rejestr stał się tylko punktem wyjścia. Kluczowe okazały się zupełnie nowe z punktu widzenia władzy postulaty: otwartości w sferze kultury i edukacji, dostępu do danych publicznych, gwarancji prywatności i ochrony danych osobowych. Wszystko to, co leży na duszy obywatelom czynnie korzystającym z informacji w formie cyfrowej.

Tak więc narodziło się w społecznej świadomości społeczeństwo informacyjne. „Jeśli przedstawiciele państwa zrozumieli to ostatni, to wybaczcie, ale zrozumieli” – mówił w zeszłym tygodniu Boni.

Ale czy rzeczywiście zrozumieli? Ostatnie działania wskazują, że wola jest może i dobra, ale ze zrozumieniem dynamiki i problemów społeczeństwa informacyjnego ciągle są kłopoty. Głównym postulatem strony społecznej było prowadzenie realnego dialogu społecznego. Poprzez dialog społeczny organizacje pozarządowe rozumieją:

Po pierwsze publikowanie wszystkich dokumentów. Projektów ustaw, ekspertyz, opinii, uwag. I to nie w postaci zeskanowanych obrazków zaszytych w PDF-ach, ale w otwartych, ustrukturowanych, cyfrowych dokumentach, które można dalej wykorzystywać.

Po drugie prowadzenie otwartych konsultacji społecznych. Dziś konsultacje społeczne przebiegają tak, że ministerstwa pytają instytucje zamieszczone na dyżurnej liście konsultacyjnej danego tematu. To nie tak. Otwarte konsultacje oznaczają upublicznienie dokumentów i stworzenie kanałów otwartej, wielokierunkowej komunikacji pomiędzy administracją a stroną społeczną.

Po trzecie przeprowadzenie szerokiej debaty na temat społeczeństwa informacyjnego. Regulacje dotyczące sfery obiegu informacji w społeczeństwie dzisiaj są najważniejszymi regulacjami w ogóle. Świadomość tego jest bardzo niska, a w efekcie podejmowane decyzje są dalekie od optymalnych.

Te trzy punktu są ze sobą ściśle powiązane. Nad procesem konsultacji społecznych pracują od dawna instytucje takie jak Fundacja Batorego czy Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich. Ich wnioski i zalecenia na razie trafiały do kosza. Czy to się zmieni?

Być może, ale… pierwszym krokiem rządu jest inicjatywa powołania grupy roboczej, w skład której wejdą przedstawiciele administracji, organizacji społecznych, przedsiębiorców oraz „internautów”. Problemem jest nie tylko ta ostatnia kategoria.

„Internauci” to dziś po prostu obywatele, ale rządowi nie chodzi o posłów, bo chce przedstawicieli internautów wyłaniać poprzez „plebiscyt” na stronie zapytajpremiera.pl prowadzonej przez Maćka Budzicha. Organizacje społeczne może wybrać OFOP, w końcu ma do tego jakiś mandat.

Ale kluczowym problemem jest zakres kompetencji tego zespołu i cele jego istnienia. Jeśli ma doprowadzić roboczo do ustawienia procesu dialogu społecznego, to czemu nie. Jeśli ma się stać kolejnym martwym listkiem figowym skrywającym smutne status quo, to… jeśli ma się stać kolejną komisją o zerowym wpływie na rzeczywistość, gdzie miło sobie spędzamy czas, to może… szkoda czasu? To jest realne zagrożenie: powołanie tego zespołu nie może zastąpić realnego otwarcia administracji publicznej na społeczeństwo. Albo zespół będzie roboczy, aktywowany na ściśle określony czas do przeprowadzenia ściśle określonych zadań, albo będzie znakiem klęski całego ruchu.

Szymon Kobyliński w 1956 roku skreślił taki rysunek: aparatyczyk zaciera ręce i mówi: „No, wzięło się w kluby”. Bo kluby, komitety i inne tego typu ciała są od zawsze dobrym sposobem na kanalizowanie społecznego niezadowolenia.

Problemem nie jest skład czy proces rekrutacji. Problemem jest cel istnienia tej grupy.