„Preparaty” Przemysława Witkowskiego

Aldona Kopkiewicz

W „Preparatach” Przemysław Witkowski analizuje siebie z czułością naukowca; zamiast patrzeć w lustro, ogląda fragmenty „ja” przez mikroskop

Jeszcze 1 minuta czytania

O debiutanckim tomie wierszy Przemysława Witkowskiego „Preparaty” można powiedzieć aż za wiele, rozwijając kłębek skojarzeń, zawartych w samym tytule książki. Autor zresztą sam przywiązuje do tytułu dużą wagę. W wywiadach wyjaśnia, że preparat kojarzy mu się z martwym, wystawionym na pokaz zwierzęciem, które jego ojciec, z zawodu ichtiolog, trzymał w swoim gabinecie; z drugiej strony preparat jest także formą, poprzez którą wiersz przechowuje esencję chwili, konserwuje emocję czy zdarzenie. Dzięki temu można je badać i analizować.

Przemysław Witkowski, „Preparaty”. Biuro Literackie,
Wrocław, 44 strony, w księgarniach od stycznia 2010
Witkowski daje nam lekcję anatomii momentu, struktury sytuacji, w których usiłuje przyłapać elementy składające się na „ja”. Rozkłada na czynniki pierwsze własne doświadczenia: w tle przewijają się migawki z dzieciństwa, obce w swojej fotograficznej płaskości; mierzy się z napięciem, które powstaje ze spotkania z rzeczywistością i z drugim człowiekiem. Gdzieś w środku tych ram znajduje się podmiot, który swoje emocje i przeżycia przesuwa w metonimie ciała: drobnych ran, otarć, zadraśnięć, a w końcu i lekkich zakrztuszeń, spowodowanych kurzem, pyłem i niewidzialnymi organicznymi drobinkami, które łączą nas ze światem bardziej, niż byśmy sobie tego życzyli. „Najgorsze skaleczenia to przecież te drobne”.

Witkowski analizuje siebie z czułością naukowca; zamiast patrzeć w lustro, ogląda fragmenty „ja” przez mikroskop. W wielu tekstach przyznaje się do odczuwania wewnętrznego chłodu. W otwierającym książkę „powierzchownym napięciu” pisze: „tak niewiele przeciekło przez palce / a chłód zaczyna znów gościć”, potem zaś pyta: „zamiast otworzyć usta, tyle przydawek, / przecinków. gdzie wyznaczyć linię podziału , // jak ważne jest, żeby w odpowiednim miejscu / się przejęzyczyć, zapomnieć?”. Witkowski nie potrafi ani przejęzyczyć się, ani zapomnieć, woli przyglądać się sobie i prowadzić skrupulatne notatki. Być może to solidniejsza droga, choć mało ekscytująca i niezbyt wywrotowa. Przywołując bliskich, badając własne ciało i czekając na rewolucyjne pęknięcie w zastanej rzeczywistości, poszukuje jednak utraconego ciepła. Tak jakby pisząc poezję, dążył do punktu, w którym odnajdzie wewnętrzny zapłon – dzięki niemu rozproszone „ja” znalazłoby swój koncentryczny, życiodajny punkt. „Ale teraz kroki brzmią, jakbym już chodził sam / po drugiej stronie. pustka. czuć dym, // ogień musi być gdzieś blisko” („fotografie w sepii”).

Mimo wszystko pozostaje „żołnierzykiem w śniegu”. Talent Witkowskiego polega na tym, że jego żołnierzyk „jest niepokojący”, choć powściągliwość emocjonalna przekłada się na zbyt surową formę wierszy. Poeta pokazuje swoje doświadczenia w formie sproszkowanej i tak je pozostawia. Być może chce zatrzymać doznania rozłożone na elementy pierwsze po to, by zawsze móc poskładać je od nowa. Patrzy na pierwiastki, z których składa się jego życie, ale powstrzymuje się przed związaniem, które nadałoby im jakiś sens.

Sama forma wiersza nie sprawi jednak, że w końcu się połączą. Trzymanie ich w formalinie i opisywanie z mechaniczną precyzją to dopiero wstęp do odnalezienia historii „ja”.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.