„Bonnie i Clyde”,
reż.Arthur Penn

Michał Oleszczyk

„Bonnie i Clyde” jest w równym stopniu dziełem filmowców, co dzieckiem swojego czasu. Pod koniec lat sześćdziesiątych młodzieżowa kontrkultura kipiała witalnością i pędem ku emancypacji

Jeszcze 1 minuta czytania



Film „Bonnie i Clyde” ma 43 lata, w języku jego bohaterów jest więc zgredem. Ale tak jak Bonnie i Clyde nigdy nie dostali szansy, by się zestarzeć, tak i gangsterska ballada Arthura Penna ma chyba glejt na wieczną młodość. Firma Vivarto – za co jej chwała – wprowadza właśnie do kin odnowioną kopię klasyka z 1967 roku. Para kochanków-rzezimieszków, przemierzających Środkowy Zachód USA w latach wielkiego kryzysu – w ciągłej ucieczce przed siłami prawa i porządku – raz jeszcze wtargnie na ekrany polskich kin studyjnych.

„Bonnie i Clyde” jest w równym stopniu dziełem filmowców, co dzieckiem swojego czasu. Pod koniec lat sześćdziesiątych młodzieżowa kontrkultura kipiała witalnością i pędem ku emancypacji. W „Absolwencie” (1967) niedorostek sypiał z dojrzałą kobietą, a w futurystycznym „Wild In the Streets” (1968) młodzież przejmowała władzę nad Stanami Zjednoczonymi, obniżając wiek uprawniający do kandydowania na prezydenta do lat czternastu. Piosenka „Czternaście albo rebelia” wyrastała z tego samego sentymentu, który przenika „Bonnie i Clyde”: z przekonania, że oto młodość doczekała się swego dziejowego momentu.

kadr z filmu „Bonnie i Clyde”W tym samym czasie amerykańscy kinofile byli już na pełnym nowofalowym rauszu – Godard, Truffaut i inni zdążyli przebudować globalną wizję kina artystycznego. W istocie, gdy Robert Benton i David Newman napisali scenariusz „Bonnie…”, a Warren Beatty zgodził się zagrać Clyde’a i wyprodukować film, wymarzonym reżyserem całej trójki był właśnie François Truffaut. Ten jednak – choć zainteresowany – nie polubił pewnego siebie Jankesa Beatty’ego i plan legł w gruzach. Przyjaciele Bentona podpowiadali: „Napisaliście z Davidem francuski scenariusz, trzeba wam amerykańskiego reżysera”.

Już nigdy nie dowiemy się, jak prezentowałaby się wzorowana na „Julesie i Jimie” (1962) wersja pierwotna, w której Bonnie, Clyde i ich atletycznie zbudowany wspólnik C.W. tworzą podsycane zbrodnią i seksem ménage à trois. Zwerbowany do projektu Arthur Penn zmienił biseksualizm Clyde’a na impotencję, a w roli C.W. obsadził safandułowatego Michaela J. Pollarda. Szajka Penna żyje w prawie całkowitym celibacie: nawet małżeństwo brata Clyde’a jest pozbawione seksu – dzięki bigoteryjnej, grzeczniutkiej Estelle Parsons (odkrywającej frajdę występku dopiero pod koniec filmu i nagrodzonej Oscarem).


„Bonnie i Clyde”, reż.Arthur Penn.
USA 1967, w kinach od 19 marca 2010
Filmy Penna zawsze były pełne przemocy: pierwsza scena i pierwsza ludzka relacja w jego debiucie kinowym, „Broni w lewej ręce” (1958), to szczęk broni i wzięcie na muszkę. Ilość krwi i sadyzmu w „Bonnie i Clyde” była tak szokująca, a film tak jawnie amoralny, że król ówczesnych amerykańskich krytyków – Bosley Crowther z „The New York Timesa” – bezlitośnie go zmiażdżył. Dopiero esej nieznanej wówczas szerzej Pauline Kael w „New Yorkerze” – płomienna obrona wskazująca, że „Penn przywrócił śmierci jej żądło” – zmieniła nastroje. Biedny krytyk „Newsweeka” najpierw zniszczył film, by po eseju Kael opublikować samokrytykę. Detronizacja Crowthera rozpoczęła nową erę amerykańskiej krytyki – cudownie zbieżną z rodzącym się właśnie Nowym Hollywood.

„Bonnie i Clyde” trzyma się tak dobrze, bo jest filmem niezwykle energicznym i zmysłowym. Brak seksualnego rozładowania pozwala erotyzmowi krążyć po krwiobiegu z rosnącą siłą. Krążenie zlewa się z szumem drzew i zbóż, ciągle słyszalnych na cudownie gęstej ścieżce dźwiękowej. Zamiast orgazmów są kolejne akty przemocy – kiedy to nagle zakurzone złoto kadrów Burnetta Guffeya spływa jaskrawą krwią. Penn uwodzi nas gwałtem po to, by za chwilę nas nim spoliczkować. Ekscytacja miesza się z autentycznym szokiem, a finałowy balet dziurawionych kulami ciał to – by użyć słów Kael – „koszmar zdający się ciągnąć bez końca, a zarazem nietrwający nawet o sekundę za długo”.

kadr z filmu „Bonnie i Clyde”Kino Penna często ukazywało, jak młodość narusza zastane społeczne struktury: już od „Obławy” (1966), w której uciekinier Robert Redford mimowolnie ujawniał zakłamanie południowego miasteczka. Charakterystyczne jednak, że kiedy wiatry kontrkultury przeminęły, sam Penn nakręcił jej elegię i uścisnął dłoń na pożegnanie. Bohaterka jego „Czterech przyjaciół” (1981) zwierza się w pewnym momencie: „Jestem tak zmęczona tą swoją młodością!”. Ale nawet jeśli dorobek Penna koniec końców pokazuje wygasanie buntowniczego sentymentu, warto zanurzyć się raz jeszcze w jego fazę najbardziej wybuchową, w której powstał film „Bonnie i Clyde”.

href=


Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL.