Paweł Łoziński:
Zanim spadnie deszcz

Darek Arest

Dokumenty Pawła Łozińskiego wydane w serii „Polska Szkoła Dokumentu”, to dowód na to, że idąc śladami mistrzów, można skutecznie wydeptać własną ścieżkę

Jeszcze 2 minuty czytania

Dwa pierwsze filmy pokazują Pawła Łozińskiego jako naśladowcę twórców, od których młodszy jest o całe pokolenie. „Struktura” (1989) – portret strażnika więziennego, który ochoczo dzieli się swoim widzeniem rzeczywistości – naśladuje „Z punktu widzenia nocnego portiera” Kieślowskiego. Właściwy debiut – słynne „Miejsce urodzenia” (1992) – wykorzystuje metodę często stosowaną przez ojca artysty – Marcela Łozińskiego. Zamiast prowadzić bezskuteczną walkę ze zniekształceniami, jakie w życie bohaterów wprowadza kamera i udawać, że ekipa filmowa jest niewidzialna, kreuje się sytuację, w której jej obecność jest naturalna. Reżyser staje się częścią wydarzenia, o którym opowiada. A wydarzeniem jest tu wizyta pisarza Henryka Grynberga we wsi, w której mieszkał w dzieciństwie i ukrywał się w czasie wojny. Próbując dowiedzieć się czegoś o okolicznościach śmierci ojca i małego braciszka, Grynberg chodzi od domu do domu, spotyka ludzi, pyta, co pamiętają. Na twarzach mieszkańców odbija się wstyd, strach, litość. Nad niemal każdym spotkaniem wisi poczucie winy, ale z ust ludzi padają najczęściej sprzeczne pseudoinformacje i niezborne półsłówka. Po tych mikroskopijnych śladach bohater dociera do miejsca zbrodni – znajduje pogrzebane w nieoznaczonym miejscu resztki zwłok ojca, a nawet odwiedza dom prawdopodobnego mordercy – dziś zdezorientowanego starca, który z trudem składa zdania.

„Polska Szkoła Dokumentu. Paweł Łoziński”.
2 DVD, Narodowy Instytut Audiowizualny 2009
Ostatecznie „Miejsce urodzenia”, podobnie jak inne filmy Pawła Łozińskiego, łatwiej jest jednak opisać poprzez różnice, a nie podobieństwa, do kina mistrzów dokumentu. Z pewnością nie jest on kontynuatorem kina ojca – nie opiera swoich historii na tak ostrych, wyrazistych konceptach i nie zajmuje oceniającego stanowiska. Nie próbuje być dla swoich bohaterów niezauważalny jak Kazimierz Karabasz (może poza „Chemią” – tu wydaje się po prostu jednym z pacjentów onkologii, o których opowiada). Nie konstruuje metafor w stylu Kieślowskiego. Nawet dramatyzm „Miejsca urodzenia” jest mylący, bo w tych najbardziej „sensacyjnych” momentach Łoziński pozostaje przy twarzach bohaterów, jakby ciągle zaprzątnięty myślą, ile da się z nich wyczytać. „Cały film jest zbudowany z tego, co ludzie mówią, a niekoniecznie myślą (…) Zbrodnia ciążyła ludziom. Rozmawiali z nami, bo chcieli się oczyścić – mówi reżyser – mam sympatię dla moich bohaterów. Nie chciałem ich oskarżać, tylko pokazać przed jakimi strasznymi wyborami byli postawieni”. Każdemu daje szansę, każdego jest gotów posłuchać, być może przeczuwając, że ludzie mówią sobą zawsze więcej, niż im się zdaje. To do tego człowieka bohaterowie przyszłych filmów będą zwracać się „Pawełku”, kiedy poświęci uwagę ich życiu niedorastającemu do filmowej tragedii.

542

Temat filmów Łozińskiego wyznacza niemal zawsze śmierć. Nie jest sama w sobie przedmiotem zainteresowania, ale ze wszystkich stron ten przedmiot obrysowuje; jest ramą definiującą świat. Bohaterowie mówią o „tamtej stronie”: pan Zdzisio z „Takiej historii” (1999) ma nadzieję spotkać tam ukochaną małżonkę, a bohaterka „Chemii” (2009) deklaruje, że zamiast medycynie woli zawierzyć modlitwie w Licheniu („następnego dnia od razu była poprawa”). Reżyser nie neguje „drugiej strony” i pozwala swoim bohaterom mówić, ale kreślone obrazy lepszego świata zwyczajnie nie mieszczą się w ramach świata filmu. Za pewną kruchą granicą (nieskuteczną chemią, starością) kończy się wszystko, co może być uchwycone przez kamerę, co reżyser próbuje na moment jeszcze zatrzymać, i co już choćby z tego powodu warte jest filmowania. Już w chwili, kiedy twórca wkracza z kamerą, świat bohaterów składa się z bladych cieni: komunistycznej rzeczywistości (w której każdy miał pracę), mitycznych grzybobrań, ludzi, którzy pomarli. I nawet te cienie niedługo już nie będą miały na co padać.

Ta wszechogarniająca nostalgia nie jest zarezerwowana dla wyjątkowych życiorysów. Przepełnia powietrze wokół. „Taka historia” i „Siostry” (1999) dzieją się na podwórzu kamienicy, w której mieszka reżyser, „Pani z Ukrainy” (2002) powstała w jego mieszkaniu, a „Chemia” w szpitalu, w którym odwiedzał matkę. W każdym z tych przypadków banał umieszczony w tytule okazuje się zbyt ciasny, żeby pomieścić bogatą rzeczywistość. „Siostry”, dwie stare sąsiadki reżysera, spędzają kilka minut na podwórkowej ławce. Starsza, „ta silniejsza”, musztruje młodszą, pilnuje, by zgodnie z zaleceniami lekarza przespacerowała się po podwórzu. Bezlitośnie ją karci, a swoją irytację zawierza spojrzeniu kamery dokładnie tak samo, jak druga z sióstr robi to ze swoją bezsilnością. Za oswojonym obrazkiem kryje się dramat podległości i siły, ciągnący się pewnie przez całe wspólne życie tych dwóch 80-letnich dziewczynek. „Siostry” są filmem o życiu, które minęło i którego ostatnie, słabe ślady zmyje za chwilę byle deszcz. Jakiś czas zostanie tu jeszcze drzewo i ławka. Będą na niej siadać bohaterowie „Takiej historii”.

543

„Taka historia” to w zasadzie „żadna historia”. Nie wiadomo dlaczego włóczymy się za jej bohaterem – popijającym, schorowanym (byłym) dozorcą. Pan Wiesio śpi z psem, mieszka z (byłą) żoną zmarłego kolegi, przeszukuje śmietniki i prowadzi niewiele wnoszące dyskusje z sąsiadem – (byłym) fryzjerem, bez końca wspominającym zmarłą żonę. Chociaż dostajemy niewygładzone portrety ludzi pozaplątywanych w samotność i wzajemne relacje – komplet osobowości godny kina obyczajowego – wydaje się, że wszystko w tym świecie jest „byłe”. Śladami cieni poruszamy się też w „Sławomir Mrożek przedstawia” (1997), gdzie pisarz, będący w trakcie przeprowadzki z Meksyku do Polski, sam siebie przedstawia jako człowieka na końcu drogi, a nie rozpoczynającego nowy etap.

Nawet w zrealizowanym na zamówienie British Film Institute i wykonanym według koncepcji Kieślowskiego filmie „100 lat w kinie” (1995), na pierwszy plan wysuwa się nieuleczalna tęsknota. Tęsknota za przedwojennymi gwiazdami, objazdowym kinem, za głośnym tupaniem na sali i ciąganiem dziewcząt za warkocze, za Ważnymi Filmami, które zmieniały życie. I naturalnie – za samym życiem. Reżyser nadał porządek chronologiczny emocjom. Opowiedzenie historii kina oddał widzom, przy czym znowu słowa są tylko niewielką częścią komunikatu. Gdy odwrócimy się w kinie plecami do obrazu rzucanego na ekran, czasami udaje się zobaczyć wyjątkową wersję filmu – projektowaną na twarze widzów. Dokument Pawła Łozińskiego to cały wiek spędzony w kinie, tyłem do ekranu. Twarzą w twarz z ludźmi na widowni.

544

Fragmenty filmów „Miejsce urodzenia”, „Siostry” oraz „Kici, kici” pochodzą z wydanej przez Narodowy Instytut Audiowizualny płyty DVD z serii „Polska Szkoła Dokumentu”, poświęconej twórczości Pawła Łozińskiego.