Nic, które boli

Agata Pyzik

„Nie ma się czego bać” Juliana Barnesa to wciągający portret rodzinny: opisując swoje relacje z babką komunistką i dziadkiem ateistą, matką hipokrytką i  ojcem agnostykiem – autor sam zadaje sobie pytanie, w co właściwie wierzy

Jeszcze 2 minuty czytania

Wydawałoby się, że żyjemy w stechnicyzowanym, doszczętnie zracjonalizowanym świecie, w którym ogłoszona przez myślicieli dekady temu „śmierć Boga” jest już oczywistością, niezasługującą na dalsze rozważania. A jednak można odnieść wrażenie, że nawet jeśli XXI stulecie nie jest, jak przewidział André Malraux, „wiekiem religii”, to religia, czy raczej dyskurs religijny, nigdy nie miały się równie świetnie i nie wywoływały równie ożywionych polemik. W ostatnim czasie mamy do czynienia z prawdziwym wysypem książek dotyczących zagadnienia wiary i religii: od quasi-naukowych opracowań, powołujących się na wyższość scjentystycznego obrazu świata i ewolucji, jak popularne książki Richarda Dawkinsa, czy filozoficznych rozważań szkoły analitycznej w rodzaju „Odczarowania” Daniela Denneta aż do „Czarnej mszy” Johna Graya, w której omawiana jest kwestia postaw intelektualistów wobec wiary, czy „Zemsty Boga” Gilesa Kepela, która ukaże się lada dzień. I wielu innych, dotyczących zachodniej islamofobii. A to tylko wierzchołek góry publikacji.

Julian Barnes, „Nie ma się czego bać”.
Przeł. Jan Kabat, Świat Książki, Warszawa,
320 stron, w księgarniach od stycznia 2010
Powody tego są oczywiste: pomimo pozornej racjonalności, żyjemy w niespokojnym świecie, opanowanym przez wojny na tle religijnym i inspirowany fanatyzmem religijnym terroryzm. Bronimy przed nim naszą zachodnią retorykę „racjonalności”. Z drugiej jednak strony krytyka efektów cywilizacji racjonalności trwa już od dziesięcioleci, co najmniej od „Dialektyki oświecenia” Horkheimera i Adorna czy „Człowieka jednowymiarowego” Marcuse’a, by wspomnieć tylko linię szkoły frankfurckiej.

Dyskusja toczy się o niebagatelną stawkę. Poza popularnymi narzekaniami na „cywilizację śmierci” z jednej strony, a krytyką religii jako źródła konfliktów – z drugiej, rozpoznanie czegoś określanego „potrzebą religii” czy też, jak nazywa to w„Nie ma się czego bać” Julian Barnes, „potencjałem religijnym”, jest powracającym motywem. W swojej ostatniej książce świetny prozaik brytyjski nie pragnie jednak wcale dołączyć do chóru wspomnianych dyskutantów. Ten obecnie już 64-letni pisarz zdecydował się opowiedzieć o zmaganiach z religią z osobistej, prywatnej perspektywy. „Nie wierzę w Boga, ale odczuwam jego brak”. Nie jest to jednak pretekst do przywdziewania na stare lata maski mędrca, pseudofilozofa czy guru. Przeciwnie, Barnes, snując przeplataną literackimi i filozoficznymi rozważaniami autobiograficzną opowieść, nie wyrzeka się swojego znakomitego stylu, który znamy z jego powieści, przesyconych poczuciem humoru, ironią i przenikliwością. Twierdzi, że w pozornie odczarowanym, pozbawionym aury boskości i przenikniętym samotnością świecie religia ma wciąż niebywałe znaczenie. A to dlatego, że dotyka naszych najskrytszych tęsknot, marzeń i pragnień, że wchodzi w nasze najprywatniejsze związki z innymi ludźmi, że konfrontujemy się z nią w najtrudniejszych momentach życia, jak śmierć najbliższych. Dla kształtującego się umysłu pisarza jest w końcu motorem rozwoju osobowości. Czymś, wobec czego musimy, chcąc nie chcąc, się ustosunkować.

„Nie ma się czego bać” to wciągający portret rodzinny: opisując swoje relacje z babką komunistką i dziadkiem ateistą, konserwatywną i powściągliwą matką hipokrytką  i delikatnym, podporządkowanym jej ojcem agnostykiem, wreszcie bratem ateistą i filozofem analitycznym – autor sam nieustannie zadaje sobie pytanie, w co właściwie wierzy.

Jedną z ulubionych zabaw Barnesa, kiedy jako młody mężczyzna bał się latania, było wybieranie sobie „towarzyszy katastrofy”, zazwyczaj wielkich dzieł literatury, jak „Bouvard i Pecuchet” Flauberta czy „Kwartet aleksandryjski” Durrella. „Coś, z czym chciałbym, aby odnaleziono moje ciało”.

Autor jednej z najlepszych biografii autora „Madame Bovary” – „Papugi Flauberta” – daje nam czuły współczesny ekwiwalent antykwarycznych, przepełnionych melancholią wspomnień (w rodzaju „Brief Lives” Johna Aubreya). Podobnie jak poprzednik, Barnes odwiedza groby i łoża śmierci swoich idoli – Montaigne’a; wielkiego poety Philipa Larkina, który pragnął umrzeć na siedząco; czy Ravela, który stracił pamięć i dopytywał się podczas nagrania własnych dzieł, czy ktoś nie mógłby mu przypomnieć nazwiska kompozytora.

Barnes przypomina „regułę palca u nogi” swojego mistrza Flauberta – wpatrując się w czarną jamę pod stopami i unikając gwałtownych ruchów, uniknie się niebezpieczeństwa. Flaubert powiada: „Musimy nauczyć się wszystkiego, od tego, jak mówić do tego, jak umierać”. Filozofować to uczyć się śmierci, powiada Montaigne. Bez perspektywy eschatologicznej trudno wyobrazić sobie jakąkolwiek refleksję filozoficzną czy może twórczość w ogóle. Barnes jest najbardziej poruszający właśnie wtedy, kiedy przyznaje się do tytułowego strachu: przeraża go pobyt w szpitalu i inne nieprzyjemne elementy cielesnej śmierci, zapowiadające rozkład. Wpisuje się tym samym w wielowiekową tradycję vanitas.

Czy z nią walczy? Jako ateista ma prawo interesować się chrześcijaństwem z punktu widzenia obserwatora. Zauważa sekularyzowanie się elementów zarezerwowanych wcześniej dla religii, które stały się częścią odprawianego z całkowitą obojętnością społecznego rytuału. Zauważa coś może niezbyt oryginalnego, ale niepodważalnego: wszyscy, bez względu na wyznanie, śmierci boimy się tak samo. Okrasza to stwierdzenie humorem, jednak wrażenie zimnego, wypranego z emocji świata pozostaje dominujące. Barnes – skoro i tak nic nie można wskórać – wybiera pasywność i melancholijną kontemplację obrazów śmierci. Anonimowa, szpitalna śmierć, której bywa świadkiem, prowokuje go do przemyśleń na temat własnej śmierci, jednak trzyma się wciąż blisko pewnej sfery bezpieczeństwa. Nothing z tytułu książki to w końcu nie tylko brak powodów do obaw wesołego ateisty, ale przede wszystkim owo „nic”. Nic, które jednak boli i uwiera.