„Wyspa tajemnic”,
reż. Martin Scorsese

Jakub Socha

Póki Scorsese trzyma się konwencji czarnego kryminału, „Wyspę tajemnic” ogląda się kapitalnie. Niestety, w pewnym momencie film zamienia się w pretensjonalny i bełkotliwy traktat o poznaniu

Jeszcze 1 minuta czytania

Jest pochmurno, nigdzie nie widać słońca. Dwóch surowych gości w kapeluszach i w prochowcach pali fajki na pokładzie promu. Jednak nie boją się ciemności. Ich twarze wyrażają zwyczajne zgnębienie oraz niezwyczajne napięcie. W tle huczy muzyka. Naprawdę huczy. Na horyzoncie z mgły powoli wyłania się wyspa.

„Wyspa tajemnic”, reż. Martin Scorsese.
USA 2010, na dvd od 14 września 2010
Tak zaczyna się najnowszy film Martina Scorsese „Wyspa tajemnic”. Niezły obrazek, prawie jak z Hoppera albo Chandlera. W dzisiejszym kinie, raczej ironicznym, powinien zwyczajnie śmieszyć, a jakoś nie śmieszy, tylko wbija w fotel; te przepisane prosto i w całości z klasycznego czarnego kryminału figury, rekwizyty, warunki atmosferyczne nie irytują swoją oczywistością, nie budzą zażenowania. Możliwość zanurzenia się w tym sztucznym świecie przynosi tylko satysfakcję.

Scorsese nie zwalnia, z minuty na minutę dokłada coraz to więcej atrakcji. Dowiadujemy się na przykład takich oto cudów: Daniels to weteran wojenny, który wyzwalał obóz w Dachau; jego młoda żona zginęła w pożarze wywołanym przez psychopatę, który odsiaduje obecnie wyrok na wyspie Shutter; poszukiwana uciekinierka niedawno utopiła trójkę swoich dzieci; szpital jest własnością potężnej organizacji, która może zniszczyć każdego, kto stanie jej na drodze. A że całość rozgrywa się w roku 1954, reżyser zostaje rozgrzeszony. Dzięki takiej dacie bez większych konsekwencji może żonglować amerykańskimi mitami (i paranojami) i ustawiać w jednym szeregu: J. Edgara Hoovera, komunistów, faszystów, powojenną traumę, strach przed bronią atomową oraz strach przed nowymi mediami, tj. telewizorem.

Kadr z filmu „Wyspa tajemnic”
© 2010 by PARAMOUNT PICTURES
Póki Scorsese trzyma się konwencji czarnego kryminału, „Wyspę tajemnic” ogląda się kapitalnie. Nawet paranoje Danielsa, któremu nerwy coraz bardziej odmawiają posłuszeństwa, który coraz częściej śni na jawie o ofiarach Holocaustu, zbrodniarzach wojennych, seryjnych mordercach i zmarłej żonie – choć przesadne i zbyt, że tak powiem, filmowe – świetnie pasują do całości; są po prostu kolejnym elementem tego świata. Niestety, autorowi „Taksówkarza” kino nie wystarcza. Postanawia zakwestionować rzeczywistość filmową i przejść do spraw naprawdę poważnych.

Ekranizacja powieści Dennisa Lehane zamienia się w traktat o poznaniu. Okazuje się bowiem, że jesteśmy w Zalustrzanej Krainie, po której – niczym Alicja w Krainie Czarów – błąka się Daniels. Czym jest ta kraina? Na pewno nie jest żadną alternatywną, baśniową rzeczywistością; to po prostu mózg szeryfa, który bez przerwy wypluwa doświadczany przez Danielsa świat.

Hanna Buczyńska-Garewicz we wstępie do słynnej książki Konrada Lorenza „Odwrotna strona zwierciadła” pisała: „Jeśli umysł nasz zdolny jest odbijać świat, jeśli stworzone przez umysł poznanie jest zwierciadlanym odbiciem rzeczywistości, to tym samym pełne zrozumienie natury tego poznania, wszystkich jego fundamentalnych właściwości, możliwe jest przez obejrzenie niejako tylnej strony zwierciadła, przez zbadanie działania umysłu”. Idąc za słowami polskiej uczonej, trzeba by zapytać Scorsese o co najmniej dwie rzeczy: czy naprawdę uważa, że natura poznania, które jest udziałem osoby chorej psychicznie, przypomina kino gatunków? Czy policjant z zaburzeniami naprawdę musi doświadczać świat tak jakby był bohaterem powieści kryminalnej?

Mądrości głoszone przez Scorsese są zwyczajnie pretensjonalne, nierozsądne i bełkotliwe.